Niemiecki nazistowski obóz zagłady i obóz pracy (1941 - 1944)

Audioprzewodnik

Audioprzewodnik
“Obóz Zagłady Treblinka II”

Różne

Od 12 grudnia 2013  

Edward Kopówka jest kustoszem dyplomowanym
17.09.2013.

Od dnia 18 lipca 2013 r. dr Edward Kopówka jest kustoszem dyplomowanym w Muzeum Regionalnym w Siedlcach, którego oddziałem jest Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince.

PaT to skrót od nazwy programu "Profilaktyka a Ty”. Obejmuje on cztery obszary: działanie, informację, edukację oraz akcję o nazwie "Przystanek PaT". 

 
W programie znajdzie miejsce każdy, komu bliska jest myśl humanistyczna. Wartością tej inicjatywy są ludzie, którzy chcą działać dla drugiego człowieka.
 
Teatr FANUM to młodzieżowy teatr profilaktyczny, który powstał w lutym 2008 roku. Założyła go grupa młodych ludzi z siedleckich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych z terenu powiatu siedleckiego, która postawiła sobie za cel szerzenie idei życia bez uzależnień wśród swoich rówieśników. Natchnął nas program Komendy Głównej Policji „Profilaktyka a Ty”, który wówczas realizowaliśmy grając spektakl edukacyjno-profilaktyczny „Blackout” w reżyserii insp. Grzegorza Jacha. 
 
Od tamtego czasu aż do chwili obecnej  prowadzimy nieprzerwane działania zarówno w Programie PaT, jak również współpracując  z  Teatrem  Impresaryjnym  Scena  07  p.Grzegorza Jacha, Komendą Miejską Policji w Siedlcach, Miejskim Ośrodkiem Kultury, Uniwersytetem Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach oraz  szkołami na terenie naszego miasta.
 
Działania Programu „PaT” oraz nasze jako Teatru FANUM wpisują się w tegoroczne obchody Roku Janusza Korczaka w zakresie promocji idei oraz praktycznego respektowania praw i interesów dzieci w zakresie zapewnienia dzieciom i młodzieży życia wolnego od przemocy i nałogów.
 
Przez 4 lata naszej działalności zrealizowaliśmy 10 premier spektakli teatralnych. Dotykają niezwykle ważnej społecznie tematyki profilaktyki przemocy oraz patologii społecznej zgodnie z hasłem Programu PaT: „Jesteś potrzebny! Bądź wolny od uzależnień! Staraj się pomagać innym!”. Wystawione przez nas sztuki to: „Blackout” (opowiadający historię dwóch braci oraz destrukcyjnej drogi uzależnienia od środków psychoaktywnych, obejrzało go w 2008 r. ponad 4 tysiące gimnazjalistów), „Dzwonek” (traktujący o relacjach w typowej, polskiej rodzinie oraz o tym, do czego może doprowadzić brak komunikacji między jej członkami) zrealizowany w ramach Programu PaT, spektakle teatru ulicy „Pająk” (opowiadający w sposób alegoryczny o walce dobra ze złem), oraz „Europa” (1000 lat historii Polski opowiedziane w niecałą godzinę symbolami, muzyką, strojami, rekwizytami) we współpracy z Teatrem Impresaryjnym Scena 07 p. Grzegorza Jacha. We współpracy z Komendą Miejską Policji w Siedlcach zrealizowaliśmy spektakl „Blackout II” (opowiadający o przemocy wśród młodych ludzi) oraz „The body shop”(poruszający aktualną tematykę  handlu ludźmi, prapremiera tego tytułu miała miejsce na organizowanej przez Komendę Miejską Policji w Siedlcach Konferencji „Młodzi, a współczesne niewolnictwo”), natomiast  w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Siedlce powstał spektakl edukacyjno-profilaktyczny „Pif! Paf! Jesteś  trup!”, który swoją tematyką porusza wiele istotnych wątków – problem dostępności broni, akceptacji w środowisku, akceptacji samego siebie oraz ukazuje skutki niewłaściwego wychowania dziecka. Za spektakl ten reżyser spektaklu Hubert Prekurat jako Lider Programu PaT w Siedlcach otrzymał Certyfikat „Wspiera nas PaT”, przyznawany szczególnie cennym inicjatywom  w  zakresie  profilaktyki. Kolejne  spektakle,  które  zrealizowaliśmy  i wystawiliśmy  to: „Życie do natychmiastowego użytku” (opowiadający o młodych ludziach, którzy wypadli z „wyścigu szczurów” a ich dewizą staje się życie z dnia na dzień, pobudzanie narkotykami i czczenie ich bóstwa – telewizji), „Dzieci energii” (który w oszczędnej formie policyjnego przesłuchania prezentuje kryzys autorytetów wśród młodych ludzi, na których mogą bazować sekty oferujące poprzez swych guru i narkotyki fałszywe autorytety prowadzące niejednokrotnie do zachowań destrukcyjnych i niezgodnych z prawem), a także  kolejny spektakl teatru ulicy „ODLOT!” wystawiony w ramach Dni Siedlec w 2011 roku. Ten ostatni tytuł  jest to opowieść o młodym człowieku, który na płaszczyźnie duchowej oraz w świecie rzeczywistym toczy walkę pomiędzy życiową drogą dobra lub zła. Pomimo tego, że jego droga w spektaklu kończy się tragicznie - wyborem oferowanych mu przez zło narkotyków i  jego śmiercią, to widz postawiony zostaje przed pytaniem, jaką drogę wybierze kolejna bohaterka, która w końcowej scenie staje przed wyborem podobnej ścieżki.

Nawiązaliśmy również współpracę z Uniwersytetem Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach, wystawiając nasze spektakle („Blackout II” oraz „Pif! Paf! Jesteś trup!”) dla studentów kierunku pedagogika z resocjalizacją oraz podczas konferencji „Paradygmaty współczesnej pedagogiki” w Chlewiskach w 2009 roku. 

Wspólnie z Komendą Miejską Policji, Miejskim Ośrodkiem Kultury oraz II Liceum Ogólnokształcącym im. Św. Królowej Jadwigi z Oddziałami Dwujęzycznymi  w grudniu 2010 r. i w styczniu 2011 r. podjęliśmy szereg działań dla uczniów siedleckich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych w zakresie realizacji programu profilaktycznego na temat dopalaczy, wspomagając tym samym placówki szkolne pod względem  realizacji zadań nałożonych na nie przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w zakresie szkolnych programów profilaktycznych. Działania te polegały na  wystawieniu spektaklu pt. „Życie do natychmiastowego użytku” połączonego z pogadanką prowadzoną młodzieżą  przez eksperta ze strony Komendy Miejskiej  Policji na temat prawnych aspektów posiadania i stosowania dopalaczy. Spektakl obejrzało wówczas ponad 1500 uczniów siedleckich szkół.
Pod względem statystycznym nasza działalność zamyka się w 100 spektaklach zagranych w 18 miastach (Częstochowa, Garwolin, Kadzidło, Łomianki , Łomża, Nur, Ostrołęka,  Ostrów Mazowiecka, Otwock, Płock, Poznań, Sabnie, Siedlce, Siemiatycze, Trąbki, Warszawa, Wągrowiec, Września) i 5 województwach (łódzkim, mazowieckim, podlaskim, śląskim i  wielkopolskim). 
 
Ostatnim naszym działaniem jest nakręcony wspólnie z Mazowiecką Komendą Wojewódzką  Policji  w Radomiu  i  Okręgowym  Inspektoratem   Służby  Więziennej           w Warszawie film edukacyjno-profilaktyczny pt. „Więzienie stracony czas”, którego prapremiera miała miejsce 5  marca w Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach, a premiera        7 marca br. w Novym Kinie Praha w Warszawie.
 
Od 2008 roku dzięki wsparciu wielu instytucji i przychylnych Teatrowi FANUM ludzi w bezpośrednią działalność naszego teatru udało nam się zaangażować ponad 100 osób, zarówno uczniów siedleckich szkół, studentów, nauczycieli i rodziców oraz objąć bezpośrednimi działaniami profilaktycznymi kilka tysięcy gimnazjalistów i licealistów oraz ich rodziców. 
5 sierpnia, w 70. rocznicę  wyprowadzenia doktora Janusza Korczaka wraz z wychowankami i współpracownikami, z ostatniej wojennej siedziby Domu Sierot przy ul. Siennej 16 na Umschlagplatz, zostanła odsłonięta na frontonie Teatru Lalka stojącym w tym samym miejscu, gdzie mieścił się Dom Sierot tablica pamiątkowa. Młodzież pod kierunkiem insp. Grzegorza Jacha, twórcy i szefa Programu PaT przygotowała spektakl profilaktyczny pt. „Sekret”.  Premiera spektaklu miała miejsce w Garwolinie, w wykonaniu Teatru Rękawiczka p. Izabeli Rękawek. Obecnie spektakl ten jest realizowany w ramach działania PaT/E.  „Sekret”  poruszą  niezmiernie ważną tematykę komunikacji  na linii rodzic-dziecko oraz barier, które utrudniają szczerą, codzienną rozmowę między tak  bliskimi sobie ludźmi. Publiczność nie kryla łez wzruszenia podczas spektaklu, gdy  młodzi aktorzy, uświadomili im,  jaki ogromne, negatywne emocje wywołują  swoimi często nieprzemyślanymi komunikatami. A przecież każdy z nas tak naprawdę chciał dobrze… Więc może zacznijmy ze sobą rozmawiać? Od dzisiaj? Szczerze , okazując drugiemu człowiekowi, że nam na nim zależy.
 
Teatr FANUM pracuje nad kolejnymi spektaklami, a najbliższy występ nasz występ  odbędzie się podczas V Festiwal Teatrów Ulicznych „Pod Niebem”, który odbędzie się w Siedlcach 19 sierpnia. 
 
Opiekunami grupy są: Magdalena Andrzejczyk-nauczyciel historii w PG3, koordynator Programu PaT w Siedlcach oraz Hubert Prekurat, obecnie student II roku kulturoznawstwa, Koordynator Ogólnopolskiego Zespołu Liderów  PaT.


Promocja
Promocja książki " Dam im imię na wieki..."  w Sokołowie  Podl.

 W dniu 17.06.2011 r.  odbyła się promocja książki:„Dam im imię na wieki. Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów” w Miejskiej Bibliotece w Sokołowie Podl. Autorami publikacji są: dr Edward Kopówka, kierownik Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince oraz ks. Paweł Rytel-Andrianik, student biblistyki i judaistyki na Uniwersytecie w Oxfordzie, który pochodzi z Rytel.  

  

Książka zawiera świadectwa, zdjęcia, wspomnienia i relacji o Polakach ratujących Żydów w czasie II wojny światowej na obszarze trzech obecnych województw: mazowieckiego, podlaskiego i lubelskiego.

Spotkanie rozpoczęło się opowiadaniem ks. Pawła o szabacie, święcie żydowskimi, który rozpoczyna się w piątkowy wieczór. Następnie autorzy książki zaprezentowali kolejne jej rozdziały  ilustrując prezentację pokazem multimedialnym przedstawiającym zdjęcia ludzi, o których mowa jest w książce oraz zdjęcia dokumentów, do których udało się im dotrzeć.

W spotkaniu uczestniczyła Elżbieta Kozak, której matka i dwaj bracia zginęli za pomoc udzieloną Żydom. W drugiej części spotkania  publiczność  zadawała pytania autorom książki.

Więcej informacji  o spotkaniu i film z promocji znajdą Państwo  na stronie: www.biblsokol.org.pl

 

Materiał opracowany na podstawie informacji ze strony Miejskiej Biblioteki w Sokołowie Podl.

Galeria:




Odznaczenie

Dnia 10 czerwca 2011 r. Edward Kopówka, kierownik Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany przez Bronisława Komorowskiego, Prezydenta Rzeczpospolitej Polski. Wręczył Krzyż Henryk Wujec,  Doradca Prezydenta RP. Edward Kopówka otrzymał go wspólne z innymi działaczami „Solidarności” z okresu PRL-u, m.in. za  utworzenie i prowadzenie Wydawnictwa im. Grzegorza Przemyka, działalność  w Towarzystwie Miłośników Podlasia oraz Ruchu Młodej Polski.

 

GALERIA:



Prezentacja nowej książki

Prezentacja nowej książki

W dniu 21 maja 2011 r. odbyła się prezentacja książki: „Dam im imię na wieki (Iz 56,5). Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów” z udziałem licznej publiczności. Autorami publikacji są: dr Edward Kopówka i ks. mgr lic. Paweł Rytel-Andrianik. Jest możliwość pobrania książki poprzez naszą stronę internetową. Prosimy o uwagi Czytelników.

Książkę można zamówić w Wydawnictwie Sióstr Loretanek
ul. L. Żeligowskiego 16/20; 04-476 Warszawa
tel. (0-22) 673-46-93 lub e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. 

Rozbudowa

     Makieta Obozu Zagłady
Na potrzeby przyszłej, nowej ekspozycji została wykonana makieta Obozu Zagłady w Treblince. Makietę Obozu Zagłady w Treblince wraz z gablotą wykonała w całości firma S-Model z Lublina. Makieta została zaprojektowana i zbudowana w skali 1:120 (3254 x 2580 mm) na podstawie materiałów i opracowań historycznych Petera Lapondera oraz mapki obozu z sierpnia 1943 roku wykonanej przez Petera Lapondera w 2004 r.




   

Legenda

     

1. Brama wejściowa do obozu zagłady
2. Tyrolski dom wartowniczy
3. Samochód opancerzony ( używany dla przewożenia do Lublina, kosztowności wziętych od ofiar)
4. SS obszar odpoczynku
5. Studnia
6. Pomieszczenie mieszkalne SS
7. Magazyn broni i wieża ciśnień
8. Zbiornik paliwa
9. Garaż
10. Fundamenty piekarni
11. Pomieszczenie dla lekarza, dentysty i fryzjera dla SS-manów
12. a. biuro komendanta obozu b. piwnica
13. Budynek dla Polskich i Ukraińskich dziewczyn
14. Obszar zoo
15. Pomieszczenia mieszkalne dla Ukraińców
16. Ukraińska kuchnia
17. Piwnica na ziemniaki
18. Budynek gospodarczy Ukraińców
19. Ogród warzywny
20. Skład drewna
21. Obszar podwórza gospodarczego a. stajnia b. chlew c. kurnik
22. Obszar zgromadzenia dla więźniów
23. Getto dla Żydowskich więźniów
24. Latryna
25. Peron
26. Magazyn zawierający posortowane rzeczy ofiar, z frontu upodobniony do stacji kolejowej
27. Studnia
28. Rozbieralnia dla  mężczyzn
29. Rozbieralnia dla kobiet i dzieci
30. Droga do komór gazowych
31. Lazarett 
32. Barak z posortowanymi rzeczami ofiar
33. Nowe komory gazowe
34. Stare komory gazowe
35. Wieża strażnicza
36. Baraki dla więźniów (Kapo)
37. Ruszt do palenia zwłok
38. Dół w którym chowano zmarłych podczas transportu
39. Miejsce z ukrytymi zwłokami

Galeria:

Frekwencja zwiedzających, ankieta

FREKWENCJA ZWIEDZAJĄCYCH
MUZEUM WALKI I MĘCZEŃSTWA W TREBLINCE
NA PODSTAWIE SPRAWOZDAŃ ROCZNYCH

 

2017

Indywidualnie

19 364

Zbiorowo (wycieczki)

45 501

Ogółem

65 865

 

 

 

 

 

 


 

 

2014 rok

Indywidualnie

6 176

Zbiorowo (wycieczki)

36 641

Ogółem

42 817

Stronę internetową Muzeum odwiedziło:  

 

2013 rok

Indywidualnie

18 336

Zbiorowo (wycieczki)

32 596

Ogółem

50 932

Stronę internetową Muzeum odwiedziło:  

 

2012 rok

Indywidualnie

10 883

Zbiorowo (wycieczki)

40 779

Ogółem

51 682

Stronę internetową Muzeum odwiedziło:  16 608

2011 rok

Indywidualnie

16 075

Zbiorowo (wycieczki)

30 605

Ogółem

46 680

Stronę internetową Muzeum odwiedziło:  29 551

2010 rok

Indywidualnie

12 797

Zbiorowo (wycieczki)

36 818

Ogółem

49 615

2009 rok

Indywidualnie

14 747

Zbiorowo (wycieczki)

31 937

Ogółem

46 684

2008 rok

Indywidualnie

17 562

Zbiorowo (wycieczki)

28 310

Ogółem

45 872

2007 rok

Indywidualnie 24 566
Zbiorowo (wycieczki) 35 211
Ogółem 59 777
2006 rok
Indywidualnie 13 491
Zbiorowo 26 878
Ogółem 40 369

2005 rok

 
Indywidualnie 9 078
Zbiorowo 33 715

Ogółem

42 793

 

 

 


Analiza ankiety

W dniach 3- 31 maja 2009 r. w Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince została przeprowadzona ankieta na temat: Motywy przyjazdu turystów do miejsc martyrologii. Ankietę wypełniło 50 osób. Została  opracowała  przez Ewelinę Grzybowską, studentkę Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego w ramach pracy magisterskiej.

 Analiza pytań zamieszczone w ankiecie:

1) Płeć badanych osób:
a. Kobieta - 24
b. Mężczyzna - 26

2) Miejsce zamieszkania badanych osób:
a. Wieś - 30
b. Miasto do 50 tys. mieszkańców - 12
c. Miasto powyżej 50 tys. mieszkańców- 8

3) Wiek badanych osób:
a. poniżej 18 lat - 16
b. 18 – 30 lat - 11
c. 30 – 60 lat - 18
d. powyżej 60 lat - 5

4) Wykształcenie badanych osób:
a. podstawowe - 18
b. zasadnicze zawodowe - 5
c. średnie - 14
d. wyższe - 13

5) Źródeł wiedzy o Muzeum w Treblince?
a. Telewizja, radio, prasa - 14
b. Szkoła - 20
c. Rodzina, znajomi - 17
d. Internet - 15
e. Inne - 2

6) Dostępność informacji dotyczące Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince
a. Bardzo dobrze - 4
b. Dobrze - 22
c. Dostatecznie - 13
d. Niedostatecznie - 11

7) Co było motywem przyjazdu do Treblinki?
a. Chęć zwiedzenia Muzeum - 30
b. Własne zainteresowania - 2
c. Przypadkowa wizyta - 22
d. Pogłębienie wiedzy na temat Holocaustu - 8
e. Oddanie hołdu zamordowanym w Treblince - 12
f. Inne – 3

8) Czy formy upamiętnienia na terenie byłego obozu zagłady w Treblince są:
a. Wystarczające - 45
b. Niewystarczające - 5

9) Czy informacje uzyskane w Treblince na temat byłego obozu zagłady są:
a. Wystarczające - 43
b. Niewystarczające -
7

 


Elektorniczna Ankieta

Ankieta  na stronie muzeum  dostępna bya w dnich 28.12. 2009 r. - 20. 02. 2010 r. Kwestionariusz  pytań  został opracowany przez Justynę Bakiewicz w ramach badań  akademickich dla Uniwersytetu  w  Edinburgu.

1.Czy jest Pan/ Pani mieszkańcem Treblinki ?
Tak (Przejdź do pytania 3)
Nie

2.Proszę zaznaczyć do jakiej grupy wiekowej się Pan/Pani kwalifikuje?
18-  34
35-  54
55-  75 
75 +

3.Jaki jest poziom Pana/Pani edukacji?
Uniwersytet
Wyższa szkoła zawodowa
Szkoła zawodowa
Liceum
Szkoła Podstawowa

4.Płeć
Kobieta
Meżczyzna


5.Jeśli nie jest Pan/ Pani mieszkańcem to skąd Pan/Pani pochodzi  i  co zachęciło Pana/Panią do przyjazdu?

Zwiedzanie Muzeum
Zakupy
Wizyta u rodziny
Wizyta w interesach
Wakacje
Inne)
6.Czy był Pan/Pani już wcześniej w Muzeum w Treblince?

Tak
Nie (Przejdż do pytania 8)

7.Jeśli tak to ile razy?

8.Czy wcześniej zwiedzał Pan/Pani inne Muzeum o tematyce Holokaustu?.
Tak
Nie
9.Jeśli tak to które?


10.Czy uczęszczał Pan/Pani na kursy edukacyjne związane z tematyką Holokaustu ?
Tak
Nie (proszę przejść do pytania 13)

11.Jeśli tak to jakie proszę wybrać?
Wykład
Seminarium
Filmy dokumentalne
Organizowane kursy
Inne

12.Co zachęciło Pana/Panią do odwiedzenia  Muzeum w Treblince?
Edukacja
Pamięć
Eksponaty
Ciekawość
Inne


13.Proszę wyjaśnić w jaki sposób powyższe powody wpłynęły na decyzje o odwiedzeniu  Muzeum?

Edukacja
Pamięć
Eksponaty
Ciekawość
Inne


14.Jak Pan/ Pani dowiedział się o Muzeum w Treblince?
Od rodziny/znajomych
Z gazety
Z przewodnika turystycznego
Ze strony internetowej Muzeum w Treblince
Z telewizji
Z radia
Inne
 
15.Czy któreś z poniższych powodów miał wpływ na Pana/Pani decyzje do odwiedzenia Muzeum w Treblince?
Rodzina/przyjaciele
Telewizja
Filmy
Dokumenty
Artykuły
Książki
Inne

16.Czy któraś/eś z wystaw lub eksponatów wywarło na Pana/Panią większe wrażenie niż pozostałe?


17.Czy jeśli istnieją jakieś inne powody którymi chciałby się Pan/Pani podzielić dla których odwiedził Pan/Pani Muzeum ?

 Analiza elektronicznej ankiety przeprowadzonej przez Justynę Bakiewicz na stronie muzeum

Image


3. JULIE MEETAL

Julie Meetal urodziła się w Izraelu, gdzie jej rodzice wyemigrowali z Węgier. Rodzina przeprowadziła się do USA w 1964 roku. Ukończyła Fashion Institute of Technology w Nowym Jorku, pracowała jako projektantka mody również w tym czasie rozwijała swoje zdolności malarskie. Prace Julie Meetal znalazły się na wielu wystawch m.im w: Taxas Christian University, Agora Gallery, New York i Dallas Center for Holocaust Studies. Mieszka i pracuje w Mansield.

 

Prace Julie Meetal związane z Treblinką (pomniki z fragmentów macew):




Prace Julie Meetal i Veronique Jonas przedstawiające Holocaust, które zostały opracowne w postaci przewodnika:

 
 

2. URSZULA GRABOWSKA

W  marcu 2009 r. w Muzeum Regionalnym w Siedlcach odbyła się wystawa  Urszuli Grabowskiej  pt. „Ślady”.

ŚLADY – słowo, którego użyła artystka by nazwać swoją wystawę, nabiera niezwykłego, prawie magicznego znaczenia.
Ślady, którymi artystka podąża, ślady, które znajduje, ślady, które pozwalają jej poznać przeszłość, ślady, przy pomocy których opowiada różne historie: piękne, wzruszające, zwyczajne, czasem zabawne, często poważne, ale i smutne, żeby nie powiedzieć tragiczne.
Ta wystawa wiele mówi o autorce. Świadczy o jej wielkiej dojrzałości życiowej i artystycznej. Urszulę Grabowską poznajemy jako osobę wrażliwą, posiadającą dużą wiedzę i umiejętności, znającą doskonale warsztat malarski. Autorka swoje doświadczenia i przeżycia przekłada na język sztuki, na język plastyki, a czyni to z wielką kulturą plastyczną. Jej język plastyczny jest niezwykle bogaty. Wystawa pokazuje jak umiejętnie artystka wykorzystuje różne materiały i przedmioty w swoich pracach, wie jak je użyć, połączyć ze sobą by zbudować zamierzony nastrój, klimat, nadać poszczególnym kompozycjom czy scenom właściwą wymowę i ekspresję.
To wszystko co autorka prezentuje na wystawie nie jest wydumane, ale jest przeżyte, zobaczone, przemyślane.
Opowiedziane na obrazach historie są dalekie od ilustracji, są syntetyczne, skrótowe, często doprowadzone do znaku, do symbolu.
Na wystawie jest zaprezentowanych łącznie 77 obiektów. Są to obrazy na różnym podłożu: na płótnie, desce, papierze. Są tkaniny, są wykorzystane różne przedmioty do instalacji, co dodatkowo wzmocnia siłę działania niektórych kompozycji.
Urszula Grabowska mieszka w Jędrzejowie niedaleko Kałuszyna. Klimat jej urokliwego domu emanuje z wielu obrazów prezentowanych na wystawie. W jej pracowni stoi warsztat tkacki i kołowrotek, ale nie są po to by tylko dekorować wnętrze, artystka wykorzystuje je do swojej pracy. Stara się różnymi sposobami uchronić wszystko to co ginie, odchodzi, wydaje się niepotrzebne. Swoją postawą życiową i swoją sztuką, ocala wiele historii i wiele zjawisk.

Tekst wygłoszony przez Halinę Budziszewską – komisarza wystawy

Galeria


 

 

     

 

 

 

 

 

Urszula Grabowska - ur. 1955
W 1980 roku uzyskała dyplom ASP w Warszawie na Wydziale Malarstwa w pracowni prof. Rajmunda Ziemskiego, aktualnie zajmuje się rysunkiem, malarstwem i tkaniną. Jest autorką wielu wystaw indywidualnych i zbiorowych.


Wystawy indywidualne:
1986 Galeria PAŁAC, Warszawa
1989 Hotel VICTORIA, Warszawa
1990 GOK, Kałuszyn
1991 Galeria NA TARCZYŃSKIEJ, Warszawa
1991 Galeria KIK, Berlin
1996 Galeria BAUMAN, Warszawa
2003 Galeria MDK PAŁAC, Mińsk Mazowiecki
2005 Szkoła Podstawowa w Jędrzejowie Nowym


Wystawy zbiorowe:
1991 Tematy żydowskie, Miami
1992 Tematy żydowskie, Instytut Polski, Nowy Jork
1993 Galeria POD KASZTANAMI, Warszawa
1994 Wystawa ZPAP, Warszawa
1995 Wystawa i aukcja w Szkole Społecznej, Michalin
1998 Wystawa i aukcja w Szkole Społecznej, Michalin
1999 Wystawa i aukcja w Szkole Społecznej, Białołęka
1999 Wystawa w GALERII SZTUKI, Puławy
2001 Wystawa w STUDIO PRZEDSTWIEŃ, Pogorzel
2002 Wystawa i aukcja w Szkole Społecznej, Białołęka
2002 Wystawa poplenerowa, Plateliai-Litwa
2007 Wystawa poplenerowa, Mińsk Mazowiecki
 

Urszula Grabowska o sobie:

"Moja praca artystyczna zawsze, odkąd pamiętam, miała dwa główne źródła fascynacji i inspiracji: kulturę i tradycję polskich Żydów oraz kulturę polskiej wsi. Myślę, że od skończenia studiów tej tematyce przez cały czas jestem wierna. Malarstwo, rysunek tkanina i collage przenikają się i łączą z moim życiem, wsią w której mieszkam już ponad dwadzieścia lat i z przyrodą. Wciąż na różne sposoby tropię przeszłość i tym bardziej jej szukam im szybciej znika. Takim miejscem, gdzie można ją zatrzymać jest sztuka, więc robię co mogę, żeby czas zatrzymać, albo zawrócić. Wiele mi dały spacery po Siedlcach i praca w tutejszym Archiwum. Wchodzę na podwórka z kocimi łbami, zaglądam przez okna do starych drewnianych domów, wchodzę na schody starych kamienic przy Pięknej, Ogrodowej czy Prospektowej. Pamiętam o ich lokatorach, wielu z nich znam z imienia i nazwiska. Tu można jeszcze poczuć ducha przeszłości. Dlatego Siedlce nie są dla mnie już tylko jednym z wielu miast. Czuję się, jakbym była stąd – kilkadziesiąt lat temu. I dlatego ta wystawa ma dla mnie szczególnie duże znaczenie."


W prasie o pracach Urszuli Grabowskiej:

 

 

 


 

 
 

Urszula Grabowska jest również autorką artykułu pt. "Mariawici i Żydzi - rzecz o pomocy".Tekst ukazał się w roczniku "Zagłada Żydów" wyd. przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN, Warszawa 2008 - czytaj artykuł
 
Załączniki do artykułu- zdjęcia schowka i zapiski Siostry Makryny:

 


 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

1. SAMUEL WILLENBERG

SAMUEL WILLENBERG - ur. w 1923 roku w Częstochowie. Jego ojciec, Perec Willenberg, był nauczycielem w żydowskim gimnazjum i artystą malarzem. Matka, prawosławna Rosjanka, dopiero po ślubie przeszła na judaizm. 16-letni Samuel we wrześniu 1939na ochotnika przyłączył się do wojska. Walczył pod Chełmem, gdzie został ciężko ranny w potyczce z Rosjanami. Z rodzicami i dwiema siostrami zamieszkał następnie pod warszawą, ucząc się na tajnych kompletach. W 1942, po aresztowaniu obu sióstr wydanych Niemcom przez polskich sąsiadów, załamał się i zamieszkał w getcie w Opatowie, skąd został ze wszystkimi Żydami wywieziony do Treblinki. Podając się za murarza, jako jedyny z całego transportu uniknął natychmiastowego skierowania do komory gazowej i został więźniem. Przeżył 10 miesięcy piekła. 2 sierpnia 1943 wziął udział w zbrojnym buncie i wraz z kilkuset innymi więźniami zdołał uciec. Dzięki pomocy Polaków szczęśliwie dotarł do Warszawy, gdzie włączył się w konspirację. Wziął udział w Powstaniu Warszawskim, a po kapitulacji uciekł do partyzantki. Po wojnie, w 1950 wraz z matką i żoną wyemigrował do Izraela. Przez 40 lat pracował w zawodzie geodety. Po przejściu na emeryturę podjął studia z zakresu sztuk pięknych na Uniwersytecie Ludowym i zaczął rzeźbić. Pierwsza wystawa jego dzieł, przedstawiających sceny z obozu śmierci, miała miejsce w 2003 roku w Zachęcie. Od 1983 często przyjeżdża do Polski z grupami młodzieży izraelskiej, jako świadek zagłady. Odzyskał polskie obywatelstwo.


Wstrząsające wspomnienia Samuela Willenberga, spisane przez niego po raz pierwszy zaraz po wojnie, ukazały się w książce pt. Bunt w Treblince po hebrajsku w 1985, następnie po polsku, angielsku, hiszpańsku i francusku.

 

Zdjęcia historyczne Samuela Willenberga:

 

Ojciec S. Willenberga, malarz, artysta

S. Willenberg z matką w Warszawie po "aryjskiej stronie"

S. Willenberg po ucieczce z Treblinki

Fałszywa kenkarta Willenberga na nazwisko Ignacy Popow, sporządzona w 1944 r.

S. Willenberg jako oficer Wojska Polskiego 1945-1946

S. Willenberg podczas wizyty w Polsce z okazji 40 rocznicy powstaniaw getcie warszawskim

     


 

Zdjęcia ze spotkania w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszwie Samuela Willenberga i jego żony z Kierownikem MWiM w Treblince -Edwardem Kopówką:

 


Rysunki Samuela Willenberga przedstawiające obóz zagłady w Treblince:

 

Plan ogólny obozu śmierci Treblinka
Widok zachodniej części Treblinki
Lazaret


Rzeźby Samuela Willenberga wykonane w brązie:

 

Wyjście Żydów z wagonu na peron obozu w Treblince
Ojciec rozsznurowujący buty dziecku
Ojciec rozsznurowujący buty dziecku, detal
Młoda kobieta
Młoda kobieta, detal
Inwalida
Inwalida, detal
Rozebrane kobiety
Wynoszenie zmarłych w czasie transportu
Flaschen sortieren
Więzień sortujący do walizek rzeczy po zagazowanych
Szajsmajster
Szajsmajster
Artysta malarz
Obozowa orkiestra Artura Golda
Bunt więżniów

 

Artykuły na temat wystwy rzeźb Samuela Willenberga w Niemczech:

 

 

Wywiad Pawła Śpiewaka z Samuelem Willenbergiem, zamieszczony w najnowszym wydaniu książki pt. Bunt w Treblince, Warszawa 2004

Paweł Śpiewak (dalej skrót P. Ś) Spotykamy się w maju 2004 roku w Tel Awiwie, gdzie ma pan swój dom i pracownię rzeźbiarską. Rok temu miała miejsce w warszawskiej Zachęcie wystawa pańskich rzeźb. O ile wiem, była to pierwsza ich prezentacja i, co ważne, miała miejsce właśnie w Polsce. Kiedy pan zaczął rzeźbić?

Samuel Willenberg (dalej skrót S.W.): Zacząłem rzeźbić cztery lata temu, w 2000 roku. Przedtem pracowałem przez wiele lat jako główny mierniczy w Ministerstwie Rozbudowy Izraela i gdy przeszedłem na emeryturę, znajoma poradziła mi, bym poszedł na Uniwersytet Ludowy. Studiowałem tam przez pięć lat historię sztuki i początkowo malarstwo. Mam pewne zdolności malarskie. Ale któregoś dnia na naszym uniwersytecie urządzono wystawę rzeźb. I wtedy postanowiłem, że będę też studiował rzeźbę. Najpierw rzeźbiłem akty. Zrobiłem jedną czy dwie postaci i w pewnym momencie pomyślałem — dlaczego nie wyrzeźbić typowych postaci z Treblinki. I tak wykonałem pierwszą pracę, która przedstawiała szajsmajstra.

P. Ś.: Kim on był?

S. W.: SZAJSMAJSTER, więzień, miał za zadanie pilnować ubikacji. Więźniowi nie wolno tam było przebywać dłużej niż dwie minuty. Szajsmajster miał więc zegar na piersiach, budzik, i sprawdzał czas. Na głowie ma czapkę kantora, ubrany jest w strój kantora albo w togę sędziego, w ręku trzyma pejcz. Kazali mu się tak ubrać dla drwiny i śmiechu. Dla niego to była tragedia. Ma usta otwarte i oczy zwrócone do góry. On nie krzyczy do Boga, krzyczy do nieba.
Potem wyrzeźbiłem CZŁOWIEKA Z WÓZKIEM. Zbiera butelki, buteleczki, flaszki, szkło. Ludzie przywozili je do Treblinki, jak wiele innych rzeczy. Szkło nie gnije, nie butwieje. Więc Niemcy kazali mu zbierać butelki, żeby szkło nie pozostało, żeby nie było śladu. Wyrzeźbiłem też MALARZA. Kazano mu wymalować na ścianie baraku napisy: „Poczekalnia”, „1 klasa”, „2 klasa”, „Kasa” oraz makietę zegara, którego wskazówki oczywiście się nie poruszały. Niemcy bardzo dbali o to, żeby ludzie przyjeżdżający do Treblinki myśleli, że tu jest zwykła stacja kolejowa. Malował on także Niemcom portrety ich dzieci, żon. Przynosili mu zdjęcia, a on na ich podstawie malował obrazy olejne.
Potem wyrzeźbiłem ZESPÓŁ ARTURA GOLDA, tego znanego muzyka kabaretowego z Warszawy. Niemcy kazali dla grających uszyć kolorowe fraki i wielkie muszki. Wyglądali w nich jak klowni. Taki strój na pośmiewisko. W Treblince byli krawcy, szewcy, robili dla Niemców nowe ubrania. Więźniowie, którzy musieli tam pracować, wybierali sobie ubrania z tych, które przywieźli ze sobą lub na sobie Żydzi. Pan sobie to pewnie inaczej wyobraża, ale w Treblince było kolorowo.

P. Ś.: Po co była muzyka w obozie zagłady?

S. W.: Żeby ośmieszyć, wyśmiać to, co się dzieje. Grali w południe, Niemcom do obiadu, pod oknami stołówki. Grali po apelu, po biciu. Śpiewaliśmy Góralu, czy ci nie żal, żeby na wsi, daleko, w Wólce, chłopi słyszeli, że tu jest życie. Bo chłopi potem mówili: Ale tam śpiewali! Niemcy krzyczeli: Głośniej!

P. Ś.: Jakie wrażenie wywoływała w was ta muzyka?
S. W.: Człowiek czekał, żeby to się wreszcie skończyło. Muzyka nie przynosiła żadnej ulgi, najmniejszej przyjemności. Popijaliśmy kiedyś w baraku wódkę. Kiedy Czech na organkach zagrał Ostatnią niedzielę, ktoś rzucił butem w jego stronę. Ta muzyka wszystkich drażniła.
Potem była rzeźba OJCIEC ROZSZNUROWUJĄCY BUTY DZIECKU. Od razu, gdy wychodziło się z wagonu, kazali zdejmować buty i potem je związywać. To była pierwsza czynność z tych, które prowadziły wprost do gazu. Tą rzeźbą chciałem pokazać ich
śmierć. Zresztą — jak przedstawić śmierć? Rozebrać człowieka do naga? Nie chciałem tego pokazywać. To by było za tanie. Więc w tym geście zdejmowania buta pokazałem nadchodzący moment umierania.

P. Ś.: Wybrał pan taką formę, w której, mimo że to są odlewy w brązie, widać ślady ręki, palców twórcy?

S. W.: Rzeźbię jakby szkice. Tego, co działo się w obozie, nie można pokazać dosłownie. Lecz to nie może być także jakaś abstrakcja. Jedno i drugie obrażałoby ludzi, którzy tam byli i padli. Tak właśnie zacząłem... W ciągu trzech lat stworzyłem piętnaście postaci z Treblinki. Opowiadałem nimi historię Treblinki. Wyrzeźbiłem grupę kobiet idących do gazu. Wygląda to niemal symbolicznie, ale jeden element w tej rzeźbie jest bardzo realistyczny. To walizki, walizki pomordowanych. Miały one jedną wspólną cechę. Wie pan jaką?

P. Ś.: Były podpisane białą farbą.

S. W.: Nie, miały rozerwane zamki. Bo kluczyk zostawał gdzieś tam, porzucony z ubraniem. Wszystkie walizki są rozerwane. To jest wspólny widok z obozów zagłady. Tak samo musiało być w Auschwitz.

P. Ś.: Najbardziej poruszająca dla mnie jest rzeźba RUT DORFMAN. Na wpół ogolonej młodej dziewczyny. Na chwilę przez zagazowaniem.

S. W.: Ciekawe, że zapamiętałem jej imię, bo na ogól ich imion nie pamiętam. Strzygłem ją, a ona mnie pytała, jak długo się umiera. Powiedziałem jej- piętnaście, dwadzieścia minut. Gazowali spalinami z rosyjskich czołgów.

P. Ś.: Niektórzy historycy uważają, że bunt w obozie śmierci Treblinka udał się tylko częściowo.

S. W.: Jeden z nich nawet napisał, że „powstańcom nie udało się zlikwidować niemieckich i ukraińskich stanowisk ogniowych”. Autorzy ci chyba nie zdają sobie sprawy, że nasz bunt miał na celu dwie rzeczy: podpalenie obozu tak, aby nie mógł on już więcej funkcjonować, oraz ucieczkę pewnej liczby naocznych świadków zbrodni, jaka się dokonała w Treblince. Z góry było wiadomo, że tylko nielicznym z nas uda się wydostać z obozu, a i ci będą potem narażeni na cały szereg niebezpieczeństw. Był dopiero początek sierpnia 1943 roku - i nie wyglądało na to, by wojna miała się ku końcowi.

P. Ś.: Kiedy po raz pierwszy spisywał pan swoje wspomnienia z Treblinki?

S. W.: To było zaraz po wojnie, w 1947 roku. Przyjeżdżała do mnie z Żydowskiej Komisji Historycznej z Warszawy pani, która zbierała relacje. To był trudny okres w moim życiu. Byłem niemal alkoholikiem. Często chodziłem podpity. Brało się wódkę i piło z kolegami z Powstania Warszawskiego. I w tym czasie ta pani zaczęła robić ze mną wywiady. Nie były zbyt składne.

P. Ś: A kiedy napisał pan swoją książkę wspomnieniową?

S: W.: Po spotkaniu z Martinem Grayem, francuskim Żydem, który napisał książkę o swoich przeżyciach i o Treblince, zatytułowaną Wszystkim, których kochałem. Zadzwonił do mnie w 1979 roku. Znalazł mnie na wsi. Rozmawiał ze mną przez godzinę, z Francji. Zaczął mnie przekonywać, że był w Treblince. Powiedziałem mu wręcz: „Tyś nie był w Treblince”. Ale kiedy on mi tyle perorował o tej swojej książce, to mówię do mojej żony: „Ja też napiszę książkę”. I wziąłem się do roboty. Nagrywałem siebie, a nagrywając i pisząc — płakałem.

P. Ś: Rzeźbami pokazał pan jeszcze raz to, co już zostało opisane w książce.Dlaczego?

S. W.: Po prostu chciałem uwypuklić, jeszcze mocniej wyrazić to, co tam było. Nie mogłem dodać więcej niż było, nie chciałem fantazjować. Te prace są oczywiście jakąś ilustracją mojej książki. I to, co napisałem, jest mi bliskie, i to, co rzeźbię, jest mi bliskie. Jestem szczęśliwy, że mogę rzeźbić, że coś tworzę.

P. Ś.: A która z form wyrazu wydaje się panu lepsza: rzeźba czy słowo?

S. W.: To są dwie odrębne rzeczy, pisanie i rzeźbienie. Mam dobrą pamięć wzrokową. Byłem długie lata mierniczym. Rzeźbiąc, cofam się w przeszłość
i widzę różne szczegóły swoich przeżyć. Z chwilą kiedy zaczynam rzeźbić, powracają obrazy. Znów widzę tego szajsmajstra na tle ubikacji. Widzę ogrodzenie z drutu kolczastego z wplecionymi w nie zielonymi gałęziami. Widzę lazaret, ten dół, widzę rampę zbudowaną z drewna, gdzie sadzali starców, dzieci czy ludzi niedołężnych, i rozstrzeliwali. W dole płonął ogień, ognisko z samych trupów.

P. Ś.: Czy pana zdaniem można to w ogóle opisać, wyrzeźbić, namalować, tak jak to było?

S. W.: Nie można. To makabra, rzeźbić trupy. Zastanawiałem się, co przedstawić? Ludzi, którzy się duszą? Ludzi, którzy się palą? Ludzi, którzy zostali zasypani i jeszcze ręka brązowa wystaje? Gdy przyjechałem do Treblinki, właśnie zasypali lazaret. I wystawała spalona, czarna ręka. Tego przecież nie mogę wyrzeźbić. To byłaby profanacja, gdybym pokazał umarłych. To są rzeczy, które ja pamiętam, ale nie można ich odtworzyć, to jest zbyt makabryczne.

P. Ś.: Czy istnieje jakiś film, który przybliża się do prawdy tamtych czasów?

S. W.: Każdy film pokazuje coś innego, ale żaden nie oddaje tamtej rzeczywistości. Martin Gray przyjechał do Izraela ze swoim filmem. Prosił mnie, żebym coś powiedział. A co on sam wie, skoro tam nie był? Powiedziałem tylko: „Jestem szczęśliwy, że się pokazuje obraz tej tragedii”. Koniec. Nie mogłem powiedzieć, że to jest trafny obraz Treblinki, bo to nieprawda.
P. Ś.: Rzeźbienie wiąże się jakoś z pana historią rodzinną. Pan kontynuuje artystyczną tradycję ojca?

S. W.: Gdy przyjechaliśmy do Izraela w 1950 roku, było nam z początku bardzo ciężko. Pracowałem za niewielką zapłatą. Zacząłem więc malować dla pieniędzy. Mama się przestraszyła i powiedziała: „Nie dotykaj pędzla”. Bała się, że zostanę artystą i znowu pogrążymy się w niedostatku, w jakim żyliśmy przed wojną.

P. Ś.: Co pan, jako rzeźbiarz, myśli o pomnikach postawionych w Polsce ku czci pomordowanych Żydów?

S. W.: Najlepszy jest ten w Kazimierzu, zrobiony z kawałków starych macew. Ten pomnik ma w sobie wpisane pęknięcie, rozpad. Pomnik w Majdanku — potężny, ale zbyt wyrafinowany, zbyt estetyczny, on nie oddaje tragedii. Oddaje ją krematorium, które tam jest. Wielki jest pomnik w Treblince. Kamienie mówią za siebie, za wioski, za miasteczka, za miasta, za narody. Ale czy zauważył pan — wszystkie kamienie są ustawione na betonie. Nie na piachu, lecz na betonie. Dlaczego?

P. Ś.: Pewnie dlatego, by się nie zapadały.

S. W.: Otóż nie, na piachu nic się nie zapada; piach wspaniale trzyma. Ludzie okoliczni kopali tam doły, szukając złota. To był powód. Do dzisiejszego dnia jeszcze tam kopią. Tam, gdzie jest las, znajdzie pan doły. Podobno chodzą z aparatami do wykrywania metali. Dlatego tam wszystko wokół zalesiono. Wcześniej; lasu tam nie było. Parę rzadkich drzew po tej stronie, gdzie mieszkali Ukraińcy, a cały obóz miał mniej więcej półtora ha. To nic nie jest. I na tym małym terenie, w tak prymitywnym systemie zlikwidowano 875 tysięcy ludzi.

P. Ś.: Czy na tych ludzi, którzy byli tam esesmanami i nieżydowskimi komendantami, patrzyło się relatywnie — że są wśród nich lepsi i gorsi?

S.W.: Najgorsi byli esesmani. Dowódca naszego komanda był alkoholikiem. Niski, nie więcej niż metr pięćdziesiąt wzrostu. Chodził z nami do lasu i pił wódkę. Ukraińcy mu ją przynosili. Kładli czapkę, my wrzucaliśmy pieniądze i oni szli na wieś. Dla miejscowych chłopów to było eldorado, sprowadzali prostytutki z Warszawy, była wódka, najlepsze likiery. Jak Ukrainiec wziął od nas ciężką złotą kolię, to dostawał od chłopów więcej wódki. Za sto dolarów mieliśmy pół litra wódki, bochenek chleba, kilo, no, może pół kilo szynki. Nasz esesman był pijany jak wracał, Lalka bił go po twarzy, ale strażnicy przy bramie nas nie rewidowali. To było nasze szczęście, bo za przyłapanie więźnia z pieniędzmi było rozstrzelanie. Nas nigdy nie sprawdzano. Ciekawa rzecz — Malach Mawet, anioł śmierci, jak myśmy go nazywali, parę razy też poszedł z nami. Żarł tam w lesie jak świnia, bo w gruncie rzeczy Niemcy w obozowych koszarach może nie byli głodni, ale jedli skromnie. Ukraińcy nie mogli nas bić. Niemcy zabronili im tego, nie z powodów humanitarnych, ale żeby nie wymuszali od nas pieniędzy. I dlatego ukraiński strażnik mógł mnie zabić na rozkaz Niemca, ale bić mnie nie było mu wolno. Niemcy byli różni, nie wszyscy esesmani byli mordercami. Najgorsi byli Kiwe, Mitte, Frankenstein, Cep, jeszcze tam paru. Ci to wszystko organizowali. W drugim obozie, gdzie palono ludzi, też był oddział esesmanów, ale myśmy ich nie znali. A reszta — chodzili, krzyczeli, żeby pracować.

P. Ś.: Co się stało potem z tymi esesmanami?

S. W.: Pod sąd poszli wszyscy. Mitte, ten największy bandyta, gdy skończyła się wojna, wrócił do szpitala, gdzie pracował jako sanitariusz, i stamtąd go wzięli pod sąd. On nie przypadkiem znalazł się w Treblince. Jeszcze w latach trzydziestych zajmował się likwidowaniem, gazowaniem nienormalnych.

P. Ś.: Gdyby pana zapytano o wybaczenie? Czy byłby pan w stanie komuś z nich wybaczyć to, co robili?

S. W.: Nie, nie mogę.

P. Ś.: Dlaczego nie?

S. W.: Można wybaczyć komuś, kto zrobił coś złego omyłkowo, ale nie komuś, kto robił to z premedytacją i zadowoleniem. Choć to nie ci esesmani za wszystko odpowiadają. Ten obóz stworzyli inteligentni ludzie, lekarze, inżynierowie, planiści.

P. Ś.: Mówi pan, że nie sposób wybaczyć winnym. Ale czy winni są tu konkretni ludzie, czy faszyzm, system, naród?

S. W.: My oskarżamy cały naród.

P. Ś.: Wina przeszła z ojców na dzieci?

S. W.: To mnie nie interesuje, oni zabijali moje dzieci też. Oni zabijali nasze dzieci, starców, wszystkich. Tak myślą wszyscy Żydzi. Moja córka projektowała gmach ambasady Izraela w Berlinie. W jego frontową fasadę wkomponowanych jest sześć elementów, które przypominają bramy, drzwi albo macewy — symboliczne wyobrażenia przejścia. I dziennikarze pytali ją: Co tych sześć elementów oznacza? MSZ prosiło, żeby nie mówić za dużo o Holocauście. I ona powiedziała: „Niech każdy sam to zobaczy i wyobrazi sobie, co chce”. Dla mnie tych sześć elementów to sześć milionów zabitych.

P. Ś.: Pan wiele razy wracał do Treblinki...

S. W.: Chyba ze trzydzieści razy.

P. Ś.: We wstrząsającym filmie Michała Nekanda Trepki, pt. Ostatni świadek, będącym zapisem pana losów, istotny fragment stanowi obraz Polaków. Film zaczyna się od pańskiego przyjazdu do Opatowa, kiedy pan pyta, co się stało z pożydowskimi domami, meblami. I pojawia się tam dramatyczne w swoich konsekwencjach stwierdzenie, że tylko Polacy wiedzieli, kto jest Żydem.

S. W.: To było dla Żyda bardzo tragiczne. Jak Żyd wyszedł na ulicę, bał się, że ktoś podejdzie do niego i powie: „Ty Żydzie”. Nie Niemiec, bo Niemiec nie miał pojęcia o fizjonomii Żyda, on nie rozróżniał Żyda od Polaka. A Polak rozróżniał momentalnie. Po chodzie, intuicyjnie, trudno określić, po czym właściwie. Bodajże Władysław Szlengel, poeta z warszawskiego getta, pisał: „Nie patrz na mnie, jak chodzę, daj mi przejść, nie wtrącaj się, nie musisz”. Nie wszyscy Polacy tak robili, tylko szumowiny albo antysemici. Ogół zachowywał się biernie. Jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego co niedziela przychodziłem do pewnej bardzo ciężko chorej pani. Wiedziała już, że umiera, miała raka. Co niedziela byli do niej zapraszani różni ludzie, ja byłem stałym gościem. Któregoś razu przyszedł tam pewien pan. Siedzieliśmy przy stole, kiedy on zaczął mówić o Żydach. Ja byłem po wódce, a po wódce to sympatyczny nie jestem. „Ale przepraszam, o kim pan mówi? — zapytałem. — O popiołach? O spalonych? Przepraszam, nie rozumiem pana”. Wszyscy zamilkli. Na przyszły tydzień już mi drzwi nie otworzono.

P. Ś.: Za ukrywanie Żyda dostawało się kulę w łeb.

S.W.: Tak, bez dyskusji. Najlepszy dowód to historia śmierci Ringelbluma, ale nie tylko jego. U Ringelbluma Niemcy zabili część ukrywającej go polskiej rodziny, a także polską położną, choć była tam przypadkowo.

P. Ś.: Gdy teraz prowadzi pan po Polsce wycieczki młodych Izraelczyków, to co im pan opowiada o Polakach?

S. W.: To jest inny problem. Oni przyjeżdżają tutaj i myślą: Polacy mordowali. Im trzeba wytłumaczyć, że tak nie było. I to nie jest łatwe. A bo babcia im powiedziała, że tak było. Opowiadam o takich, co wydawali Żydów, okradali ich, i o takich, co uratowali moją żonę, i o takich, którzy uratowali mnie i pomogli mi, wiedząc, kim jestem, po mojej ucieczce z Treblinki. Wtedy to dopiero młode pokolenie zaczyna patrzeć inaczej. Z żoną wiele nad tym pracowaliśmy, wyjaśnialiśmy, tłumaczyliśmy, czym była wojna dla Polski i Polaków. I dopiero - wtedy otwierają im się oczy. To jest właśnie najważniejsze, żeby zbliżyć nasze narody do siebie. Wiem, że zmieniają się też postawy Polaków. Poszedłem w Warszawie dać krew do zbadania i laborantka zaczęła mi mówić, jak bardzo przeżyła ten film o mnie. W zeszłym roku byłem w Łodzi, podchodzi do mnie kobieta, poznała mnie. „Proszę pana — mówi mi — ja pana widziałam w filmie, pan stracił dwie siostry”. Tego nie było kiedyś. Wie pan, o co po wojnie się pytali? „To ty jeszcze żyjesz?!” Wiele się zmieniło. Nowe pokolenie nie zna w ogóle Żydów. Nie widziało Żyda, nie ma pojęcia o tym, kim jest Żyd. W maju otwarto wystawę o Żydach w Częstochowie. Teraz wszyscy mogą zobaczyć, co Żydzi w tej Częstochowie stworzyli.

P. Ś.: Po wojnie nadal trwał zabójczy antysemityzm. Były pogromy w Krakowie, Dobrem, w Kielcach. Zginęły może ze dwa tysiące cudem ocalonych Żydów. Zginął jeden z dwóch ocalałych z obozu w Bełżcu.

S. W.: To strasznie bolało. Byłem wstrząśnięty. Zaraz po wojnie zostałem zmobilizowany i, nie wiem dlaczego, skierowano mnie do lotnictwa. Zostałem dowódcą szkoły młodszych awiospecjalistów, techników, rusznikarzy, techników drewna — bo tamte samoloty były zrobione z drewna. Byłem w wojsku do października 1946 roku. Jeden z kolegów — teraz jest posłem do Knesetu — przyszedł do mnie i mówi: „Słuchaj, musisz wyjść z wojska, bo potrzebujemy kursów samoobrony przed pogromami”. Ale jak się zdemobilizować? Napisałem pismo: „Ja, Samuel Willenberg, syn profesora Willenberga, który stracił dwie córki, chcę jechać z moim ojcem do Palestyny, muszę mu towarzyszyć”. Dowódca nie chciał mnie zwolnić, więc pojechałem do Pruszkowa, gdzie znajdował się sztab lotniczy. Stamtąd wysłali mnie do wydziału politycznego. Był tam niejaki Barchad, zrusyfikowany Żyd w polskim mundurze. I ten zaczął mnie przekonywać, że powinienem zostać. „Dostaniesz jeszcze jedną gwiazdkę, będziesz kapitanem”. W końcu wieczorem zabrał mnie do generała Zawadzkiego, który na moich papierach napisał: „nacjonalista żydowski”. I tak zostałem zwolniony z wojska.
Oczywiście nadal chodziłem w mundurze, tak było łatwiej. I zacząłem prowadzić kursy samoobrony. Jeździłem i pokazywałem, jak i gdzie w razie napadu ustawić ludzi z karabinami maszynowymi, przygotowywałem plany, uczyłem strzelać. W końcu grudnia 1946 roku przeprowadziłem przez zieloną granicę grupę pięćdziesięciu osób, głównie młodzież szkolną. Szliśmy przez Alpy, przez przełęcz Brenner, w strasznym śniegu. We Włoszech czekały na nas ciężarówki z brygady żydowskiej, wchodzącej w skład armii brytyjskiej, i zawieziono nas przez Mediolan do Cinecittà w Rzymie. To były wielkie studia filmowe, taki Hollywood, zbudowany przez Mussoliniego. Połowę tego miasteczka zamieniono na obóz uchodźców, w pozostałej części kręcono filmy. Któregoś dnia wpadła mi w ręce syjonistyczna gazeta i dowiedziałem się z niej, że profesor Willenberg nie żyje. Wiedziałem, że matka sama nie poradzi sobie w życiu. Któregoś dnia zobaczyłem auto z biało-czerwoną chorągiewką. Ktoś zapytał: „Willenberg, co ty tu robisz?” Jadę do Palestyny— odpowiedziałem. Wtedy ci koledzy z wojska w przeciągu jednego dnia załatwili mi paszport konsularny, wszystkie potrzebne wizy. Pojechałem przez Szwajcarię do Paryża, potem przez zonę amerykańską w Niemczech do Czechosłowacji.
Wróciłem do Polski w maju 1947. Wtedy ludzie z organizacji syjonistycznej poprosili mnie, żebym szukał po Polsce dzieci żydowskich. Na ogół dawano mi trudne adresy: Koniecpol, Żyd, szukaj pan go, Radomsko, Żyd, szukaj pan go.

P. Ś.: Skąd wiedziano, gdzie są te dzieci?

S. W.: Żydzi sobie opowiadali. Na przykład, że w Radomsku była położna. Szukam więc położnej. Pamiętam schody, pomalowane na czerwono, podłoga z drewna, wyfroterowana. Przyszedłem do niej i mówię: „Słyszałem, że pewna młoda kobieta urodziła tu w czasie wojny dziecko”. Na pewno dała miliony, bo w czasie wojny nie było rodzenia dzieci. Mogli sobie na to pozwolić tylko ludzie bardzo bogaci. Ona mi na to mówi: „Proszę pana, niech pan wyjdzie”. I wyrzuciła mnie. Ale na dole zatrzymuje mnie jakiś niedorozwinięty człowiek i mówi: „Ja to dziecko zabrałem, bo ona mi kazała to ścierwo wyrzucić. Mróz był, no to co miałem zrobić? Pomyślałem, że zaniosę je pod polski cmentarz, to i zaniosłem. Grabarz nie miał dzieci. Żona grabarza znalazła tego chłopczyka, nie był obrzezany, i wychowywali go” Tyle powiedział mi ten człowiek. Miałem ze sobą ze 200 tys. złotych. Nie wiedziałem, ile dać żonie grabarza. Wsiadła ze mną do pociągu i pojechała do Łodzi. Dali jej tam dużo pieniędzy. Teraz druga historia. Koniecpol, miasteczko pod Częstochową. Wiem, że jest tam chłopiec żydowski. No i co robię? Idę do knajpy, zamawiam ćwiartkę wódki i pytam, czy nie zostały tu przypadkiem jakieś niemieckie dzieci. Patrzą na mnie jak na wariata. „Niemieckie to nie, ale Żydziak jest tu jakiś”. Poszedłem w stronę kościoła. Widzę chłopca na koniu. Patrzę na niego i pytam: Jesteś Żydem? A on: Co panu do tego? — Ja — mówię — też jestem Żydem. — No to co? — Ja chcę cię wziąć. —A ja nie chcę. Idę do gospodarza i rozmawiam z nim. „Panie, to on jest Żydem? Jakbym wiedział, że to jest Żyd, to bym go wyrzucił” — mówi mi gospodarz. Idę do obory i powtarzam chłopcu, co chłop powiedział. Wtedy postanowił pojechać ze mną. Ciekawa rzecz. Ja się pytam, jak się nazywa, a miał czternaście, może piętnaście, może siedemnaście lat, duży chłopiec, ale czytać i pisać nie umiał. Chodził do księdza, do szkółki niedzielnej, tam się nie uczyli w ogóle pisać. Zapytałem go więc, jak się nazywa. „Pamiętam, że mama mówiła do mnie: Kadisz”. I tu jest problem, bo kadisz to jest modlitwa za zmarłych, ale jest też nazwisko Kadisz. A może matka mówiła mu: „Ty jesteś nasz kadisz!” Ojca mu zabili, jak uciekał.
Kiedyś, gdy szukałem dzieci, chciano mnie otruć, raz chłopi ruszyli z widłami na mnie. Bardzo często zastanawiałem się, czy dobrze wtedy robiłem. Może niektóre z tych dzieci były by szczęśliwsze, gdyby zostały ze swoimi przybranymi rodzicami?

P. Ś.: Wyjeżdżając z Polski, zabrał pan ze sobą obrazy i rysunki swego ojca.

S. W.: Większość z nich niestety zaginęła. Po skończeniu wojny obrazy ojca były w różnych miejscach w Polsce i nie wszystkie udało mi się odzyskać. Ale mimo wszystko został jeszcze spory zbiór. Mój ojciec chciał stworzyć nowy styl żydowski. Żydzi nie mieli nigdy swojego stylu, dlatego że nie wolno było przedstawiać człowieka ani w rzeźbie, ani w rysunku, ani w malarstwie. Styl ojca polegał na szczególnym liternictwie. Z liter hebrajskich zaczął tworzyć kompozycje, stylizował litery i w tej formie namalował polichromie w bożnicach w Częstochowie, w Piotrkowie i Opatowie. Sporządzał ponadto plany i szkice. One są teraz u nas. Jak udało się je uratować? Otóż przed wysiedleniem z Opatowa daliśmy teczkę jednej pani i ona ją przechowała. Tę teczkę ja dostałem. Został jeszcze obraz, który był u aptekarza. Już po śmierci ojca, w 1947 roku przyjechałem do Opatowa. Tamtejsze getto nie było najgorsze. Można byto z niego dość swobodnie wychodzić. W getcie znalazł się doktor Taube z rodziną, lekarz z Łodzi. Miłośnik sztuki. Całymi dniami, jak nie był wzywany do chorych, przesiadywał z ojcem i chciał, żeby ojciec mu narysował plan bożnicy. Rysował aron hakodesz i parochet, zasłonę. Na niej wypisane było imię ofiarodawcy. I tata to zrobił. Dwa dni przed wysiedleniem doktor Taube przyszedł do nas i mówi: „Samek, chodź ze mną, pomożesz mi. Zabierzemy to do apteki”. On miał dużo obrazów, z Łodzi jeszcze. Przed wieczorem przynieśliśmy do apteki obrazy i sporo złota, monety itd. I obraz ojca też. Wojna się skończył, tata umarł w dwa lata po niej. Będąc więc w Opatowie, postanowiłem zajść, do tej apteki. Wszedłem, przedstawiłem się i mówię: „Nic chcę złota, nie chcę obrazów zdeponowanych przez doktora, chcę tylko odebrać obraz mojego ojca”. Proszę bardzo — i aptekarz dał mi, o co prosiłem. Teraz ten obraza jest na wystawie w Częstochowie poświęconej historii miejscowych Żydów.

P. Ś.: W filmie Michala Nekanda Trepki uderzył mnie jeden fragment,
a mianowicie ten, kiedy porusza pan kwestię wstydu. Powiedział pan, że ofiary czasem się wstydzą.

S. W.: Nie tak całkiem bez powodu Polacy mówili, że Żydzi szli jak barany. Jak myśmy przyjechali do Palestyny, do Izraela, niektórzy Izraelczycy, ci, którzy znaleźli się tam już przed wojną, uważali, że myśmy nie walczyli, a tylko oni walczyli. Zarzucali nam tchórzostwo, nieporadność. Ale nie znali naszej sytuacji. Gdy deportowano nas z Opatowa, szliśmy w kordonie osiemnaście kilometrów. Ale przecież tak samo było po Powstaniu Warszawskim! Tłumy warszawiaków szły na Dworzec Zachodni, ze śródmieścia, z placu Zbawiciela, przez plac Narutowicza, Grójecką. Nie byli otoczeni kordonem niemieckim, mogli uciec. Jednak szli, wchodzili do wagonów, i ja też szedłem. Zobaczyłem, że wagon nie jest zamknięty, to były węglarki. Dojeżdżaliśmy już prawie do Pruszkowa, kiedy na sekundę pociąg stanął i wtedy uciekliśmy. System niemiecki paraliżował strachem.

P. Ś.: W wielu przekazach powtarza się jeszcze inny fakt. Żydzi, którzy mieszkali poza Europą, nie chcieli zaraz po wojnie słuchać o Zagładzie, nie chcieli się dowiadywać, co się stało.

S. W.: Trudno to ocenić. Może było to dla nich zbyt bolesne? Nie chcieli marnować zdrowia. Pewien nasz przyjaciel, którego spotkaliśmy w Izraelu, nie chciał słyszeć o śmierci swoich rodziców. Poza tym liderzy ruchu syjonistycznego, w tym pierwszy premier Izraela Ben Gurion, nie byli zainteresowani mówieniem o Zagładzie. Państwo, które dopiero co powstało, miało własnych bohaterów wojny 1948 roku. Gloryfikowało tych, którzy walczyli o jego niepodległość. Bo oni rzeczywiście byli bohaterami, jeśli siedem krajów arabskich napadło na nieuznane jeszcze formalnie państwo, i potrafili pokonać wrogów.

P. Ś.: Mam wrażenie, że obecnie Holocaust jest w Izraelu zwornikiem świadomości zbiorowej.

S. W.: Jest pewna część narodu, która nie zna Holocaustu. Są to głównie sefardyjscy Żydzi, ale 80-90 proc. Izraelczyków wie i rozumie. Wielka część społeczeństwa zdaje sobie sprawę z tego, że państwo Izraela powstało dzięki Holocaustowi. Izrael musi być silny, żeby nie dopuścić do nowej Zagłady.

P. Ś.: Gdy razem z żoną w kilka lat po zakończeniu drugiej wojny światowej przyjechali państwo do Izraela, panowało tam milczenie, o Holocauście się nie mówiło, z różnych powodów. Ale to nie znaczy, że pan nie mówił?

S. W.: Ja mówiłem, ale nikt nie słyszał. Ja mówiłem o tym tylko z moimi towarzyszami, moimi znajomymi. Zaczynało się jakiś temat: ładna pogoda, a kończyło się na Holocauście. To był normalny objaw. Tak jest do dzisiejszego dnia. Zaczynamy mówić o butelce, ale kończymy: to było tak, a to było tak, a wiesz, w tym okresie ta butelka mnie uratowała. Siedzimy głęboko w Holocauście.

P. Ś.: Tak samo pańska córka?

S. W.: Córka też. Córka się jakby urodziła z Holocaustem, bo cały czas moja mama mówiła jej o stracie swoich dwóch córek, a ja cały czas mówiłem o Treblince. Treblinka mi zaćmiła inne rzeczy.

P. Ś.: Czy to jest tak, że nie tylko głowa pamięta, ale także w jakiś sposób ciało, to znaczy te wszystkie miejsca, które były bite, czy one jakoś pamiętają?

S. W.: Pamiętają, i to dobrze pamiętają. Byłem ranny we wrześniu 1939 roku. Jako ochotnik wstąpiłem do wojska. Szedłem od Kowla, potem cofaliśmy się do Chełma. W Chełmie wybuchła strzelanina z Rosjanami. Zostałem ranny. Potem miałem paraliż nóg. Do tej pory mam dziurę w kręgosłupie, ale najwyraźniej mam dobrą budowę, skoro wytrzymałem i jakoś dożyłem 81 lat.

P. Ś.: Pana ojciec malował wnętrza synagog, ale rodzina była zasymilowana i w pańskim domu nie trzymano się ściśle zasad religijnych. Powiada się, że „Bóg umarł w Auschwitz”. Czy pan zgadza się z takim zdaniem?

S. W.: Nie, On już w Treblince nie żył. Chciałem moją książkę zatytułować: „Bóg na urlopie”. Ale zakrzyczeli mnie wszyscy: „Daj spokój! Nie ma Boga i nie było Boga”. Gdy w Treblince patrzyłem w niebo, widziałem tylko ładne polskie niebo, nic więcej. Nie było tam Boga. Ani jeden z naszych trebliniarzy nie wierzy w Boga. Co roku w rocznicę buntu, który wznieciliśmy w obozie, spotykamy się na cmentarzu w Tel Awiwie i raz zdarzyło się, że spotkaliśmy tam rabina. Wtedy jeden z tych, co przeszli przez Treblinkę, mówi: „Chodź, wychodzimy”. Nosimy w sobie nienawiść do religii, nienawiść do Boga. Jego nie było.

P. Ś.: Nienawiść do Boga, czy to jest właściwe określenie?

S. W.: Nienawiść do Boga, to nie to samo, co powiedzieć, że nie ma Go. Nienawiść do Boga to co innego.

P. Ś.: Nienawiść za nieobecność?

S. W.: Tak w ogóle — czy On istnieje? Nie może istnieć Bóg, gdy dzieciom rozwala się głowy, tego Boga nie może być. Ja uważam, że Boga nie ma, a człowiek robił to, co chciał. Nie ma innego wyjścia, nie można wytłumaczyć, że Bóg był. Bo gdzie On był? Na urlopie? A jak na urlopie, to Bóg nie istnieje. Prawdę mówiąc, nie istnieje.

P. Ś.: Jest taki kanadyjski filozof, Emil Fakenheim, który przeszedł przez obozy śmierci. On twierdzi, że po Holocauście do sześciuset trzynastu micwot, które obowiązują Żydów, dodana została sześćset czternasta micwa — nakaz pamięci o Holocauście, nakaz wierności tej pamięci. Ten naród ani nie może zapomnieć, ani nie wolno mu zapomnieć.

S. W.: Nie wolno nam zapomnieć, ale to nie ma nic wspólnego z Bogiem. To są dwie odrębne rzeczy. Dlatego w Izraelu mamy bombę atomową. Nie będziemy rzucać pierwsi, ale mamy. My mamy potężną broń, tylko po to, żeby nie mógł powtórzyć się Holocaust. Zawsze gdzieś w naszych szarych komórkach tkwi Zagłada. I to nie tylko u ludzi, którzy przeszli przez wojnę, ale również w nowym pokoleniu. Ten kompleks Holocaustu przechodzi z ojca na syna.
I dlatego Izrael musi być silny, trudno. Jest otoczony milionami Arabów, którzy go nienawidzą. To nas trzyma, ta siła, którą mamy.

P, Ś.: A Żydzi w diasporze?

S. W.: Teraz w razie czego oni by mieli gdzie uciec. Mają Państwo Izraela. Myśmy nie mieli dokąd uciec.

Tel Awiw, maj 2004

 
 
 
 

Zagłada w sztuce

1. SAMUEL WILLENBERG
2. URSZULA GRABOWSKA
3. JULIE MEETAL
4. Grupa "Ławeczka"
5. Małgorzata Chmielowska
6. Wolfgang Hergeth