Niemiecki nazistowski obóz zagłady i obóz pracy (1941 - 1944)

Audioprzewodnik

Audioprzewodnik
“Obóz Zagłady Treblinka II”

Stanisław i Maria Pac oraz ks. Kazimierz Wasiak

 

Stanisław i Maria Pac oraz ks. Kazmierz Wasiak                     

Wiosną 1940 roku przyjechał do rodziny Pac w Życzynie Józef Śmietanowski, daleki kuzyn Marii Pac z prośbą o pomoc w przechowaniu całej rodziny w Życzynie. Rodzina Śmietanowskiego składała się z czterech osób: żony Ireny z domu Waksenbaum i dzieci: Stefana, Aleksandry. W Warszawie groziło im zamknięcie w getcie.

Rodzina Paców zaopiekowała się rodziną Śmietanowskich, uważając ich za swoich kuzynów, co nie wzbudzało podejrzeń o żydowskim pochodzeniu. Ksiądz Kazimierz Wasiak załatwił metrykę urodzenia dla Ireny Śmietanowskiej na nazwisko rodowe Bednarska. Józef Śmietanowski pomagał w młynie, jednak w lutym 1942 roku zginął tragicznie i wtedy ciężar opieki nad rodziną Śmietanowskich spadł wyłącznie na rodzinę Paców.

W 1942 roku przyjechał do Życzyna komendant Policji Kryminalnej z Dęblina w poszukiwaniu rodziny żydowskiej ukrywającej się w Życzynie. Zapytany przez komendanta Stanisław Pac zapewnił go, że w Życzynie nie ma Żydówki z dziećmi. Następnego dnia Pacowie odwieźli rodzinę Śmietanowskich do Warszawy, gdzie znalazła schronienie na plebanii u ks. Kazimierza Wasiaka. W 1943 roku rodzina Śmietanowskich wróciła do Życzyna, gdzie doczekała się zakończenia wojny.

 

Rodzina Paców udzieliła pomocy także Żydówce Marii Rybakowskiej i jej córce Katarzynie. W 1942 roku przywiózł Rybakowską do Życzyna ks. Wasiak i polecił opiece Marii i Stanisławowi Pac. Rybakowska doczekała zakończenia wojny, w 1945 roku wyjechała do Argentyny.

 

Wszelka pomoc udzielana potrzebującym rodzinom żydowskim ze strony rodziny Paców i ks. Wasiaka była bezinteresowna.

 

 Dokumentacja dotycząca pomocy udzielonej osobom pochodzenia żydowskiego podczas okupacji hitlerowskiej przez  Stanisława i Marię  Pac 
oraz ks. Kazimierza Wasiak
a


Wspomnienia Aleksandry Śmietanowskiej, uratowanej dzięki pomocy rodziny Paców i ks. K. Wasiaka
 

Franciszka i Hipolit Górscy

Franciszka i Hipolit Górscy

Mieszkańcy Sokołowa, Franciszka i Hipolit Górscy, którzy w czasie wojny uratowali dwoje żydowskich dzieci zostali pośmiertnie uhonorowani w Muzeum Holocaustu w Skokie.

Uroczystości w amerykańskim muzeum zorganizowano 9 listopada w rocznicę kryształowej nocy, która wiązała się z pogromem Żydów w hitlerowskich Niemczech. Ceremonia odbyła się w pobliżu ściany Sprawiedliwych. Tego dnia dodano na niej cztery nowe nazwiska osób, które ryzykowały swoim życiem, aby ratować Żydów w czasie wojny.

Po stronie dobra

Muzeum Holocaustu i Centrum w Skokie w amerykańskim stanie Illinois jest instytucją, która uczy nie tylko trudnej historii, ale również stara się sprostać współczesnym wyzwaniom. Spotykamy się przy Ścianie Sprawiedliwych, ścianie nadziei oraz wszystkiego tego, co ludzkość ma najlepszego do zaoferowania - mówił dyrektor muzeum Rick Hirschhaut. - Chcemy uhonorować te osoby, które wówczas miały odwagę stanąć po stronie dobra i sprzeciwiać się złu.

 

Na Ścianie Sprawiedliwych umieszczone nazwisko Franciszki i Hipolita Górskich z Sokołowa Podlaskiego. - Gdyby nie oni, ja i moja siostra, Irene Budkowski, nie przeżylibyśmy - mówił ocalony przez Górskich Aaron Elster.

 

Bez chęci zysku

Rodzina Elsterów prowadziła w Sokołowie sklep mięsny przy ul. Rogowskiej. Kiedy przyszła wojna, sytuacja rodziny znacznie się pogorszyła. Gdy było już wiadomo,że wszyscy Żydzi trafią do obozu w Treblince. Elsterowie postanowili oddać starszą córkę, Irenę, pod opiekę Górskich, którzy mieszkali na ul. Pięknej (ich dom stoi tam do dzisiaj). Podczas likwidacji getta, małemu Aaronowi również udało się do nich uciec. W tym domu rodzeństwo ukrywało się aż do wejścia do miasta Rosjan.

 

Od kilku lat Elster starał się, aby Instytut Yad Vashem przyznał Górskim medal Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Jedynym problemem było to, że jego rodzice dali Górskim pieniądze za przechowanie Ireny.- Jednak nie powodowała nimi chęć zysku.- przekonuje Elster. Za uratowanie mnie nie dostali przecież ani centa. Gdyby nie oni, z pewnością bym zginął. Aaron Elster opisał swoją historię w książce "I still see her haunting eyes". Podczas uroczystości wyznał, ze chciałby, aby medal, który przyznany będzie Górskim znalazł się w muzeum w Skokie. Jeśli nie będzie to oryginał, który prawdopodobnie zostanie w Polsce, to przynajmniej jego wierna kopia.

 

Spłacony dług

Franciszka i Hipolit Górscy nie mieli własnych dzieci. Odnalezienie krewnych było więc dość trudne. Zwrócono się nawet o pomoc do sokołowskiego Urzędu Miasta. Wreszcie udało się odnaleźć odpowiednią osobę, która mogłaby medal przyznany Górskim odebrać. To nauczyciel w jednej z sokołowskich szkół. - Wystąpienie o nadanie medalu to mój sposób odwdzięczenia się Górskim - uważa Elster.- Spłacam w ten sposób swoisty dług. Uratowali mi przecież życie.

 

Z całej rodziny wojnę przeżyli tylko Irene i Aaron. Ich ojciec wraz z młodszą siostrą, Sarą zginął najprawdopodobniej w Treblince. Matka została zamordowana w Sokołowie tuż przed wkroczeniem Rosjan.

 

Katarzyna Markusz, "Życie Siedleckie", nr 08/2010 z dn 26.02. 2010 r.

 

Stanisław i Julianna Postek

Małżeństwo Postków prowadziło gospodarstwo rolne na obrzeżach Stoczka Węgrowskiego na Mazowszu. Mieli ośmioro dzieci. Dokładnie nie wiadomo, kiedy pierwsi Żydzi zwrócili się do nich o pomoc. W lecie 1942 r. były to trzy osoby z getta warszawskiego - znajomi Stanisława. Potem, w sierpniu 1942 r., pan Hajkiel, stoczkowianin, i jeszcze dwie osoby, które uciekły przed deportacją do Treblinki, leżącej zaledwie kilkanaście kilometrów od Stoczka. Znaleźli u Postków schronienie. Po nich było jeszcze troje innych. Na koniec przyszli bracia Majorkowie z siostrą i jej dzieckiem. To było już w sierpniu 1943 r. - po buncie więźniów w obozie w Treblince.


Nie wiadomo o Żydach wiele, gdyż rodzice nie wtajemniczali dzieci w ukrywanie i nie pozwalali im wchodzić do kryjówek. We wrześniu 1943 r. ktoś Postków wydał. O świcie 5 września 1943 r. dom otoczyli niemieccy żołnierze. Wiedzieli, czego szukają. W piwnicy na podwórzu znaleźli kilkanaście osób, z których kilka zastrzelili na miejscu, a resztę w pobliskim lesie.


Część dzieci Postków wymknęła się, ale Stanisława i dwóch synów zabrano na posterunek. Na podwórku została Julianna. Niemcy o niej nie zapomnieli. Gdy wrócili, trzymali w rękach kije. Zatłukli ją "za pieczenie chleba Żydom". Jej zmasakrowane ciało pogrzebał nazajutrz sąsiad Postków.


Stanisław nie wrócił już do domu. Wywieziony do obozu Auschwitz, zginął w ciągu kilku miesięcy. Synów, Wacława i Henryka, Niemcy co prawda zwolnili, ale w czerwcu 1944 r. znów aresztowali.


Zaginął po nich wszelki ślad.

 

Osoby, którym udzieli pomocy: mężczyzna ze Stoczka o nazwisku Hajkiel, dwaj bracia Majorkowie oraz ich siostra z dzieckiem, kilka osób nieznanych z imienia i nazwiska.

 

Wykorzystane materiały pochodzą ze zbiorów programu dokumentacyjnego „Polscy Sprawiedliwi – przywracanie pamięci” realizowanego przez Muzeum Historii Żydów Polskich. Dostępne są na www.sprawiedliwi.org.pl. Program objął honorowym patronatem Prezydent RP.

Rodzina Kasprzaków

Rodzina Kasprzaków, która w czasie wojny mieszkała w Sokołowie Podlaskim została odznaczona medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

Stanisława i Roman Kasprzakowie oraz ich córka Zofia to kolejne osoby związane z Sokołowem Podlaskim, które zostały przez Instytut Yad Vashem odznaczone medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. W czasie okupacji niemieckiej ukrywali w swoim domu żydowską dziewczynkę. Była to mała Rita Skowrońska, której widoczne rysy semickie nie pozwoliłyby funkcjonować poza murami getta.

Porzucona w getcie
W lipcu 1941r. pod bramą sokołowskiego getta znaleziono porzucone przez rodziców dziecko. Miało ono trafić do polskiej rodziny, która mieszkała w jednej z pobliskich wsi. Rodzina ta obiecała zaopiekować się dziewczynką. Za tę przysługę otrzymali pokaźną zapłatę. Ludzie ci przestraszyli się jednak dużej odpowiedzialności oraz ryzyka, jakie niosło ze sobą ukrywanie żydowskiego dziecka. Zrezygnowali z opieki nad Ritą i odprowadzili ją z powrotem do getta. Jak sama po latach wspomina, miała na sobie jedynie letnią sukienkę oraz sandały. To było jej jedyne ubranie. Jak się wkrótce okazało, w getcie nie było już jej rodziców. Uciekli na tzw. aryjską stronę. Chcieli w ten sposób zadbać również o swoje bezpieczeństwo i przeczekać ten trudny okres w bezpiecznej kryjówce.

Nowa rodzina
Na szczęście 6-letniej Ricie udało się odnaleźć w getcie dalszą rodzinę. Jej członkowie zarabiali na życie piekąc ciastka. Jeden z kuzynów sprzedawał je do cukierni, w której pracowała 17-letnia wówczas Zofia Kasprzakówna. Chłopak opowiedział jej o trudnym losie małej Rity. Porzucona przez opiekunów nie miała wielkich szans na przeżycie. Zofia bez wahania postanowiła jej pomóc. Przekonała do tego swoich rodziców – Stanisławę i Romana Kasprzaków. Nowa rodzina ciepło przyjęła w swoim gronie małą Ritę. Od tej pory nazywano ją Krysią. Decyzja Kasprzaków może budzić podziw, biorąc pod uwagę ich trudną sytuację mieszkaniową. W jednopokojowym mieszkaniu, poza rodzicami, przebywało wówczas czworo ich własnych dzieci – dwóch synów i dwie córki. Stanisław pracował jako inżynier budowy dróg i mostów. Jego pensja ledwo starczała na wyżywienie całej rodziny. Mimo to swoją nową "córkę" przyjęli ciepło i starali się wynagrodzić jej trudne życie w getcie.

Ciągłe zagrożenie
Rita nie mogła liczyć na taką swobodę, jaką mieli pozostali członkowie rodziny. Gdy ktoś obcy przychodził do domu, dziewczynka musiała schodzić do specjalnej skrytki pod podłogą. Przez cały okres przebywania w tym domu nigdy nie wolno jej było wyjść na dwór. Wszystko dlatego, że miała charakterystyczne semickie rysy. Natychmiast zostałaby rozpoznana. To stanowiłoby ogromne zagrożenie nie tylko dla niej, ale i dla ukrywającej ją rodziny. Zofia nauczyła ją czytać i pisać. Bawiła się też z dziewczynką, której często dokuczała nuda. W ten sposób upłynęły Kasprzakom ponad 3 lata. Rita bardzo przywiązała się do nowej rodziny. Romana i Stanisławę traktowała jak własnych rodziców. Zofia była dla niej ukochaną starszą siostrą.

Zofia Kasprzak i Ruth Letan

Przyznano medal
Po wojnie okazało się, że Holocaust przeżyła jedynie matka Rity. Kobieta wróciła do Sokołowa, aby zabrać córkę. W 1948r. obie wyemigrowały do Francji, a stamtąd do Izraela. Stanisława Kasprzak zmarła w 1965r., a jej mąż Roman - w 1983r. Zofia założyła własną rodzinę i wyjechała do Poznania. Skowrońskie przez wiele lat utrzymywały listowny kontakt z rodziną Kasprzaków. Zmieniło się to w latach 80-tych, kiedy listy przestały docierać do adresatów. Rita, już jako prof. Ruth Letan, w 1989r. przyjechała do Polski. Udało jej się odnaleźć Zofię, która nosi teraz nazwisko Bublik. W 2008r. Rita zwróciła się do Instytutu Yad Vashem z wnioskiem o przyznanie swoim wybawcom odznaczenia Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Medal wraz z dyplomem Zofia odebrała 10 września 2009r. w warszawskiej synagodze Nożyków.

 Opracowała Katarzyna Markusz, Życie Siedleckie, nr 42/2009 z dn. 16.10. 2009 r.

Apolonia Kret

Apolonia Kret-siostra Benedykta

Apolonia Kret (siostra Benedykta) to pogodnie usposobiona do życia osoba. Choć już ukończyła dziewięćdziesiąt lat, to nadal żywo interesuje się wydarzeniami związanymi z naszym krajem. Śledzi na bieżąco prasę i pochłania literaturę. Pozostałe siostry nazywają ją „chodzącą historią”.

Czy może siostra opowiedzieć nam o okresie dzieciństwa?

- Urodziłam się w 1919 r., pochodzę spod Garwolina. Ojciec uważał, że jedyne z czego można się utrzymać to rolnictwo. Było nas ośmioro dzieci, 7 dziewczyn i jeden chłopiec. Szkoły w tym okresie były cztero oddziałowe, po jej zakończeniu szło się do szkoły rolniczej, gdzie kończono 5, 6, 7 klasę z bursą. Było to pod Łukowem. Brat skończył tę szkołę, ja byłam tam tylko rok, gdyż bursę zamknięto. Ojciec wysłał mnie więc na stancję do Garwolina i tam skończyłam szkołę. Nie lubiłam pracy w gospodarstwie, lecz czytać i haftować. Ojciec kupił maszynę do szycia, więc trzeba było nauczyć się szyć. W związku z tym ojciec pojechał do księdza, który powiedział, że szkoła taka znajduje się w Skórcu u sióstr zakonnych. Ksiądz napisał list do przełożonej z prośbą o przyjęcie mnie do szkoły krawieckiej. I tak znalazłam się w Skórcu. Miałam 17 lat kiedy wraz ze starszą siostrą zawitałam do Skórca.


Jak przebiegało powołanie do zgromadzenia sióstr zakonnych?
 
- Wyobrażałam sobie zakonnice chodzące w workach, zdziwiłam się przekraczając próg zakonu, widząc panie w fartuszku. Pomyślałam, że to służące. Jednak się myliłam, były to siostry. Po przybyciu skierowano mnie do pracowni krawieckiej, gdzie powitała mnie przełożona. Pamiętam jak powiedziała do mnie „Szczęść Boże”, a ja spontanicznie pocałowałam ją w rękę. Do dziś moje zachowanie jest dla mnie zaskakujące, gdyż nikt mnie tego nie uczył.  Przez trzy lata pobytu przyzwyczaiłam się do tego miejsca, tęskniłam za domem rodzinnym, ale czas wypełniały nam różne zajęcia np: przedstawienia, zakładano koła, natomiast wieczorami robiłyśmy robótki, przy których siostra czytała nam książkę. I tak moje losy związały się z Zakonem Zgromadzenia Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny zwanych „sercankami” . Moja posługa rozpoczęła się w Skórcu. Byłam tam trzynaście lat. Sześć lat przebywałam w Nowym Mieście.  Następnie moje losy związały się z Wereszczynem byłam tam aż trzydzieści lat, gdzie zajmowałam się trykotarstwem. Do Skórca wróciłam w 1994 r. i tu pozostanę do śmierci.


Jaka jest historia ukrywania Basi i Jadwigi Górskiej (nazwisko prawdziwe Faktor)?

- Nie wiem kto przywiózł dziewczynkę do Skórca. Jedna z sióstr chciała załatwić sprawy w gminie, tam starszy mężczyzna zaczął krzyczeć na nią. Siostra przełożona widziała tę scenę i poleciła przyprowadzić dziewczynkę do zakonu. Tajemnicą ukrywania Basi w naszym zakonie objęte były trzy osoby: cały ster trzymała siostra przełożona Bronisława Hryniewicz, Stanisława Józwikowska i ja (Apolonia Kret). Żadna z pozostałych sióstr nie wiedziała, że dziewczynki są Żydówkami, były dla nich uczennicami. Mieszkałyśmy pod jednym dachem z Niemcami, dlatego wszystko musiało być zachowane w ścisłej tajemnicy, musiałyśmy być bardzo ostrożne. Kiedy Basię przyprowadzono, na jej widok chciało się płakać. Wyglądała przerażająco. Wszędzie miała wszy, a jej ciało pokrywał świerzb, wrzody znajdowały się na plecach, na piersi i nogach. Pierwszą rzeczą, którą zrobiono to wykąpano to biedne dziewięcioletnie dziecko, następnie ścięto jej włosy.  Każdego dnia kąpałam ją,  smarowałam i zmieniałam pościel, a i tak były wszy. Trzy tygodnie dochodziła do siebie. Pamiętam jak już wstała i siedziała u przełożonej w pokoiku i śpiewała: „ w garwolskim powiece stała się nowina, bo się zakochali chłopiec i dziewczyna, jak się zakochali tak się miłowali tylko im rodzice pobrać się nie dali…”. Po latach pytałam, skąd znała tę piosenkę, odpowiedziała, że z getta, z którego uciekły.  Opowiadała, że na ich oczach zamordowano jej brata Janka i siostrę Halinkę. W czasie dość długiego pobytu Basi w Skórcu powiedziała, że ma starszą siostrę Jadzię i wtedy przełożona kazała  ją przyprowadzić, żeby były razem. Wiedziałyśmy także o innej siostrze Reginie, która prawdopodobnie znajdowała się w Gołąbku, ale nikt jej nie widział.


Jakim dzieckiem była Basia?

- Bardzo dobrze się uczyła, kończyła dwie klasy rocznie. Była żywym dzieckiem i nie sprawiała żadnych trudności. Jak dziewczynka była większa trzeba była ją przygotować do komunii. Przygotowywała ją siostra kierowniczka pracowni. Pytała ją: ...”Czy Ty Basiu rozumiesz jak tobie tłumaczę, że jeżeli człowiek jest nie ochrzczonym, to nie może przyjąć innego sakramentu? Odpowiedziała, że rozumie. Wtedy nie przyznała, że były wyznania mojżeszowego. I komunia święta odbyła się uroczyście w kaplicy. Przed Wielkanocą siostra przełożona udała się do Warszawy w poszukiwaniu aktu urodzenia bądź aktu chrztu. Nikt tam nie słyszał o niej. Udała się więc do Wawrzyszewa, gdzie dziewczynka twierdziła, że są pochowani jej rodzice. Niestety i tam nic nie odnalazła. Po powrocie do Skórca przeprowadziłyśmy rozmowę  o tym, że w Polsce  musi być dokument świadczący o jej istnieniu. Zapytałyśmy wprost: „przyznaj się czy wy nie jesteście Izraelitkami?” Basia rzuciła się na szyję i przyznała: „proszę pani, tak my jesteśmy Żydówkami”. Powiedziałam jej wtedy: „dlaczego Basiu nie przyznałaś się wcześniej, przecież pytałyśmy przed przygotowaniem do komunii?” Na to ona: „proszę panią Jadzi powiedziała, że jak się przyznamy to nas zabiją”. Wcześniej przyjęła sakrament komunii, ale nie miała chrztu, trzeba było więc ją ochrzcić. Siostra przełożona udała się do Kotunia pod pozorem, że jedzie do lekarza. Słyszała, że tam ksiądz chrzci wszystkich Żydów. Basia została ochrzczona, przełożona była matką chrzestną, a ksiądz, który udzielał jej sakramentu był jej ojcem chrzestnym. Po jakimś czasie również zawieziono Jadzię. Za jakiś czas po tym wydarzeniu [już po wojnie- przypis MWiM w Treblince] wysłano mnie do siedleckiej kurii po kalendarz liturgiczny na nowy rok, wtedy znajdowało się to w kościele garnizonowym. Kalendarz wydał mi pan Michał, który się tym zajmował, powiedział mi, że trzymamy dwie Żydówki. Byłam przerażona, zaprzeczyłam, mówiąc, że mówi głupoty, ale tylko się uśmiechnął i stanowczo powiedział: „wiem, że trzymacie Żydówki…”. Wróciłam pospiesznie do zakonu i powiedziałam o tym incydencie siostrze przełożonej, później poszłam do kaplicy się pomodlić, aby nie myśleć co może się stać. Byłyśmy niespokojne, nasze obawy okazały się słuszne. Przyjechała kobieta z dwoma mężczyznami. Twierdziła, że jest jej ciocią. Basia krzyczała, że nie chce pójść i że nie ma żadnej cioci. Kurczowo trzymała się spódnicy siostry. Przełożona powiedziała, że dziecka nie odda, ale kobieta twierdziła, że i tak ją zabiorą nawet wbrew naszej woli. Położyli pieniądze na stół za utrzymanie dziewczynek, nie przyjęłyśmy ich ponieważ nie dla pieniędzy dziewczynki wychowywałyśmy. To podkreślił prezydent podczas uroczystości wręczenia nagrody. Zabrano dziewczynki, przełożona była niespokojna z obawy o to, że zabrano je aby nimi handlować. Pierwsze wieści od Basi pochodziły z Zabrza. W liście prosiła o pamiątki z pierwszej komunii, obrazek święty, książeczkę. Później pisząc już z Palestyny skarżyła się, że na granicy zabrano jej wszystkie pamiątki świadczące o tym, że jest chrześcijanką.


Jak doszło do otrzymania nagrody?

- Do odznaczenia „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata” zgłosiła nas Basia. Napisała dwa razy list z prośbą o przyznanie siostrom  Bronisławy Hryniewicz i Stanisławy Józwikowskiej tego odznaczenia. Ja jako jedyna żyjąca, która była naocznym świadkiem tych wydarzeń miałam zaszczyt odebrać tę nagrodę 15 maja 1995 r.  Niestety zabrakło na tej uroczystości Basi, która w tym dniu miała być ze mną, jednak kłopoty osobiste Basi nie pozwoliły na jej przyjazd.


Czy siostra utrzymuje kontakt z Basią?

- Od czasu do czasu pisze listy. Przyjeżdżała do Skórca. Nosiła się z zamiarem powrotu do Polski, ale natknęła się na szereg trudności. Podczas wizyty w 2002 r. wpisała się do księgi pamiątkowej z podziękowaniem za opiekę.

 


Opracowały tekst i wykonały zdjęcia: Renata Antoszczak i Magorzata Kozicka

Wywiad został przeprowadzony w maju 2009 roku.

 

Zginęli pomagając sąsiadom

Zginęli pomagając sąsiadom. Teraz nikt o tym nie pamięta.

Historia rodziny Proczków z Dąbrowy (gm. Łaskarzew), którzy zginęli za ukrywanie Żydów.

 

Image
Tomasz Proczek (podoficer armii carskiej jako sanitariusz wraz z żona- zdjęcie z ok. 1910 roku. Fot. ARCH. MB
 

Nikt dokładnie nie policzył, i najprawdopodobniej nigdy nie policzy, ilu Polaków zginęło z rąk okupantów za ratowanie Żydów. Według szacunkowych danych było to nie mniej niż kilka tysięcy zamordowanych Polaków.

 

Pomoc Żydom, nie ograniczała się tylko do żywności, ubrań, lekarstw, ale też do ukrywania w miejscach bezpiecznych. To właśnie ten rodzaj pomocy, był obarczony olbrzymim ryzykiem. W przypadku ukrywania Żydów każdej osobie oraz jego rodzinie groziła kara śmierci. Nie było mowy o jakimkolwiek sądzie, znalezienie ukrywanych Żydów oznaczało egzekucję całej rodziny. Jedna z takich historii wydarzyła się we wsi Dąbrowa.

 

Makabryczna zbrodnia
W Łaskarzewie oraz jego okolicach przed 1 września 1939 roku żyło kilka tysięcy Żydów. Okres wojny przeżyło kilkunastu, może kilkudziesięciu. W zasadzie spotkało to całą społeczność żydowską zamieszkującą przedwojenną Polskę.


9 grudnia 1942 roku w wiosce Dąbrowa w okolicach Łaskarzewa doszło do jedynego znanego w całym powiecie garwolińskim mordu na polskiej rodzinie, która ukrywała Żydów. Postępowanie Niemców, można rzec, było standardowe. Kilkunastu żandarmów (plus ewentualnie kilku funkcjonariuszy gestapo) otoczyło zagrodę Tomasza Proczka. Następnie dokonali egzekucji jego i jego rodziny. W gospodarstwie znaleźli dwóch Żydów ukrywanych przez rodzinę Proczków, którzy zostali zastrzeleni podczas ucieczki.


Rodzina Proczków składała się z siedmiu osób. Był to Tomasz Proczek, urodzony w 1874 r., jego małżonka – Jadwiga Proczek, urodzona w 1886 r., najstarsza córka Marianna Sięńska(z domu Proczek, ur. 1914 r.), Natalia (ur. w 1920 r.), syn Stanisław (ur. w 1923 roku) oraz najmłodsza córka Aleksandra, która miała wówczas 12 lat. Był jeszcze najstarszy syn Jan, który miał już własną rodzinę i mieszkał w oddzielnym domu, ale na tym samym gospodarstwie.


Niemcy, wkraczając do ich domu zamordowali piątkę z nich, a mianowicie: Tomasza, Jadwigę, Mariannę, Natalię oraz Stanisława. Najmłodsza córka, Aleksandra, ocalała tylko dlatego, bo przebywała u sąsiedniej rodziny Nowotniaków. Ze wspomnień jedynej ocalałej, wynika że Niemcy zastrzelili rodzinę Proczków na podwórku. Zwłoki pozostawiono tam, gdzie zostali zastrzeleni członkowie rodziny. Według relacji, syna Jana Proczka, Mieczysława, który jako małoletnie dziecko widział śmierć swojego dziadka i rodziny, Niemcy zrabowali buty zabitemu Stanisławowi. Niemcy ograbili gospodarstwo Proczków ze wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość.

 

Rodzinny sekret
Po opuszczeniu wsi przez Niemców ciała rodziny zostały poznoszone przez sąsiadów do stodoły. Córce Aleksandrze, wówczas 12 letniej dziewczynce, nie pozwolono oglądać tej zbrodni. Pochówkiem zwłok zajął się syn Jan, którego uratowało to, że mieszkał w oddzielnym domu. Zwłoki spoczęły na cmentarzu parafialnym w Łaskarzewie.


Oprócz zamordowanej rodziny Proczków zostali również zamordowani dwaj Żydzi. Nie wiadomo o nich właściwie nic oprócz tego, że pochodzili z Łaskarzewa i byli szewcami. Wiadomo też, że znali się z rodziną Proczków jeszcze przed wojną. To ile czasu byli ukrywani oraz ich tożsamość, prawdopodobnie nigdy nie zostanie ustalone z prostej przyczyny – im mniej osób wiedziało, tym bezpieczniej dla ukrywających i ukrywanych. Prawdopodobnie o ukrywaniu Żydów wiedzieli tylko najstarsi z rodziny. Dzieci lepiej było nie wtajemniczać w tego typu sprawy. Jak było to ważne i przestrzegane, niech świadczy fakt, że nawet córka Aleksandra nie wiedziała nic o takiej sytuacji.


Dla obrazu całej sytuacji, należy wspomnieć, że z końcem września rozpoczęła się likwidacja getta w Łaskarzewie. Miejscem zagłady był obóz koncentracyjny w Treblince, ale co najmniej kilkudziesięciu Żydów zginęło na terenie miasta i w pobliskich lasach.


Zapewne Ci dwaj Żydzi ukrywani przez rodzinę Proczków, byli uciekinierami z getta lub, co również jest prawdopodobne, znaleźli się tam wcześniej. Mogli się także ukrywać w lesie, ale prawdopodobnie na okres zimy Tomasz Proczek udzielił im schronienia. Jak było dokładnie, raczej nie dowiemy się już nigdy. Świadkowie, którzy mogliby cokolwiek powiedzieć już nie żyją.

 

Wspomnienia ocalałej
Wedle pisemnej relacji pani Aleksandry Sroka (z domu Proczek): „Jeden Żyd uciekając w kierunku gajówki do lasu został zabity i tam pochowany przez sołtysa, sąsiada Górkę. Natomiast drugi Żyd uciekał w kierunku majątku dziedzica Uścieniec i tam został pochowany”.


Szczątki ich prawdopodobnie znajdują się tam, gdzie zostali zastrzeleni i pochowani do dnia dzisiejszego. Wątpliwe jest raczej, aby ktokolwiek odważył się wykopywać ich w czasie wojny, zresztą pochówek z powodu zniszczenia nie mógł odbyć się na kirkucie. Po wojnie, taka akcja również mogła wzbudzić zainteresowanie władz komunistycznych. Ekshumacji nie przeprowadzono.


Należy sobie też odpowiedzieć skąd Niemcy wiedzieli o ukrywaniu Żydów. Przyjechali w sposób zorganizowany do konkretnej osoby, na konkretny adres z samego rana. Mało prawdopodobne jest, że obserwowali okolice i przypadkowo odkryli Żydów. W większości tego typu przypadków, był to niestety donos. Widać był on dla Niemców na tyle prawdopodobny, że przyjechali i znaleźli ukrywanych Żydów. Być może zrobił to ktoś, komu zależało na pieniądzach i poświęcił życie siedmiu niewinnych osób za biblijną garść srebrników. Prawdy raczej już nigdy nie poznamy.

Warto pamiętać
Powojenne losy rzuciły Jana Proczka oraz jego rodzinę wraz z siostrą Aleksandrą na Pomorze. Nie zapomnieli oni jednak o tragedii, która ich spotkała. Jan Proczek wraz ze swoją siostrą Aleksandrą, postawili swoim rodzicom oraz rodzeństwu pomnik na cmentarzu parafialnym w Łaskarzewie.


Niestety pomnik na cmentarzu parafialnym jest jedyna pamiątką po tej rodzinie. Mimo upływu tyle lat nie została należycie uczczona pamięć o polskiej rodzinie, która zginęła tylko dlatego, że pomagała swoim sąsiadom. Niewątpliwie należało by powziąć działania zmierzające do upamiętnienia tego bohaterskiego czynu w sposób nawet symboliczny.


Bardzo ważne jest, aby oprócz upamiętnienia rodziny Proczków dokonać ekshumacji i pochówku Żydów, którzy zostali zastrzeleni podczas ucieczki. Do dnia dzisiejszego zamiast na kirkucie, spoczywają w miejscach, w których zostali zastrzeleni.


W dobie wmawiania i oskarżania Polaków o antysemityzm oraz kolaborację z wrogiem publiczne przywrócenie pamięci o ludziach, którzy za pomoc Żydom zostali zamordowani mogłoby pomóc w budowaniu wizerunku Polski i Polaków.

MICHAŁ BOŻEK, Życie Siedleckie, nr 6 z dn. 6 lutego 2009

12 z Paulinowa

12 SPRAWIEDLIWYCH Z PAULINOWA

W nocy z 23 na 24 lutego 1943 r. Niemcy zorganizowali obławę i otoczyli wieś Paulinów w gminie Sterdyń. Ściągnęli ok. 2 tys. żołnierzy i policjantów z Ostrowi Mazowieckiej, aby schwytać zbiegłych z getta Żydów i wydać wyrok na wszystkich, którzy im pomagali. Tak pisze o obławie Wacław Piekarski w książce Obwód Armii Krajowej Sokołów Podlaski „Sęp”, „Proso” 1939-1944:
„Dnia 24.II.1943r. w środę, przeprowadzono blokadę Paulinowa.

Za udzielenie pomocy ukrywającym się Żydom Niemcy rozstrzelali 11 osób z Paulinowa i pobliskich miejscowości.

Akcja niemiecka, zakrojona na szeroką skalę, była dobrze przygotowana i wzorowo przeprowadzona. Posłużono się tu prowokacją. Rozpoznania dokonali prowokatorzy. Byli nimi Żydzi, jeden z Warszawy, drugi ze Sterdyni – Szymel Helman. Prowokator z Warszawy dołączył do ukrywających się Żydów, podając się za Żyda francuskiego, zbiegłego z transportu „przesiedleńców” wiezionych do Treblinki.
Żydzi, przeważnie z getta sterdyńskiego, znaleźli schronienie w Paulinowie i pobliskim lesie. Na noc przychodzili do budynków dworskich. Nocowali w stajni, do której wpuszczał ich Franciszek Kierylak – stajenny.

Prowokator z Warszawy i Szymel ze Sterdyni, z którym Czesław Kotowski chodził do Szkoły Powszechnej w Sterdyni, przychodzili do Paulinowa po żywność.
Szukali schronienia, zasięgali informacji o sytuacji w kraju i na świecie. Prowokatorzy obserwowali i skrzętnie zbierali wiadomości, kto udziela Żydom pomocy.
Wielu było takich. Kotowscy znaleźli się wśród „winnych”, ponieważ matka dawała im chleba. W innym przypadku nieostrożny młody człowiek mówił o walkach na froncie wschodnim, a stajenny wpuszczał ich na noc do stajni.

Do przeprowadzenia akcji ściągnięto dużą ilość wojska i policji wszelkiego rodzaju. Ocenia się, że było ich około 2 tys. Przyjechali 60 samochodami z Ostrowi Mazowieckiej rano.

Folwark i wieś otoczono ze wszystkich stron. Linia obławy o długości około 10 km przebiegała od szosy Sterdyń – Sokołów przez las zembrowski, pod Wymysły, potem Ratyniec, przez Dąbrówkę i znowu do szosy. Żołnierzy rozmieszczono gęsto, co kilkanaście kroków, jeden od drugiego.
Taki obraz obławy pozostał w pamięci mieszkańców Paulinowa.

Po zamknięciu w ten sposób Paulinowa i pobliskich miejscowości prowokator z pomocą gestapo i żandarmerii wybierał „winnych”.
Najpierw zastrzelono stajennego Kierylaka. Potem Józefa Kotowskiego – miał sparaliżowaną jedną połowę ciała – i jego żonę Ewę wyprowadzili z mieszkania i zastrzelili na schodach ich domu. Syna ich Stanisława przyprowadzili na plac przed gorzelnią. Sześciu tam zebranych ustawiono w dwójki, przeprowadzono do lasu i tam rozstrzelano.

Czesław Kotowski ocalał, bo uciekł z Paulinowa linijką, którą dał mu Pytel, administrator majątku Sterdyńskiego. Kazał mu jechać, nie oglądając się na nic. Po drodze na odcinku od Paulinowa do Zembrowa zdążył naliczyć 24 samochody.
Niemcy rozstrzelali 11 osób, Byli to:

  1. Jan Siwiński, lat 50,
  2. Franciszek Augustyniak – zięć Siwińskiego, lat 25,
  3. Franciszek Kierylak, lat 50, stajenny,
  4. Józef Kotowski, lat 56,
  5. Ewa Kotowska, lat 54,
  6. Stanisław Kotowski, lat 25,
  7. Marian Nowicki, lat 36, z Kolonii Ratyniec Stary,
  8. Ludwik Uziębło, lat 45, z Kolonii Ratyniec Stary,
  9. Zygmunt Drgas, lat 25, wysiedleniec z Poznańskiego, mieszkał u Uziębły
  10. Stanisław Piwko, lat 31,
  11. Aleksandra Wiktorzak, lat 50.

W czasie obławy wywiązała się strzelanina. Niemcy postrzelali się między sobą przez pomyłkę. Idący z przeciwległych stron – od Zembrowa i od Ratyńca – otworzyli do siebie ogień. Dwóch żołnierzy niemieckich zginęło, jeden został ranny. Ofiary fatalnej pomyłki wywieziono do Sokołowa.
Rozstrzelanych pochowano w lesie. Po przejściu frontu rodziny przeniosły swoich na cmentarz w Sterdyni”.

Krótką wzmiankę na temat tych tragicznych wydarzeń znajdujemy również w książce Marka Chodkiewicza pt. Żydzi i Polacy 1918 – 1955, w której autor pisze:
„Ohydną innowacją niemieckich narodowych socjalistów było natomiast wypuszczanie pojedynczych prowokatorów, zwykle Sowietów, Żydów i Polaków, którzy udawali uciekinierów z obozów lub gett, prosili o pomoc polskich chłopów, a następnie denuncjowali ich. Rozmiary tego zjawiska nie są jeszcze znane, ale wiemy na przykład, że Augustyniak Franciszek, 30 lat, robotnik, zamieszkały w Paulinowie pod Sokołowem Podlaskim [został] zastrzelony przez oddział SS 24 lutego 1943 roku razem z grupą 14 osób, które były ofiarami prowokacji: kilka tygodni przedtem pomogli agentowi nazistowskiemu, który udawał żydowskiego uciekiniera”.

Dla upamiętnienia śmierci pomordowanych w Paulinowie, mieszkańcy gminy Sterdyń – Franciszek i Józef Pytlowie z kolonii Dzięcioły – wybudowali kapliczkę z figurą Jezusa Frasobliwego w miejscu, gdzie zginęło małżeństwo Kotowskich. Natomiast tablicę pamiątkową wykonał Włodzimierz Grużewski z Sokołowa Podlaskiego. Widnieje na niej napis następującej treści:

„Pamięci pomordowanych przez hitlerowców
w dniu 23-24 lutego 1943 r.
mieszkańców wsi Paulinów i Ratyniec


Augustyniak Franciszek lat 40
Drgas Zygmunt lat 23
Kierylak Franciszek lat 53
Kotowska Ewa lat 54
Kotowski Józef lat 56
Kotowski Stanisław lat 25
Nowicki Marian lat 29
Piwko Stanisław lat 40
Pogorzelski Wacław lat 24
Siwiński Jan lat 53
Uziębło Ludwik lat 19
Wiktorzak Aleksandra lat 58

2003 r. Społeczność lokalna”



Warto jednak te informacje sprostować i uzupełnić pewnymi faktami z aktów zgonów pomordowanych, wg których:

  • Drgas Zygmunt lat 23, poznaniak, zamieszkały w Ratyńcu Starym
  • Nowicki Marian lat 29, poznaniak, zamieszkały w Ratyńcu Starym
  • Uziębło Zygmunt lat 19, zamieszkały w Ratyńcu Starym
  • Kotowski Józef lat 56, zamieszkały w Kolonii Paulinów
  • Kotowska Ewa lat 56, zamieszkała w Kolonii Paulinów
  • Kotowski Stanisław lat 25, zamieszkały w Kolonii Paulinów
  • Kierylak Franciszek lat 59, zamieszkały w Kolonii Paulinów
  • Siwiński Jan lat 46, zamieszkały w Kolonii Paulinów
  • Piwko Stanisław lat 30, zamieszkały w Kolonii Paulinów
  • Augustyniak Franciszek lat 29, zamieszkały w Kolonii Paulinów
  • Wiktorzak Aleksandra lat 50, zamieszkała w Kolonii Paulinów


Innym przejawem pamięci o ofiarach są utwory poetek ludowych: Lucyny Maksimiak i Marianny Bakońskiej, napisane dla upamiętnienia minionych wydarzeń. Oto ich treść:

Rapsod poległym

Minęło tyle lat – czy dużo to czy mało
Kule wystrzelił wróg i serce Wam bić przestało
Padliście na ziemię – podlaską ukochaną
Tak często przez wrogów, najbliższych krwią zbryzganą.

Tego Pan Jezus nas nauczył, jak postępować trzeba
Spragnionemu dać kubek wody, głodnemu kromkę chleba
Podróżnych przyjąć do domu, zziębniętych, aby się ogrzali
Za Waszą dobroć i wierność Bogu, za to Was roztrzaskali.

Dziś stojąc pod tą kapliczką, modły do Boga zanosimy
Ale, że wróg jest zawsze wrogiem – tego nie zapomnimy
Jest jeszcze coś – co modląc się powtarzamy
I odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy.

Z pamięci nie wymażemy tego, co Wam uczynił Wróg
A żyć tak przyrzekamy, jak nas nauczył Bóg
By krzywdy cierpliwie znosić, urazy chętnie darować
Być wiernym Bogu i Ojczyźnie, tak mamy postępować.

Kiedy patrzycie na nas z zaświatów, stojąc przy tronie Boga
Chcemy żyć, jak wyście żyli – bo to najlepsza droga
Idąc tą drogą nikt nie zbłądził, wyście też nie zbłądzili
Zbłądzili oprawcy, co życie Wam skrócili.

My przepraszamy Was za to, że trzeba było sześćdziesiąt lat
By wrócić pamięcią do Was – do tego, co zrobił Wam kat
Zostało nas już niewielu, co tamte dni pamiętają
Przekazujemy to młodym, niech Was w pamięci mają.
Lucyna Maksimiak


Pamięci pomordowanych

Krwią zapisana zbrodnia, którą znamy
Co tutaj się wydarzyła
Dziś tu kapliczkę w ofierze stawiamy
By pamięć o nich w nas żyła.

Cisza wokoło i nagle krzyki
Ze snu mieszkańców wyrwały
Gdy wczesnym rankiem grupy okupanta
Bezbronnych ludzi zaatakowały.

Ludzie w popłochu z domów uciekają
W pobliskim lesie schronienia szukają
Lecz ich dosięgła pędząca kula
Tu ich przyjęła ziemia – Matula.

Zbrodnicza ręka na spust nacisnęła
I z paru kroków salwę oddali
Niejedna z ofiar nawet nie jęknęła
Jedenaście osób zamordowali.

Jednych zabili w mieszkaniu
Innych przed dom wywlekli
Szczęśliwi, którzy żyją do dzisiaj
Którzy przed nimi uciekli.

Dziś z nas niejeden zapyta czemu?
Przecież się tego nie spodziewali
Za kromkę chleba daną bliźniemu
W ofierze życie swoje oddali.

Przyjm do królestwa tamte ofiary
O to Cię dzisiaj prosimy
I za ich dusze przed Tron Twój Panie
Modlitwę swą zanosimy.

Gdyby modlitwa budziła zmarłych
A łzy burzyły śmierci wrota
One by Was z mogiły wydarły
Abyście snuli nić swego żywota.

I kto popatrzy na ten znak wiary
Niech prześle do Boga westchnienie
Za te pomordowane tutaj ofiary
Daj Boże wieczne odpuszczenie.
Marianna Bakońska


Ci wszyscy ludzie zginęli, ponieważ pomimo grożących im represji, pomagali Żydom, którzy uciekli ze sterdyńskiego getta (jego likwidację rozpoczęto 23 września 194 r.). Przebywało tam ok. 1000 osób, w Sterdyni zamordowano 359 Żydów (poza tym kilkunastu Polaków i jeńców radzieckich). Pozostałych wywożono do obozu zagłady w Treblince. Tak wspomina te wydarzenia Franciszek Mosiej, mieszkaniec wsi Dzięcioły Dalsze:
W Sterdyni 2/3 wszystkich ludzi to byli Żydzi. Mieszkali na Targowicy po obu stronach, przy głównej drodze, nad strugą i na Lebiedziach. Nad strugą była piekarnia i oni tam chleb piekli. Pomagali też ludziom w polu, zboże kosili za jedzenie, buty taki jeden robił, a ludzie mu jeść dawali. Żydówki to śledzie nosiły i ludzie chętnie brali, bo dobre były, a w zamian im jajka i inne rzeczy dawali. Mieli też bożnicę i tam się modlili. Ze mną do szkoły nawet Żydzi chodzili – 4 chłopców i 3 dziewczyny. Nawet jedna nauczycielka to też była Żydówka. A potem jak Niemcy do Sterdyni wkroczyli, to dzieciaki pozabijali, a starszych silniejszych na wozy i do Treblinki wywieźli. Ci co uciekli i się jakoś uratowali, to tak chodzili po wsiach i pomocy szukali. Do nas tu też do domu przychodzili, tośmy im chleb dawali, bo prosili i czasem się ich tu przechowywało. Potem część poszła w stronę Bugu, bo tam granica była i jak przechodzili przez rzekę to niektórych zabili. Reszta gdzieś uciekła w stronę Paulinowa i tam w lesie się ukrywali”.

Faktycznie część Żydów zdołała zbiec przy likwidacji getta. Znaleźli schronienie w Paulinowie i w pobliskim lesie. Przychodzili do pobliskich gospodarstw po jedzenie, a w zamian jeden z nich naprawiał buty. Kazimierz Kusiak z Paulinowa wspomina: „Był szewc i buciny robił za to życie, co się im dawało. Do naszego domu też przychodzili, a razem z nimi szpicel chodził i obserwował. Potem Niemcy zrobili obławę w nocy, co wywieźli nie widziałem, bo świadkiem tego nie byłem, ale parę zastrzelonych było”. Noce spędzali w budynkach dworskich i stajniach, do których wpuszczał ich Franciszek Kierylak – stajenny i stróż w majątku. To on jako pierwszy poniósł śmierć z rąk Niemców za pomoc Żydom. Po nim zginęło małżeństwo Kotowskich (Ewa i Józef), których rozstrzelano na progu własnego domu na oczach córki – Stanisławy. Zabito również ich syna – Stanisława, którego Niemcy zatrzymali i poprowadzili do pobliskiego lasu na rozstrzelanie. Razem z nim zastrzelili Stanisława Piwko, Zygmunta Drgasa, Mariana Nowickiego i Zygmunta Uziębło. Natomiast w cegielni zginęli: Aleksandra Wiktorzak, Jan Siwiński i Franciszek Augustyniak – zięć Siwińskiego. Po przejściu frontu rodziny zabrały ciała bliskich na cmentarze w Sterdyni i Kosowie Lackim.

Niezwykłą odwagą i wielkim sercem odznaczył się Stanisław Piwko, który również zginął z rąk Niemców za udzielenie pomocy Żydom. Oto fragment relacji Janiny Stalewskiej - córki S. Piwko: "Ojciec jadł śniadanie i Żydzi przyszli. To ja już pamiętam, taka mała dziewczynka byłam. I ten szpieg przyszedł. On jeść nie chciał, a ten Żyd mówi, żeby mu chleba dać, a babcia Kusiaczka mówi tak: Nie dawaj im chleba, bo słyszałeś, że Niemcy powiedzieli, że kto da Żydom chleba to kula w łeb, to nas pozabijają. I on to słyszał - ten szpieg, no i miał tylko tata zapisanego, a żeby babcia poparła danie tego chleba, to by wszystkich pozabijali. A ojciec się odezwał tak: Dzieciom trzeba dać chleba! I dał całą bułkę, i mówi tak: Macie i idźcie stąd! A babcia ty chleba upieczesz, to jakoś tam będzie, jakoś przeżyjemy. No i zginął za tą kromkę chleba...".

Na sterdyńskim cmentarzu znajdują się groby ofiar z Paulinowa:

- pomnik nagrobny imienny rodziny Kotowskich z napisem:

"Ś.P.
JÓZEF
KOTOWSKI
ŻYŁ LAT 56
EWA Z KLIMKÓW
KOTOWSKA
ŻYŁA LAT 54
STANISŁAW KOTOWSKI ŻYŁ LAT 25
ZGINĘLI 24.02.43 R.
Z RĘKI NIEMIECKIEJ
POKÓJ ICH DUSZOM"


Na płycie znajduje się mylna informacja o wieku Ewy Kotowskiej, ponieważ zgodnie z wypisem z aktu zgonu miała ona 56 lat.

- pomnik nagrobny imienny Franciszka Kierylaka, na którym czytamy:

„Ś.P.
FRANCISZEK
KIERYLAK
ŻYŁ LAT 66
ZGINĄŁ ŚMIERCIĄ TRAGICZNĄ
DN. 24.II.1942 R.”


Tu również podany jest mylnie wiek – zgodnie z aktem zgonu powinno być 59 lat, a ponadto rok śmierci powinien być 1943.

- nagrobek imienny Franciszka Augustyniaka i Jana Siwińskiego:


Na pomniku podano mylnie datę zgonu – powinno być 1943 r., a także wiek ofiar: Augustyniak miał 29 lat, a Siwiński 46 lat (zgodnie z aktem zgonu).

- nagrobek imienny Stanisława Piwko:

„Ś.P.
STANISŁAW PIWKO
ŻYŁ LAT 30 – ZG. ŚM. TRAG. 24.II.1943r.”

Opracowała Joanna Kierylak - przewodnik w Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince

Rodzina Karczmarczyków


RODZINA KARCZMARCZYKÓW
 

 

Ewa Karczmarczyk
 

 

Dom Karczmarczyków 1935 r. Brzózka

 

Tadeusz Karczmarczyk
 

Tadeusz Karczmarczyk

Medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata przyznany rodzinie Karczmarczyków

Dyplom honorowy przyznany rodzinie Karczmarczyków

Dyplom Honorowy przyznany rodzinie Karczmarczyków

                      


 

SPRAWIEDLIWY: Tadeusz Karczmarczyk

Urodził się w 1922 r.; syn Tomasza (zm. 1945) i Ewy (ur. 1889, zm. 1973). Brat Stefana (ur. 1915, zm. 1983), Bolesława (ur. 1926), Haliny i Stefanii.
Medal otrzymał w 1996 r. wraz z matką Ewą i dwoma braćmi – Bolesławem i nieżyjącym wówczas Stefanem.

Tadeusz Karczmarczyk to taki gatunek człowieka, który mentalnie nie poddaje się upływowi czasu – zachował pogodne i bystre spojrzenie, żartuje i nie stara się martwić, czym nie potrzeba. Choć zbliża się do dziewięćdziesiątki, wciąż jest sprawny i nie brak mu zapału. To te cechy pomogły dwudziestoletniemu Tadkowi ocalić życie kilkorga znajomych Żydów.

Pochodzi z rolniczej rodziny, która w latach 40. dysponowała dziewięciomorgowym gospodarstwem. Gospodarstwo nie było duże, ale jak opowiada Tadeusz jego rodzina nie cierpiała niedostatku – U kogo był przednówek, to był – u nas nie było przednówku.
Chleba wystarczyło też, aby podzielić się z potrzebującymi. Była nimi grupa Żydów, którzy stracili dobytek uciekając przed Niemcami do strefy okupowanej przez Sowietów. Po uderzeniu Niemiec na ZSRR ludzie ci zostali zakwaterowani w jednej z izb niewielkiego domu Karczmarczyków. Kiedy latem 1942 r. rozpoczęła się eksterminacja Żydów z pobliskiego Stoczka, Kosowa Lackiego i Węgrowa, gospodarze postanowili udzielić pomocy swym lokatorom – najpierw Tadeusz wyprowadził ich ze strzeżonego domu, potem wraz z innymi członkami rodziny ukrył w gospodarstwie.
Dwójkę – Chanę i Joska Szczupakiewiczów – Tadeusz Karczmarczyk polecił na służbę do zaprzyjaźnionych gospodarzy, ukrywając fakt, że są Żydami. Pomagając w gospodarstwach, doczekali końca wojny.  W gospodarstwie Karczmarczyków przetrwała matka Chany i Joska – Chaja oraz jej siostra Aida Wróblewicz (po mężu Midziński). Karczmarczykowie pomagali również Mosze Szczupakiewiczowi, mężowi Chaji i ich najmłodszemu dziecku – Srulkowi. Srulek doczekał końca wojny, ukrywany jako przybrane dziecko w okolicach Stoczka. Z pomocy korzystał również Chaim, krawiec z Kalisza, który został zamordowany na kilka tygodni przed wycofaniem się Niemców.
Po wojnie Tadeusz utrzymywał kontakty z ocalonymi, którzy przez pewien czas mieszkali w Ostrowi Mazowieckiej. Tam poznał swoją żonę Reginę, która wróciła ze zsyłki z okolic Woroneża. Pani Regina przez całe życie układała piosenki. W jednej z nich opowiada tragiczną historię zesłania.
Małżonkowie zamieszkali w Brzózce, w rodzinnym domu Tadeusza. Zajmowali się pracą na roli. Spośród osób, którym pomagała rodzina Tadeusza, żyje Aida, czyli jak zwali ją Karczmarczykowie – Irka oraz Srulek. Regina i Tadeusz pozostają w kontakcie listownym i telefonicznym z Aidą. Kilka listów napisał do nich również Srulek.


UKRYWANY: Aida Midziński

Aida Midziński (z d. Wróblewicz). Urodziła się w 1921 r. we wsi pod Ostrowią Mazowiecką. Tuż przed wojną jej rodzina mieszkała w Małkini. Tam w 1939 r. doświadczyła niemieckich porządków i postanowiła przedostać się na stronę sowiecką (okupacyjna granica sowiecko-niemiecka przebiegała w odległości kilku kilometrów od Małkini, pozostawiając ją po stronie niemieckiej). Ucieczka się udała, niemniej Niemcy ograbili uciekinierów z całego dobytku. Po 22 czerwca 1941 r. rodzina Aidy nie miała dokąd wracać. Rozpoczęła tułaczkę, aż w końcu trafiła do Karczmarczyków do wsi Brzózka.
Aidę nazywano wówczas Idką. Polacy zwracali się do niej Irka. U Karczmarczyków znalazła się wraz z siostrą Chają, jej mężem Mosze Szczupakiewiczem, trójką ich dzieci – Srulkiem, Chawą i Joskiem oraz ojcem Icchakiem. Prócz nich u Karczmarczyków schronienie znalazła czteroosobowa rodzina o nieznanym nazwisku, od imienia głowy rodziny zapamiętana jako „Majory”.
Podczas pobytu u Karczmarczyków Idka robiła swetry na drutach, czym w części zarabiała na swoje utrzymanie. Dyskretnie pomagała w gospodarstwie – przy żniwach, wykopkach. Tadeusz wystarał się dla niej o dokumenty. Dostał je od dziewczyny, która miała zostać wywieziona na roboty do Niemiec. Idki/Irki nie cechowały semickie rysy twarzy. Dzięki temu po wklejeniu zdjęcia oboje poruszali się dość śmiało po okolicy, kilkakrotnie będąc zatrzymywani przez patrole niemieckie.
Po wojnie wraz z innymi ocalałymi członkami rodziny Aida mieszkała przez pewien czas w Małkini. W późniejszym okresie przenieśli się do Ostrowi Mazowieckiej, gdzie mieszkało liczniejsze skupisko Żydów. Stamtąd wyjechała do Wrocławia, gdzie wyszła za mąż. Wraz z mężem wyjechała do Izraela. Pracowała tam jako pomoc apteczna. Ma dwoje dzieci, wnuki.

UKRYWANY: Chaja Szczupakiewicz

Starsza siostra Aidy. W momencie wybuchu wojny miała trójkę dzieci: Chawę, Joska i Srulka. Do Karczmarczyków trafiła wraz z nimi i mężem Mosze (stąd nazywana była „Mośkową”, a wszyscy członkowie jej rodziny „Mośkami”). Ukrywała się w Brzózce u Karczmarczyków.
Po wojnie wraz z Aidą i dwójką ocalałych dzieci zamieszkała w Małkini, a później w Ostrowi, gdzie zajmowała się handlem. Współpracowała z grupą Żydów, którzy przeżyli wojnę i skupowali płody rolne i zwierzęta rzeźne w okolicach, by potem odstawiać je do rzeźni do Warszawy. Były to prawdopodobnie dostawy dla wojska. Jak uważa Tadeusz Karczmarczyk naraziła się konkurentom na jarmarkach i w niedługim czasie została zastrzelona przez umundurowaną grupę, kiedy wracała z targu z Zambrowa.
Chaja zginęła w 1946 r. na oczach Tadeusza Karczmarczyka, który ratował jej życie w czasie wojny. Tym razem nie udało mu się jej ocalić. – Odkręca się nazad do Zambrowa. Dała dwa kroki – pach! Z tyłu w łeb dostała, w głowę. Łomot w rów i leży. A nam?! „– Odjazd! Wyśta wolne”.


UKRYWANY: Mosze (Mosiek) Szczupakiewicz

Mosiek, mąż Chaji, przed wojną zajmował się handlem. W Brzózce początkowo pomagał rzeźnikowi. Przebywał u Karczmarczyków. Od jego imienia wszystkich członków jego rodziny gospodarze nazywali „Mośkami”. Został schwytany wraz z najmłodszym synem i zabity przez Niemców w nieznanych okolicznościach.

UKRYWANY: Chawa Szczupakiewicz

Córka Chaji i Mosze. Tadeusz Karczmarczyk umieścił ją jako pomoc domową w gospodarstwie we wsi Wilczogęby. Nazywana tam była Hanką. Po wojnie, kiedy mieszkała wraz matką w Małkini, związała się ze stacjonującym tam sowieckim lotnikiem, z którym wyjechała w nieznane. O jej dalszych losach nic nie wiadomo. Wg informacji, które ma Aida, Chawa mogła po wojnie trafić do Brazylii.

UKRYWANY: Josek Szczupakiewicz

Syn Chaji i Mosze. Podobnie jak Chawa został polecony przez Tadeusza Karczmarczyka do pomocy w gospodarstwie. Jako Józek, polski chłopak, którego rodzina straciła wszystko w pożarze, również trafił do wsi Wilczogęby. Pomagał w gospodarstwie samotnej kobiety, której mąż nie wrócił z wojny. Przeżył wojnę, jednak wkrótce po niej zachorował na cukrzycę. Zmarł w 1947 r. w szpitalu w Warszawie.

UKRYWANY: Srulek Szczupakiewicz

Syn Chaji i Mosze. Kiedy wybuchła wojna miał trzy miesiące. Został schwytany wraz z ojcem i odstawiony do Stoczka. Karczmarczykowie długie lata byli przekonani, że nie żyje. Okazało się jednak, że kilkuletni Srulek został przygarnięty przez nieznane osoby i przeżył wojnę. Mieszka w USA. Z Karczmarczykami skontaktował się w l. 90. listownie.

UKRYWANY: Icchak Wróblewicz

Ojciec Aidy i Chaji, dziadek Chawy, Joska i Srulka Szczupakiewiczów. Nie przeżył wojny. Jego losy są nieznane.

UKRYWANY: Chaim

W pamięci Karczmarczyków pozostał jako krawiec z Kalisza. Nie znają jego personaliów. Prawdopodobnie uciekinier z transportu do Treblinki lub przesiedleniec, którego Niemcy tak jak i innych Żydów wysiedlili z rodzinnego miasta włączonego do Rzeszy. Ukrywał się w okolicach wsi Brzózka w lasach i po gospodarstwach, szyjąc odzież w zamian za pomoc. Wspierała go, dostarczając żywność i schronienie, rodzina Karczmarczyków. – Wpadał nocami – opowiada Tadeusz Karczmarczyk. – I wiele razy w tej piwnicy w alkierzu siedział, w stodole siedział.
Chaim, słysząc nadciągający front, postanowił ruszyć do rodzinnego miasta. Został zadenuncjowany na stacji kolejowej w Sadownem, pojmany i zabity przez Niemców.

HISTORIA:Historia ukrywania

Przez ok. rok, do lata 1942 r., rodzina Karczmarczyków ze wsi Brzózka kwaterowała dwie rodziny żydowskie: „Mośków” (Wróblewiczowie i Szczupakiewiczowie) i „Majorów”. Obie rodziny tułały się, nie mając się gdzie podziać. Przynajmniej jedna – Mośkowie – straciła mieszkanie, uciekając w 1939 r. na sowiecką stronę granicy. Po wejściu Niemców na tereny, które w okresie IX 1939 – VI 1941 pozostawały w okupacji sowieckiej, sytuacja tych ludzi się odmieniła i prawdopodobnie nie mieli dokąd wrócić.


Wg Tadeusza Karczmarczyka Żydzi zostali do nich skierowani przez urząd gminy w Stoczku (obecny powiat węgrowski, kilka kilometrów od Brzózki). Wspólne mieszkanie zbliżyło gospodarzy i ich żydowskich lokatorów. Kiedy więc Niemcy rozpoczęli planową akcję likwidacji Żydów, Karczmarczykowie postanowili pomóc. Rodzina „Majorów” uwierzyła obietnicy Niemców i opuściła wieś, udając się do getta w Kosowie, które wkrótce zlikwidowano. „Mośkowie” zostali w Brzóze.


Nie udało się ustalić losów najstarszego z rodziny „Mośków”, Icchaka Wróblewicza. Zapewne zginął, podobnie jak Mosze (Mosiek) Szczupakiewicz (zięć Wróblewicza), którego zastrzelono w Stoczku. Wówczas zaginął także kilkuletni syn Mośka Srulek. Przy życiu pozostała jego żona Chaja (córka Icchaka), dwójka jej dzieci – Chawa i Josek oraz siostra Chaji – Idka (Aida).


Rodzina Karczmarczyków też była dość liczna, siedmioosobowa. Ich niewielki drewniany dom stał nieco na uboczu, co pozwalało na pewną dyskrecję. Sama wieś natomiast – otoczona lasem – nie była zbyt często odwiedzana przez Niemców.


W rodzinie prym wiodła i decydowała matka, Ewa Karczmarczykowa. W przygotowanie kryjówek zaangażowali się najbardziej starsi synowie: Stefan i Tadeusz. W relacji przygotowanej dla Yad Vashem wylicza je Idka: pierwsza to było w małym pokoiku pod kufrem, druga kryjówka to była w kopcu, gdzie się przechowuje kartofle na zimę, co szczury skakali po mnie po głowie, trzecia kryjówka to była w szopie, gdzie przechowywali drewno na zimę, czwarta to była w stodole pod sianem, a jeszcze jedna to była na strychu.


Do dziś w domu Tadeusza Karczmarczyka zachowała się rzecz unikalna – wejście do pierwszej z kryjówek (patrz zdjęcia). Przygotowując ukrycie, Tadeusz wywiózł pięć furmanek ziemi wyrzucanej przez okno do ogródka. Mogła ona zmieścić osiem stojących osób. Dzięki niej Idka i Chaja ocaliły życie, kiedy dom przeszukiwali Niemcy. Podobna jama ziemna znajdowała się w stodole.


Sprytny i operatywny Tadeusz Karczmarczyk wystarał się dwojgu dzieciom Chaji – Joskowi i Chawie – o służbę w gospodarstwach we wsi Wilczogęby nad Bugiem. Przebywali tam jako Polacy do końca wojny. Byli odwiedzani przez Tadeusza, który wyprawiał się tam z Idką bądź z Chają.


Dopiero po wojnie okazało się, że wał, którym biegła droga do Wilczogąb, służył za kryjówkę kilku innym Żydom. Tadeusz cytuje słowa braci Kielmana i Joska, których poznał w Ostrowi: – To wyśta szli nam nad głowami, a my pod wałem mieszkali. My pod tym wałem bylim i kolacja była zawsze u Wycecha Zygmunta, u Stefana.


Tadeusz w czasie wojny miał zostać wywieziony na roboty. Przebywał już w obozie etapowym w Warszawie, skąd dzięki staraniom matki został zwolniony. Postanowił jednak nie marnować okazji i poprosił pewną dziewczynę, która nie miała tyle szczęścia, aby oddała mu swoje dokumenty: – A ten dowód to ci potrzebny?, zapytał. Opatrzył ausweis zdjęciem Idki i dzięki temu mógł się z nią w miarę swobodnie poruszać [plik_audio Poruszanie się z ukrywaną Żydówką, która miała fałszywe dokumenty].


W czasie wojny sąsiedzi domyślali się, że u Karczmarczyków przebywają Żydzi. Byli tacy, którzy chcieli ten fakt potwierdzić, jednak jak twierdzi Tadeusz – wieś była solidarna i nie wydało się. Urodzona po wojnie córka Tadeusza słyszała od starszych mieszkańców wsi słowa, którymi ostrzegano jej babkę, Ewę Karczmarczykową: – „Kaczmarcycko co robicie!” A babcia tylko oczy spuszczała w ziemię i szła dalej.


Chaja i Idka starały się pomagać Kaczmarczykom. – Na pole chodzili i kosilim zboże, one odbierały, wiązały snopki. A i kartofle kopali. I na polu wiele razy jak było ciepło, to nocowali – wspomina Tadeusz. Kobiety potrafiły zachowywać się na tyle pewnie, że Niemcy, którzy pewnego razu przejeżdżali przez wieś w poszukiwaniu Żydów nawet nie zwrócili na nie uwagi, gdy wraz z Ewą Karczmarczykową kopały kartofle.


Praca – pomoc w gospodarstwie i w robotach polowych, mielenie na żarnach, tkanie na krosnach, robienie swetrów i szycie – była jedyną formą zapłaty, jaką mieli do zaoferowania ukrywani. W podobnych sposób odpłacał się Chaim, krawiec, który prawdopodobnie wyskoczył z wagonu jadącego do Treblinki i ukrywał się w okolicach Brzózki. Obszywał gospodarzy, również Karczmarczyków – patrząc na kurtkę, którą uszył Tadeuszowi, jego praca musiała mieć powodzenie. Skrojona z fasonem kreacja, z oryginalnie uszytymi plecami, stanowiła sznyt ówczesnej mody.


W tym czasie Karczmarczykowie i Żydzi, którym udzielali pomocy, dobrze wiedzieli jaki los zgotowali „podludziom” Niemcy. Obóz zagłady w Treblince dzieliło od Brzózki kilkanaście kilometrów. – Jak cicho było, wiater z tamtej strony, wrzask, pisk było słychać, skamłanie ludzi. Krzyczeli: – Ratunku, ratunku, ratunku!


Chaim, który zdołał uchronić się przed śmiercią w komorach gazowych Treblinki, nie doczekał końca wojny. Krył się w różnych miejscach, również w zabudowaniach Kaczmarczyków, w dołach po ziemniakach, dokąd bracia Karczmarczykowie zanosili mu jedzenie. Latem 1944 r., słysząc odgłosy nadciągającego frontu, postanowił ruszyć do rodzinnego miasta. Jego nadzieja, że Niemcy są zaaferowani odwrotem i nie zwracają uwagi na Żydów, okazała się złudna. Na stacji kolejowej w Sadownem został zadenuncjowany i w efekcie dopadli go żołnierze. Torturowany, zdradził swoich opiekunów, podając nazwiska, szczegóły kryjówki pod domem i imiona dwóch Żydówek, które tam przebywały. Przed wyjazdem spotkał się z nimi i pożegnał, one wręczyły mu na drogę swoją fotografię.


Niemcy postanowili wykorzystać jego informacje. Doszło wówczas do najgroźniejszej sytuacji, jaka przytrafiła się Karczmarczykom. Wiele zawdzięczają przytomności umysłu sołtysa, któremu dwaj żołnierze rozkazali zaprowadzić się do domu wskazanego przed śmiercią przez Chaima. Sołtys głośnym stuknięciem drzwi zasygnalizował niebezpieczeństwo i celowo poprowadził Niemców do innej izby, dając tym samym czas na ukrycie się Chaji i Idce. Szybko ukryły się pod podłogą, a Ewa Karczmarczykowa zasunęła właz kufrem. Niemcy ostukując podłogę kolbami karabinów, skrzyni nie odsunęli.


Idka i Chaja przeżyły. Przeżyli także Karczmarczykowie.


Po wojnie Chaja, Idka, Josek i Chawa zamieszkali w Małkini. Chaja, szukając środków do życia, zaczęła handlować bimbrem, którego każdą ilość można było sprzedać sowieckim żołnierzom. Z jednym z nich związała się Chawa – razem wyjechali z Małkini, do dziś nie ma pewności co do jej losów. Pozostali członkowie rodziny przeprowadzili się do Ostrowi, gdzie mieszkała większa grupa Żydów. Chaja nadal zajmowała się handlem, teraz skupując głównie zwierzęta rzeźne i płody rolne. Prym w ocalałej grupie Żydów wiodło kilku mężczyzn, którzy sami obawiając się poruszać po terenie, zatrudniali w tym celu zaufanych Polaków, m.in. Tadeusza Karczmarczyka.


Obawy były uzasadnione, bowiem w 1946 r. Chaja Szczupakiewicz została zastrzelona. W następnym roku zmarł jej chory na cukrzycę syn Josek. Idka, która wówczas została sama, wyjechała z resztą Żydów z Ostrowi do Wrocławia. Tam wyszła za mąż i z mężem powędrowała do Izraela. Wiodła tam dość skromne życie. Z Karczmarczykami pozostała w kontakcie listownym.


W kilkadziesiąt lat po wojnie okazało się, że przeżył również Srulek. Odnalazł się w USA i również napisał list do Karczmarczyków. – Przysłał nam kilogram cukru, kaszy mannej kilo i chyba ryżu kilogram, on myślał, że i teraz taka bieda. I dziękuje, że się u nas przechował – relacjonuje Regina Karczmarczyk, żona Tadeusza.


Opracował: Rafał Zubkowicz (na podstawie wywiadu z Tadeuszem Karczmarczykiem, przeprowadzonego dla Muzeum Historii Żydów Polskich-www.jewishmuseum.org.pl)

 
 
 

Kazimierz Miłobędzki

Kazimierz Miłobędzki urodził się 10 października 1919 r. w Sokołowie Podlaskim. W 1938 roku rozpoczął pracę w Warszawie jako praktykant w Sądzie Grodzkim. Z chwilą wybuchu wojny zgodnie z zaleceniami władz ZHP powędrował na wschód z grupą harcerzy. Grupa ta miała dotrzeć do Włodawy i tam pełnić służbę pomocniczą. Do Włodawy grupa nie dotarła, a tylko do Chełma Lubelskiego, gdzie grupa pełniła różne funkcje pomocnicze. Z rozkazu władz harcerskich, gdy wojsko wycofało się z Chełma, wrócił do Sokołowa. Kiedy Niemcy wydali zarządzenie, że wszyscy mają stawić się w swoich miejscach pracy, pojechał do Warszawy. Ponieważ był jednym z najmłodszych pracowników sądu, nie został ponownie zatrudniony.


W kwietniu 1941 r. Kazimierz Miłobędzki wrócił do rodzinnego miasta. Od 1 lipca otrzymał pracę administratora rejonu w Komisarycznym Zarządzie Nieruchomości. Instytucja ta zajmowała się przede wszystkim nieruchomościami żydowskimi. Z tego też tytułu otrzymał przepustkę z Urzędu Pracy (Arbeitsamtu) do getta dzięki, której mógł swobodnie poruszać się po mieście i jeszcze prowadzić ze sobą pięciu Żydów. Jego biuro mieściło się w budynku przy ulicy Długiej, do którego było wejście od getta i dzielnicy polskiej. Do obowiązków Kazimierza Miłobędzkiego należało zbieranie komornego od wszystkich zamieszkałych, tak w getcie, jak i poza nim. W jego biurze pracowało dwoje Żydów: Perec Bocian - jako goniec i Gołda Hochberg.

Wykorzystał możliwość pomocy Żydom tak skutecznie, że jako jedyny sokołowianin otrzymał przyznany przez izraelski Instytut Pamięci „Yad Vashem” medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” w dniu 30 kwietnia 1999 roku.

Image
Kazimierz Miłobędzki z medalem

 

"Kto ratuje jedno życie jakby świat cały ratował”

Kazimierz Miłobędzki uratował od zagłady: kuzynkę doktora Holcera, Gołdę Hochberg i Perlę Morgensztern.
• Przed likwidacją getta zgłosił się do Miłobędzkiego dr Holcer z prośbą o wysłanie na tzw. „roboty” jego kuzynki, która pochodziła z Łodzi. Miała ona fałszywy dowód na nazwisko Korczak. Miłobędzki nie odmówił pomocy i odwiózł ją do Warszawy, a następnego dnia rano odprowadził na ul. Skaryszewską, gdzie był punkt zborny.
• Dzięki pomocy koleżanek z Urzędu Pracy, Kazimierz Miłobędzki załatwił wysłanie Gołdy Hochberg na roboty do Niemiec pod nazwiskiem Franciszki Drewicz. Pracowała ona w fabryce amunicji w Berlinie w dzielnicy Niederscheneweide Berlinerstrasse 24.
• Kolejną uratowaną osobą była Perla Morgensztern, wnuczka rabina sokołowskiego. Perla przyjaźniła się z żoną Jana Wronkowskiego, pracownika administracji samorządowej i sekretarza gminy Korczew. Należała ona do grupy roboczej w Szczeglacinie i będąc w obozie od czasu do czasu odwiedzała swoją przyjaciółkę Wronkowską, zamieszkałą w Korczewie. Pewnego dnia Perla zasiedziała się i przenocowała u Wronkowskich, dzięki czemu uniknęła ona śmierci, bo następnego dnia wymordowano całą czterystuosobową grupę żydowskich robotników w Szczeglacinie. Jan Wronkowski przekazał jej metrykę urodzenia na nazwisko Genowefa Głowacka, a Kazimierz Miłobędzki uzyskał skierowanie dla niej do pracy na terenie III Rzeszy.

Wszystkie trzy kobiety przeżyły wojnę. Po wojnie Gołda Hochberg i Perla Morgensztern wróciły do Sokołowa. Gołdą jako nieletnią zaopiekowała się Międzynarodowa Organizacja Żydowska i wysłała ją do Stanów Zjednoczonych. Perla zaś wyszła za mąż za ostatniego rabina z Siedlec, Newmana i również wyjechała do Stanów Zjednoczonych.


Ponadto należy dodać, iż Kazimierz Miłobędzki dostarczał chleb i produkty spożywcze grupie roboczej przeniesionej ze wsi Czerkwisko do Szczeglacina. Wspierał rodziny żydowskie w getcie także przez dostarczanie im artykułów żywnościowych szczególnie takich jak: ziemniaki, jarzyny, w miarę możliwości mleko dla dzieci. Było to możliwe ze względu na fakt, iż jego ojciec - Stanisław Miłobędzki posiadał gospodarstwo rolne.

Rada ds. Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata przy Instytucie Pamięci Narodowej „Yad Vashem" odznaczyła Kazimierza Miłobędzkiego medalem i dyplomem honorowym za bezinteresowną pomoc Żydom podczas II wojny światowej, a jego imię zostało uwiecznione na honorowej tablicy w parku Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata na Wzgórzu Pamięci w Jerozolimie. W tym miejscu warto przytoczyć słowa samego Kazimierza Miłobędzkiego, które wyjaśniają, na czym polegała jego bezinteresowną pomoc: „Nigdy nie liczyłem na żadną zapłatę. Wszystko spełniłem z czysto ludzkich pobudek”.

Image

W 1945 roku Kazimierz Miłobędzki brał aktywny udział w organizowaniu hufca w Sokołowie. Po zakończeniu wojny pracował jako kierownik Delegatury „Ruch” w Sokołowie, następnie w WZGS „Samopomoc Chłopska” w Warszawie i Sokołowie. Przeszedł wszystkie szczeble hufcowej hierarchii, uczestniczył też w harcerskich imprezach ogólnopolskich (m.in.: w Światowym Zlocie Harcerstwa Polskiego w Spale w 1938 r. i Światowym Zlocie Harcerstwa Polskiego w Gnieźnie w 2000 r.). Był członkiem Komendy Hufca, przez wiele lat przewodniczył Hufcowej Komisji Rewizyjnej, był członkiem Komisji Rewizyjnej Siedleckiej Chorągwi ZHP i Chorągwianej Komisji Historycznej. Jako sprawny organizator na wielu obozach pełnił funkcję kwatermistrza. 

 

Image
Kazimierz Miłobędzki na obozie harcerskim. Foto. ARCH. ZHP
w Sokołowie Podl.

 

Image
Kazimierz Miłobędzki wśród harcerzy w Sokołowie Podl. Fot. ARCH. ZHP w Sokołowie Podl.
 

17 lipca 2007 roku wieku 88 lat zmarł Kazimierz Miłobędzki, został pochowany na cmentarzu przy ulicy Chopina w Sokołowie Podlaskim.

 

Warto zobaczyć film dedykowany Kazimierzowi Miłobędzkiemu, który został nakręcony przez działającą w Sokołowie Podlaskim Fundację U Siebie. Film można zobaczyć na stronie internetowej: http://www.civispolonus.org.pl/mapa/mapa.html

 

 

 

Materiał został opracowany na podstawie:
1. Rodzina Miłobędzkich [w:] Sokołowskie biografie pod red. K. Matysiak, cz II, Sokołów Podlaski 2006, s. 87-89
2. K. Miłobędzki, Wspomnienia z getta w Sokołowie [w:], Biuletyn 15, Sokołów Podlaski 2003, s. 39-43
3. „Pieśń ujdzie cało…” Historia i legendy ziemi sokołowskiej, pod red. Wiesławy Kwiek, Sokołów Podlaski 2008, s.225
4. Informacji przesłanych przez panią Katarzynę Markusz z Sokołowa Podlaskiego