Niemiecki nazistowski obóz zagłady i obóz pracy (1941 - 1944)

Audioprzewodnik

Audioprzewodnik
“Obóz Zagłady Treblinka II”

Alfreda i Bolesław

 
Alfreda i Bolesław Pietraszkowie
Odznaczeni Medalem Sprawiedliwi wśród Narodów Świata
25 września 2007 r.



Alfreda i Bolesław Pietraszkowie mieszkali we wsi Czekanów k. Sokołowa Podlaskiego, zarządzając dużym gospodarstwem należącym do Nadleśnictwa. Pani Alfreda była kobietą wykształconą, znała cztery języki obce. Jej znajomość języka niemieckiego uratowała wielu mieszkańców Czekanowa oraz przechowywanych Żydów. Pan Bolesław był człowiekiem poważnym, szanowanym przez otoczenie i wielkim patriotą. Wychował się w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Jego ojciec brał udział w powstaniu styczniowym w 1863 r. Oboje byli ludźmi prawymi, głęboko wierzącymi i miłującymi ojczyznę, dla których słowa – Bóg, Honor i Ojczyzna znaczyły bardzo wiele, miały pokrycie w ich codziennym życiu.
Pietraszkowie w latach 1942 - 1944 uratowali przed Zagładą 17 osób, ukrywając ich w swoim domu na skraju lasu.
Otóż, w 1942 r. we wrześniu wywożono Żydów z getta w Sokołowie do Treblinki i wtedy niektórzy z nich uciekli, jak rodzina Kopyto, najpierw do Repek, potem do Łuzek, a następnie do Pietraszków w Czekanowie i byli u nich do czasu wyzwolenia tego terenu spod okupacji hitlerowskiej latem 1944 r. Jak pisze Ben Zion Sela, jego rodzina uciekła z getta w Sterdyni mniej więcej w tym samym czasie.
Jednym z uratowanych był Ben Cjon Sela, który w 1941 r. jako mały chłopiec został przesiedlony wraz z rodziną do getta. Chcąc uniknąć wywiezienia do obozu zagłady w Treblince, jego rodzice postanowili uciec z getta, schronić się w lesie, a środki niezbędne do przeżycia zdobyć pracując dla chłopów z okolicznych wiosek. Matka Ben Cjona próbowała znaleźć schronienie dla swojego syna w klasztorze. Niestety odmówiono jej, ponieważ przyjęcie żydowskiego dziecka okazało się być obarczone zbyt dużym ryzykiem. Jednak przyjąć chłopca do własnego domu odważyła się Alfreda Pietraszek, u której jego matka pracowała jako krawcowa. Niedługo później schronienie u Pietraszków znalazła również cała rodzina Ben Cjona: od dziadka aż po jego pięcioro dzieci (Shmulak, Dawid, Hershel, Itshak, Matlas), także zięć Moshe Solarz (mąż Matlas) i jeden wnuk - Ben Zion Solarz. Na strychu stajni zbudowano specjalną kryjówkę, do której Alfreda i Bolesław przynosili jedzenie. O ukrytych Żydach u Pietraszków wiedzieli: Kazimierczuk, Piotrowski, Olszewski, Kocielnicka z Czekanowa, a z Łuzek: Miściorak i Przechodzeń.
Do dziś nad łóżkiem Ben Cjona wisi portret jego wybawców - Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, którzy bezinteresownie zdecydowali się ryzykować własne życie, aby pomóc innym.

Kolejnym przykładem bezinteresownej pomocy Pietraszków jest Shaul Kopyto, którego wraz z rodziną ukrywali na strychu. Pamiętał modlitwę „Ojcze nasz” i mówił tę modlitwę, której uczyła go Alfreda Pietraszek jako 4-letniego chłopca. W jego pamięci Pietraszkowie i ich służąca pozostaną cudownymi ludźmi.

Przez 2 lata u Pietraszków ukrywało się 18 osób, z których prawie wszyscy przeżyli wojnę. Byli to:
1. Hawa Przepiórkowa z dwojgiem dzieci,
2. Landerowa z córką Genią,
3. Józef Kopyto z żoną Perlą, synem Shaulem i drugim synem, który zmarł w czasie uciszania przez matkę poduszką podczas przeszukiwań niemieckich. Byli oni uciekinierami z getta sokołowskiego, którzy najpierw znaleźli na krótko pracę w majątku Dernałowiczów w Repkach, potem przez 2 tygodnie przebywali w dworze Tyborowskich w Łuzkach, ale tu nadzorcą majątku był Niemiec i było niebezpiecznie, więc schronienie dali im państwo Pietraszkowie.
4. Moshe Miedzyński, który wcześniej mieszkał w Łuzkach (wieś obok Czekanowa) i prowadził sklep spożywczy oraz dzierżawił sad owocowy od Pietraszków. W 1942 r. uciekł z getta w Sterdyni wraz z dziećmi Shmulakiem, Dawidem, Hershell, Itshakiem, Matlas i jej mężem Moshe Solarzem oraz ich synem Benkiem (w Izraelu - Ben Cjon Sela).

Dla Alfredy i Bolesława Pietraszków najważniejszy był człowiek i pomoc w obliczu zagrożenia. Życie Alfredy i Bolesława można podsumować sentencją: „Człowiek tyle jest wart, ile drugiemu może pomóc”.


Instytut Yad Vashem postanowił przyznać tytuł „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata" państwu ALFREDZIE i BOLESŁAWOWI PIETRASZKOM, którzy w latach 1942-1944 we wsi Czekanów k. Sokołowa Podlaskiego uratowali przed Zagładą 17 osób.
 

 


Materiał opracowany na podstawie:
Ks. H. Sączek, M. Snopek, L. Tabor - Czy ja bym na ich miejscu tak uczynić mógł?, Czekanów 2008
Przemówień z sesji popularnonaukowej z 21.09. 2008 r.
- Grażyny Panfil-Rogińskiej
- Jolanty Okulicz-Kozaryn
 


ALFREDA I BOLESŁAW PIETRASZKOWIE
WE WSPOMNIENIACH RODZINY
 

 Wspomnienie Jolanty Okulicz-Kozaryn, córki siostry Bolesława, Sabiny z domu Pietraszek

Z chwilą wybuchu wojny Pietraszkowie mieli 60 lat, byli bezdzietnym, zgodnym, religijnym małżeństwem, więc fakt przechowywania przez nich 18 osób nie był przypadkiem, brawurą, lecz świadomą decyzją dojrzałych ludzi.

Nasz wuj Bolesław Pietraszek wychował się w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Jego ojciec był powstańcem styczniowym. W 1863 r., gdy wybuchło powstanie, ojciec Bolesława - a nasz dziadek, miał 17 lat i nie jest to jedyny przypadek, gdy Pietraszkowie stawiali się na wezwanie Ojczyzny.
Antonina Alfreda z Kucharskich i Bolesław Pietraszek pobrali się 17.07.1920 roku. Mniej więcej w tym samym czasie jego młodszy brat Marian zaciągnął się na ochotnika do IV pułku strzelców podhalańskich. Zginął 22 września 1920 roku w wojnie polsko-bolszewickiej w bitwie pod Grodnem nad rzeką Indurą. Pośmiertnie za swe męstwo został odznaczony krzyżem Virtuti Militari.

Alfreda i Bolesław Pietraszkowie zamieszkali w majątku Czekanów pod Sokołowem Podlaskim. Majątek ten liczył 100 ha ziemi [Z uwag ks. H. Sączka opratych na wywiadach z mieszkańcami Czekanowa wynika, iż majątek Pietraszków liczył 45 ha-przypis MWiM w Treblince].

W czasie wojny wuj i wujenka przyjęli i przechowywali 18 osób pochodzenia żydowskiego, z czego uratowało się 17. Jedno niemowlę zmarło w tragicznych okolicznościach. Gdy Niemcy przyszli do majątku po kontyngent, Alfreda dobrze znająca język niemiecki pertraktowała z nimi, zastawiając drzwi do stodoły. W tym czasie ukrywający się w obawie przed wykryciem ich kryjówki uciszyli niemowlę - dziecko nie przeżyło. Fakt śmierci dziecka pamięta jeden z uratowanych, pan Szaul Kopyto, który miał wtedy 4 lata.
Na kryjówki przeznaczono we dworze stodołę, stajnię, strych i piwnice domu. Z relacji ocalonego Ben Cjona Seli wiemy, że przed opuszczeniem Polski wdzięczni za uratowanie życia chcieli obdarować Pietraszków złotem i biżuterią, oni jednak odmówili przyjęcia tego daru. Wujenka uważała, że te rzeczy powinni ze sobą zabrać do Izraela.

Po wyzwoleniu ocaleni napisali list do Rady Państwa z prośbą o pozostawienie ziemi małżeństwu Pietraszków, gdyż wiadomo już było o reformie rolnej. Majątek jednak został rozparcelowany, a Pietraszkowie otrzymali 5,25 ha ziemi, z czego utrzymywali się do śmierci.

Alfreda i Bolesław Pietraszkowie przeżyli 27 napadów rabunkowych. W okolicy znany był fakt przechowywania przez nich Żydów i spodziewano się, że posiadają złoto. Z powodu napadów musieli przenieść się do wsi Jabłonna Lacka, gdzie żyli do śmierci [Według informacji zgromadzonych przez ks. H. Sączka opartch na relacji mieszkańców Czekanowa i rodziny p. Żółkowskich, którzy opiekowali się Pietraszkami wynika, iż cały czas Pietraszkowie mieszkali w Czekanowie, gdzie zostali pochowani na miejscowym cmentarzu- przypis MWiM w Treblince].
Zmarli prawie jednocześnie w 1965 r. w wielkim niedostatku.

Miejscowość Czekanów i grób Pietraszków odwiedzili Szaul Kopyto z USA, który był przechowywany na strychu, oraz Ben Cjon Sela, który miał pół roku, gdy zamieszkał w stajni. Stajnia stoi do dziś, a stodoła jest nowa.

Przemówienie Jolanty Okulicz – Kozaryn z ceremonii nadania medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata Alfredzie i Bolesławowi Pietraszkom, 25.09.2007 r., Olsztyn


 Wspomnienie Grażyny Panfil – Rogińskiej, która wraz z matką Zofią głównie przyczyniła się do zachowania pamięci o Pietraszkach, pisząc w 1981 r. do Instytutu Yad Vashem.

Historię tę znałam od dziecka. Mama bardzo dbała, żeby jej nie zapomnieć, ale trudno było mi w nią uwierzyć. Jak można było przechowywać 18 osób przez kilka lat, codziennie ryzykując swoje życie? Nie mieściło się to w mojej głowie.

W 1998 roku odbyłam z mamą podróż do Czekanowa, oglądałam zabudowania. Rozmawiałyśmy też z człowiekiem, którego ojciec był pracownikiem fizycznym w majątku. Fakt przechowywania Żydów był mu znany, potwierdził też okoliczności śmierci niemowlęcia.

Teraz chcę powiedzieć o dwóch rozmowach telefonicznych, które odbyłam w ostatnich dniach.
Pierwszy zadzwonił Pan Szaul Kopyto z USA. Powiedział, że bardzo żałuje, że nie może być obecny na ceremonii osobiście. Mówił o tym, jak bardzo jest wdzięczny za uratowanie życia przez Alfredę i Bolesława Pietraszków. Przepraszał, że to odznaczenie jego wybawców - wspaniałych ludzi - jest dopiero teraz, ale po wojnie tak bardzo chciał o wszystkim zapomnieć. Po przyjeździe do Izraela byli bardzo biedni, ojciec jego zmarł, gdy miał 34 lata. On sam dostał się na studia do Ameryki. Mijały lata, a on nie mógł zapomnieć. Pamiętał modlitwę "Ojcze nasz" i mówił tę modlitwę, której uczyła go Alfreda Pietraszek jako 4-letniego chłopca. W końcu przyjechał do Polski, był tu również jego syn.

Drugi telefon był w przeddzień uroczystości. Dzwonił Pan Ben Cjon Sela z Izraela, który miał 6 miesięcy, gdy zamieszkał z matką w Czekanowie. Mówił o tym, że uciekli z getta w Łyskach, że Alfreda Pietraszek zapytała jego matkę, co będzie, jak skończą się prace w polu i sama zaproponowała, żeby ukryli się u nich w majątku [Według ks. H. Sączka: rodzina Miedzińskich, czyli dziadek i rodzeństwo matki Ben Zion Seli mieszkali przed wojną w Łuzkach.Stąd zostali przesiedleni do getta w Sterdyni, z którego następnie zbiegli - przypis MWiM w Treblince]. Wyrażał swoją wielką wdzięczność za uratowanie życia - bezinteresowne, bo Pietraszkowie nie przyjęli ofiarowanego im złota. Opowiedział o tym, że wszystko wie od swojej matki, obecnie 88-letniej, i napisał o tym do Instytutu 10 lat temu, ale nie przyniosło to rezultatu. Rok temu poważnie zachorował i ponownie napisał. Wtedy skojarzono jego historię z listem mojej mamy. Mówił również o tym, że całe życie "ma portret Alfredy i Bolesława nad swoją głową". Rozmowa była w języku angielskim i ja myślałam, że to przenośnia. Dopiero po przeczytaniu materiałów z Yad Vashem zorientowałam się, że nie jest to przenośnia - rzeczywiście nad jego łóżkiem wisi portret wybawców.

Fragment przemówienia Grażyny Panfil-Rogińskiej z ceremonii nadania medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata Alfredzie i Bolesławowi Pietraszkom, 25.09.2007 r., Olsztyn

 


W REGIONALNEJ PRASIE O PIETRASZKACH

Odznaczeni Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, teraz uhonorowani w rodzinnym Czekanowie


Pamiętają o Pietraszkach

Kiedy Alfreda i Bolesław Pietraszkowie z Czekanowa ryzykowali własnym życiem, żeby ratować osiemnastu uciekinierów z sokołowskiego getta, nie myśleli o prześladowaniach, jakie czekały na nich po wojnie. Nie spodziewali się także tego, że pośmiertnie zostaną odznaczeni Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Fenomen historii ludzi takich, jak oni polega na tym, że pomagali innym bezinteresownie. Właśnie dlatego mieszkańcy rodzinnego Czekanowa postanowili uczcić ich pamięć - najpierw odkryli ich historię na nowo, a potem zafundowali im tablicę pamiątkową.

Historię małżeństwa Pietraszków odkrył, podczas prac nad kroniką parafialną, proboszcz czekanowskiej parafii ks. Henryk Sączek. W poszukiwaniu informacji pomagały mu dwie kobiety mieszkające w Czekanowie: Maria Snopek i Ludwika Tabor [Według ks. H. Sączka: obie panie nigdy nie mieszkały w Czekanowie, lecz we Władysławowie (niedaleko Czekanowa), a od przeszło 50 lat mieszkają w Warszawie- przypis MWiM w Treblince]. Szukając świadków wydarzeń sprzed lat, ta trzyosobowa ekipa badaczy nawiązała kontakt z Żydami przetrzymywanymi przez państwa Pietraszków: Shaulem Kopyto mieszkającym w USA i Beni Selą z Izraela.

Zasługami Pietraszków jeszcze w 1981 roku próbowała zainteresować współczesnych siostrzenica Bolesława Pietraszka - Sabina Pietraszek [Według ks. H. Sączka: siostrzenicą Bolesława Pietraszka była Zofia Panfil, córka Sabiny Pietraszek-przypis MWiM w Treblince]. Jednak nie udało jej się zgromadzić dowodów w postaci zeznań świadków.

Historię postanowił opisać jeden z ocalałych Żydów - Ben Sela. To on w 1998 roku złożył wniosek o odznaczenie Pietraszków Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata do Yad Vashem (Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu w Izraelu).

HISTORIA JAK Z FILMU

Badania prowadzone przez księdza proboszcza i jego dwie pomocnice toczyły się niezależnie od działań Bena Seli. Kiedy trójka z Czekanowa nawiązała z nimi kontakt, ten udostępnił im nie tylko wiele nowych informacji, ale skontaktował też ze świadkami. To za pośrednictwem Bena Seli cała trójka została zaproszona do Olsztyna na uroczystość pośmiertnego odznaczenia Pietraszków Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Maria Snopek, Ludwika Tabor i ks. Henryk Sączek efekty swoich poszukiwań przelali na papier. Wszystko, czego się dowiedzieli, spisali w broszurce pt.: „Czy ja bym na ich miejscu tak uczynić mógł?"

Z materiału zgromadzonego przez kronikarzy wynika, że dom Pietraszków stał na skraju wsi. Z Pietraszkami mieszkała Adela Tchórznicka z Sabni oraz służąca Aleksandra Kokot i jej córka Olesia. Pietraszkowie byli bezdzietni. Kiedy wybuchła wojna, gospodarze byli już dojrzałymi ludźmi.

Żydzi przez dwa lata mieszkali w ich stodole, oborze i chlewikach.

W przygotowywaniu posiłków Pietraszkom pomagali sąsiedzi [Według informacji zgromadzonych przez ks. H. Sączka: posiłki przygotowywali sami Pietraszkowie, a mąkę na chleb dostarczała osoba o nazwisku Przychodzeń- przypis MWiM w Treblince]. Najpierw posiłki były przygotowywane w domu i jako karma dla zwierząt noszone w wiadrach, do zabudowań gospodarczych. Później, nie chcąc wzbudzać podejrzeń, Pietraszkowie zaczęli gotować posiłki dla Żydów w oborze. Wszystkie czynności, jak np. mycie i szycie ubrań, były wykonywane w nocy. Tylko wtedy i na krótko Żydzi mogli wychodzić na powietrze.

Wojny nie przeżyło tylko jedno dziecko. Jego matka nieumyślnie udusiła je poduszką, żeby nie płakało, kiedy w pobliżu przejeżdżał niemiecki patrol.

Żaden z mieszkańców wsi nie wydał Pietraszków. Po wojnie nie chcieli przyjąć pieniędzy ani prezentów od żadnej z osób, którym uratowali życie.

Po wojnie byli wielokrotnie napadani. Bandyci sądzili, że wzbogacili się na Żydach. Podczas jednej z napaści do ich domu ktoś wrzucił granat, który zranił pana Bolesława. Oboje zmarli w 1965 roku.

UHONOROWANI PO LATACH

Uroczystości poświęcone pamięci Pietraszków odbyły się w Czekanowie 21 września 2008 r. Rozpoczęły się od mszy, po której wszyscy uczestnicy obchodów przeszli pod tablicę pamiątkową poświęconą Pietraszkom. Na miejscu zebrała się cała wiejska społeczność. Uczennica lokalnej szkoły Agnieszka Połosa wyrecytowała wiersz Chaima Szefera „Sprawiedliwi świata”, a córka Józefy Żółkowskiej, która opiekowała się Pietraszkami przed śmiercią, złożyła kwiaty przed tablicą. Tablicę odsłonili: ks Henryk Sączek, wójt Jabłonny Lackiej Grzegorz Popowski oraz sołtys Czekanowa - Jarosław Siemieniak [Według ks. H. Sączka: to córka Józefy Żółkowskiej odsłoniła tablicę w towarzystwie ks. H. Sączka, p. G. Popowskiego - wójta gminy i p. J. Siemieniaka - sołtysa Czekanowa,a następnie siedem delegacji złożyło kwiaty pod tablicą- przypis MWiM w Treblince]. Tablicę poświęcił ks. infułat Eugeniusz Borowski. Drugą część obchodów, w budynku SP. zorganizowała dyrekcja szkoły, parafia i Sokołowskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne. O historii Pietraszków i Czekanowa opowiadali: Maria Snopek, ks. Henryk Sączek, Wanda Wierzchowska i wójt Grzegorz Popowski.

Tekst i zdjęcia. JUSTYNA PYCKA, Tygodnik Siedlecki Nr 41, z dn. 12.10. 2008

 

 Rozbieżność w zapisie imion i nazwisk wynika z transkrypcji angielskojęzycznej i polsokojęzycznej.

 Zdjęcia z uroczystosci w Czekanowie:

 

Pośmiertnie odznaczeni
Krzyżem Komandorskim Odrodzenia  Polski

Alfreda i Bolesław Pietraszkowie zostali pośmiertnie odznaczeni przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej prof. Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski za przechowanie siedemnastu Żydów w czasie okupacji niemieckiej w latach 1942-1944.

Odznaczenie z rąk  Pani Prezydentowej Marii Kaczyńskiej w dniu 9 lutego 2010 r.w Reszowie odebrali: Maria Snopek i ks. proboszcz Henryk Sączek — inicjatorzy i realizatorzy utrwalania pamięci o bohaterach Czekanowa. Uroczystość została zorganizowana przez Kancelarię Prezydenta RP., IPN Oddział w Rzeszowie oraz Urząd Marszałkowski W Rzeszowie pod hasłem „Ocalić od zapomnienia".

 

Kazimiera i Gustaw Diehl

GUSTAW I KAZIMIERA DIEHL

 

Gustaw Diehl

Kazimiera Diehl

Gustaw i Kazimiera Diehl mieszkali w majątku Jasieniec położonym ok. 3 km od karnego obozu pracy i ok. 4 km od obozu zagłady w Treblince. Gustaw Diehl (1874-1953) był potomkiem francuskich hugenotów, którzy musieli emigrować do Nadrenii. Stamtąd przybyli w XVIII w. do Polski. Tutaj spolonizowali się, zachowując swoje ewangelicko-reformowane wyznanie. Rodzina Diehlów odgrywała znaczącą rolę w warszawskim Kościele Ewangelicko-Reformowanym, m.in. założyli nowy cmentarz, prowadzili ożywioną działalność społeczną. Gustaw Diehl był inżynierem, interesował się bardzo astronomią i matematyką. Przede wszystkim poświęcał się prowadzeniu majątku w Jasieńcu.


Jego druga żona, Kazimiera (1914-1983), z domu Abramowicz, była katoliczką. Przez cały okres okupacji i funkcjonujących niedaleko obozów ukrywali Żydówkę Marię, która obecnie mieszka w Argentynie i nosi nazwisko Nirenberg. Maria była jasną blondynką o niebieskich oczach. Opiekowała się dziećmi i gospodarką. Na skutek zadenuncjowania, aresztowano ją i zatrzymano w karnym obozie pracy. Gustaw, po rozmowie z Kazimierą, udał się do komendanta i zapewnił go, że Maria jest
jego bliską krewną. Rozmowa ta dała pozytywny efekt i Marię zwolniono.

W 1998r. z inicjatywy córki Marii, Dority Kosman, która obecnie mieszka w Jerozolimie i wykłada język hebrajski w Uniwersytecie Hebrajskim, Gustawa i Kazimierę Diehl odznaczono medalem „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”. Ich nazwiska umieszczono na honorowej ścianie Instytutu Pamięci Narodowej Yad Vashem w Jerozolimie.
Z innych relacji wynika, iż Gustaw i Kazimiera pomagali uciekinierom z pobliskich obozów. Ich pomoc polegała na tym, iż „nie zauważali” uciekinierów w swoich obejściach gospodarczych lub w pobliżu. Uciekinierzy mogli więc chwilę odpocząć, zjeść znalezione w obejściu produkty i udać się w dalszą drogę.

 
 

Sprawiedliwi z okolic Treblinki

Wśród odznaczonych i nieodznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata z okolic Treblinki są:
1. KAZIMIERA I GUSTAW DIEHL
2. ALFREDA I BOLESŁAW PIETRASZKOWIE
3. KAZIMIERZ MIŁOBĘDZKI
4. 12 Z PAULINOWA
5. ZGINĘLI POMAGAJĄC SĄSIADOM
6. RODZINA KARCZMRCZYKÓW
7. APOLONIA KRET (SIOSTRA BENEDYKTA)
8.RODZINA KASPRZAKÓW
9. STANISŁAW I JULIANNA POSTEK
10. FRANCISZKA I HIPOLIT GÓRSCY

11. STANISŁAW I MARIA PAC ORAZ KS. KAZIMIERZ WASIAK
12. JADWIGA WASZCZUK

 

 

 

 

 

 

 

Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata najwyższe izraelskie odznaczenie cywilne nadawane nie-Żydom. Medal i dyplom zostały powołane dekretem Knesetu w 1963r. Na medalu widnieje napis "Kto ratuje jedno życie – ratuje cały świat".


Osoba uznana za Sprawiedliwego jest odznaczana specjalnie wybitym medalem noszącym jej imię i nazwisko, dyplomem honorowym i przywilejem wpisania nazwiska na Murze Honorowym w Ogrodzie Sprawiedliwych w Yad Vashem.
Spośród ponad 20 tys. uhonorowanych medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata " 6195 (stan z dn. 1 .01. 2010 r.) stanowią Polacy.

Antoni Tomczuk - więzień T1

ANTONI TOMCZUK

Wspomnienia z hitlerowskiego Karnego Obozu Pracy w Treblince

 

Część I

W dniu 10 czerwca 1943 r., o świcie, pomiędzy godziną 2:00 a 5:00 nad ranem, Niemcy otoczyli naszą wieś Sabnie i rozpoczęła się obława. Niemcy chodzili od domu do domu i wypędzali wszystkich mężczyzn pod gminę, wieś była szczelnie otoczona przez wojsko, a na ulicy ustawiono karabiny maszynowe. Tego ranka przypadkowo szedł do naszej wsi mieszkaniec Kolonii Stasin, Władysław Romańczuk. Hitlerowcy też go zatrzymali i dołączyli do naszej grupy. Przed gminą w obecności sołtysa i przestraszonych rodzin, zapakowano nas na ciężarówkę i pod eskortą odwieziono do Sokołowa Podlaskiego, gdzie wprowadzono nas do jakiegoś budynku. Czekaliśmy tam kilka godzin, było nas około 50-ciu, w tym jedna kobieta, która nie chciała opuścić męża. Wśród nas było jeszcze kilku przesiedleńców z województwa poznańskiego, którzy mieszkali w naszej wsi, a z którymi dzieliliśmy naszą wspólną niedolę. Byli to bardzo dobrzy ludzie. Ja się szczególnie zaprzyjaźniłem z Kazimierzem Wietrzyńskim, który pochodził ze wsi Borzykowo koło Wrześni. Niemcy zabrali również mojego kuzyna z Warszawy, Lucjana Rasińskiego, który w okresie wojny mieszkał razem z nami. Po kilku godzinach ponownie załadowano nas na ciężarówkę i pod eskortą wieziono. Nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Dowieziono nas na miejsce i po wyjściu z samochodu okazało się, że jesteśmy w Treblince. Nad bramą umieszczony był duży napis. Byliśmy w obozie. Na placu obozowym ustawili nas w szeregu i kazali wyłożyć wszystkie posiadane, nawet najdrobniejsze przedmioty, łącznie z tym, co dały nam matki na drogę. Odbywało się to w ten sposób, że jeden z Ukraińców rewidował, idąc z przodu, a Niemiec, jak dowiedziałem się później, był to Szwarc, szedł za nim z tyłu z nahajką zakończoną ołowiem. W pewnym momencie Ukrainiec znalazł u jednego z kolegów, starszego człowieka – Mosieja, w kieszonce dwa grosze. Ten człowiek nawet nie wiedział, że je tam ma. Ukrainiec wyciągnął pieniążek i pokazał Niemcowi, a ten z tyłu uderzył Mosieja nahajką przez głowę. Na jego twarzy ukazała się sina pręga i mieliśmy wrażenie, że strażnik wybił mu oko. Po rewizji przeczytano nam, że w razie ucieczki i ponownego złapania będziemy rozstrzelani. Taki los spotkał więźnia, którego złapano podczas próby ucieczki. Wieczorem widzieliśmy jak go przyprowadzono, a rano, idąc do pracy, zobaczyliśmy jego ciało, leżące przy bramie, na pokaz. Niemcy powiedzieli nam jeszcze, że po naszej ucieczce rozstrzelana zostanie cała rodzina i spalone zabudowania. Następnie zaprowadzono nas do baraku, gdzie mieszkaliśmy przez cały czas. Baraki stały w szeregu, były drewniane i kryte papą, wejście miały tylko jedno – ze szczytu od placu apelowego. Środkiem baraku biegł korytarz, cały spód był wybetonowany, po obu stronach korytarza stały drewniane piętrowe prycze do spania, spano na gołych deskach. Po pokazaniu baraku wypędzono nas ponownie na plac. Do wieczora było jeszcze ze dwie godziny, na początek kazano nam przenosić ziemię z miejsca na miejsce na drewnianych tragach, po czterech do tragi, co odbywało się pod nadzorem pijanych Ukraińców. Żeby na początek nas ujarzmić i zniewolić, męczono nas tak do wieczora.

 

Wyżywienie w obozie było straszne, każdy dzień podobny był do następnego. Szczególnie trudno przyzwyczaić się na początku. Kiedy chcieli, żebyśmy jak najszybciej opadli z sił, dawali nam posiłki, których nikt praktycznie nie jadł. Śniadanie było około godziny 6:00-7:00, składało się z miski zupy, brudnej słonej wody z dodatkiem jakichś otrąb bez najmniejszej kromki chleba. Po takim posiłku strasznie chciało się nam pić, ponieważ do picia niczego nie dostawaliśmy, więźniowie nie mieli czym ugasić pragnienia. W południe obiad – podobna porcja zupy z dodatkiem kartofla, często zgniłego, nieobranego, i z kłami. Wieczorem, przed zachodem słońca, kolacja - jedna kromka chleba, czasami z dodatkiem margaryny albo marmolady z buraków i płyn gorzki, przypominający kawę. W baraku naszym było dwóch kapo: Jóźwiak i Zajferd, odpowiedzialnych za porządek w baraku, brali też udział w zbiórkach apelowych rano i wieczorem, gdzie sprawdzano stan baraku. Kapo mieli nahajki, odnosili się hardo, a czasem bili nawet współwięźniów, sami nie pracowali, spali na wydzielonym miejscu na początku baraku, przy wejściu. W baraku, przy wejściu, wydzielono też miejsce na miski i łyżki, w których jedliśmy. Wszystkie posiłki spożywaliśmy na placu przed barakiem. Na terenie obozu przed barakiem znajdował się ustęp-latryna zadaszona, gdzie siadało się na żerdzi, załatwiając sprawy fizjologiczne. Jak zorientowałem się po krótkim czasie, cały obóz bardzo dobrze zorganizowano – na styl niemiecki. Cały obóz ogrodzony był podwójnym parkanem z drutu kolczastego o wysokości dwóch metrów, na rogach obozu dwie wieże obserwacyjne, oprócz tego posterunki przy bramach wjazdowych. Część obozu, przeznaczona do celów gospodarczych składała się z kilku baraków różnej wielkości. Następnie stał barak żydowski, następny nasz - dla Polaków i kolejny – kobiecy, dalej sortownia i inne. Nasz barak odgrodzony został od baraku żydowskiego i kobiecego płotem z drutu kolczastego. W obozie było też całe gospodarstwo rolne, na które składały się zabudowania stajenne. Hodowano w nich bydło, trzodę chlewną, owce i trzy pary koni do pracy w polu i transportu obozowego. Gnojówkę wywożono beczkowozem, ciągnął go mały koń – kuc. Oprócz tego znajdowały się też na terenie obozu mleczarnia i piekarnia oraz budynki administracyjne dla obsługi obozu dla Niemców i Ukraińców. Pamiętam, że obok mleczarni, obok przejścia do obory, w wybetonowanym małym baseniku, hodowano żółwia. Na terenie obozu wszystkie prace gospodarcze, takie jak: obsługa kuchni, warsztaty tkackie, szewskie, rymarskie oraz obsługę mleczarni oraz piekarni wykonywali mężczyźni żydowscy, ich żony i nawet dzieci osadzono poza terenem obozu na Kolonii Milewko, gdzie kobiety żydowskie prowadziły pralnię dla całej obsługi obozu. Czasem woziłem tam wozem konnym w kotłach posiłki dla tych kobiet z kuchni obozowej. Na niedzielę Żydzi obsługujący obóz dostawali przepustki do swoich żon na Milewku, skąd wracali wieczorem do obozu. Na początku swego pobytu w obozie pracowałem w środku obozu, wykonując różne prace w gospodarstwie rolnym. Niemcy na początku nie wypuszczali nas poza ogrodzony teren obozu, trwało to tydzień lub dwa. Po tej „kwarantannie” zaczęliśmy pracować w żwirowni przy załadunku żwiru na wagony. Do żwirowni doprowadzono kolej – tor kolejowy, którym lokomotywa wprowadzała wagony. Po napełnieniu gdzieś je wywożono.

 

Część II

Prace w żwirowni nadzorowali Ukraińcy, którzy chodzili po skarpach nad wyrobiskiem. Dla zabawy wołali czasem upatrzonego więźnia, Żyda i popychali go z góry na dół. Przy takim upadku nieszczęśnik łamał ręce i nogi. Praca w żwirowni była mordercza. Środek lata - skwar, żadnej wody do picia. Ludzie pracujący w żwirowni wyglądali jak kościotrupy: kości powleczone skórą. W żwirowni pracowałem około miesiąca. Oprócz załadunku ręcznego, koparko-ładowarką "Bagier", wkładano dodatkowo żwir na wagony. Do tej koparki, do chłodnicy silnika rolnicy ze wsi Guty dowozili wodę. Robili to po kolei z nakazu sołtysa. Pewnego razu wodę przywiózł jeden z mieszkańców Gut, Roman Ryciak, który pod siedzeniem na wozie miał w worku dla nas paczki od naszych rodzin (rodziny nasze robiły wszystko, żeby uzyskać jakieś kontakty i nam pomóc). Kiedy zobaczyliśmy, że Ryciak ma dla nas paczki, to szybko je rozszarpaliśmy. Widział to Niemiec i Ukrainiec. Za karę uwięziono Ryciaka w obozie, zabierając mu również konia - gniadą klacz. W tym czasie w gospodarstwie rolnym trwały normalne prace polowe, gdzie końmi pracowało w polu dwóch Żydów czeskich: Arun i Gustaw. Był też i trzeci Żyd, z powiatu sokołowskiego, który uciekł. Z tego powodu powstał problem - kogo by tu zatrudnić przy koniach. Niemiec, gospodarz - którego nazywano Roten Fir, radził się Gustawa i Aruna, kto by się nadawał do tej pracy. Żydzi wskazali mnie, bo czasem pomagałem im. Dostałem dwie klacze: kasztankę Bertę i gniadą, którą Niemcy zabrali Ryciakowi. Ta praca okazała się prawdziwym zrządzeniem losu. Mogłem wchodzić do obory, gdzie parowały się ziemniaki dla trzody i tam najeść się parowanych ziemniaków, a nawet przed wieczorem, kiedy odprowadzałem konie, to brałem je często w poły kurtki i nosiłem jeszcze kolegom do baraku. Cierpieliśmy tak straszliwy głód, że te ziemniaki stawały się prawdziwym rarytasem. Pewnego razu zauważył to Niemiec, gospodarz Roten Fir. Myślałem, że mnie tam zabije. Stałem nieruchomo i sądziłem, że to już koniec, ale on widząc mój lęk, powiedział tylko: - Polnisz essen, essen - miał on chyba jeden ludzką duszę wśród tych oprawców. Konie do pracy zawsze były karmione i ubierane przez Żydów, ja pracowałem nimi w polu: orałem, bronowałem, siałem zboże, zwoziłem ziemniaki do kopca oraz siano z łąk, z Wólki. W polu pracowaliśmy przeważnie zespołowo ale były też takie dni, że byłem tylko sam, bez nadzoru. Od strony Milewka, z daleka widziałem tylko kościół w Prostyni. Planowałem, żeby wyprząść konie i uciekać. Chciałem uciec do Gródka nad Bugiem, bo tam miałem kuzynów, ale jak pomyślałem, co mogą zrobić Niemcy z moją rodziną, to szybko zaprzestałem marzeń o ucieczce. U schyłku lata, po głównych żniwach, została jeszcze do wykoszenia gryka na polu pod Kolonią Socha. Pamiętam, że kilku z nas kosiło tę grykę, pole dochodziło od drogi do lasu. Na skraju lasu rosły jakieś grzyby zwiędnięte i wysuszone od słońca. Nie wiedziałem, jakie to były grzyby, ale pamiętam, że zjadłem trzy, a potem poczułem ogromne pragnienie. My, kośnicy ,dostawaliśmy do picia czarną kawę, zabieloną odtłuszczonym mlekiem. Wypiłem pół litra tej kawy, po czym straciłem przytomność. Do baraku zaciągnęli mnie koledzy, położyli na pryczy i na apel już nie wstałem, leżałem całą noc nieprzytomny. Z nami w baraku było dwóch aptekarzy. Koledzy poprosili ich, żeby mnie obejrzeli i powiedzieli, czy będę żył. Orzekli, że mam bardzo zdrowe serce i że jak do rana przeżyję, to chyba będę żył. Nad ranem miałem taki sen: śniło mi się, że jestem u siebie, w Sabniach i że śpię na strychu obory nad bydłem. Obudziłem się i dostałem torsji, wszystko zwymiotowałem i już rano popędzono mnie z innymi do roboty. W dniu 2 sierpnia 1943 r. pracowaliśmy na polu przy zbieraniu kamieni i nagle usłyszeliśmy strzały, wybuchy i zobaczyliśmy czarne dymy od strony Treblinki Nr II, z żydowskiego obozu zagłady. Pilnujący nas Ukrainiec polecił nam upaść twarzą do ziemi. Po pewnym czasie usłyszeliśmy obozowy dzwonek i zapędzono nas do obozu na plac przed nasz barak, gdzie leżeliśmy do wieczora twarzą do ziemi. Okazało się, że wybuchło to powstanie żydowskie. W czasie pobytu w obozie, kiedy wiatr wiał od obozu żydowskiego, czuć było słodki zapach palonych ludzkich ciał, co później widziałem na własne oczy. Przejeżdżając obok żydowskiego obozu po siano do Wólki zobaczyłem, jak paliły się ludzkie ciała, kości, piszczele i jak z tego specjalnym rynsztokiem ściekał tłuszcz ludzki do jakiegoś zbiornika.
Pewnego dnia orałem pole przy Kolonii Socha. Orało nas trzech, a druga grupa więźniów kryła stodołę słomą. Na Kolonii Socha mieszkał poznaniak, miał on dorosłą córkę. Nas było dwie grupy, pilnowało nas dwóch wachmanów Ukraińców. Potem przyszedł jeszcze główny Ukrainiec oberwachman i poprosił córkę gospodarza, żeby przyniosła wódki z Kosowa. Dziewczyna przyniosła wódki i Ukraińcy wypili, najwięcej wypił oberwachman i dostał szału - białej gorączki. Nie mógł sobie darować, komu on służy. W drodze do obozu strasznie się szarpał, a wachmani, mniej pijani, trzymali go na wozie. Ja w czasie tej szarpaniny spadłem z wozu i wracałem pieszo do obozu. Pamiętam także, jak w upalny gorący dzień w samo południe, jedliśmy obiad. Był to czerwiec albo początek lipca. Przyprowadzono od strony żwirowni, z kierunku od obozu zagłady dużą grupę Żydów. Był to prawdopodobnie ostatni transport Żydów z Getta Warszawskiego, mieli dużo kosztowności. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Kazali im siadać. Niemcy dali im kawy do picia, potem kazali im rozbierać się do bielizny i wszystko złożyć. Następnie powiedziano, że pójdą do łaźni, a potem wrócą. Przed odprowadzeniem Żydów do "łaźni" przyprowadzono Żyda, Ignaca, któremu pozwolono wybrać sobie Żydówkę za żonę i on wybrał sobie jakąś kobietę z dzieckiem. Następnie pognano ich z powrotem do obozu zagłady a ubrania i kosztowności po nich Niemcy nosili koszami wiklinowymi do sortowni. Po przejściu tych Żydów leżały na ziemi porwane i porozrzucane banknoty. Żydzi wiedzieli pewnie, że to ich ostatnia droga.

 

Część III

Po jakimś czasie w naszym obozie prawdopodobnie miał nastąpić bunt zorganizowany przez Żydów, którzy mieli dostęp praktycznie do wszystkiego, bo pracowali na wszystkich gospodarczych stanowiskach obozowych. Budując jakiś barak, mieli tam wykonać podwójny szczyt, gdzie ukryli karabin maszynowy i granaty. Podczas pewnego wieczoru, w czasie sprawdzania warty przez głównego Niemca, chcieli rozpocząć akcję zbrojną przeciwko Niemcom. Z niewiadomych nam przyczyn zostało to wykryte przez Niemców lub Ukraińców, w wyniku czego, tego samego dnia wieczorem, po kolacji wyprowadzono grupę Żydów razem z Ignacem, Arunem i innymi do lasu i tam ich rozstrzelano. Szczegółów tej egzekucji dokładnie nie znam. Na jesieni, po wykopkach, ściągałem bronami łęty ziemniaczane. Za nami szła grupa więźniów i strząsała te łęty, było to pod lasem Maliszewy. Pilnujący nas Ukrainiec położył się na dróżce twarzą do ziemi, więźniowie, którzy strząsali łęty, widząc że Ukrainiec leży, w mgnieniu oka uciekli do lasu, co zauważył wartownik z obserwatora i zaczął strzelać za nimi po lesie. Ja i inny więzień zajmujący się końmi nawet nie zorientowaliśmy się, że oni uciekli, a pilnujący wachman ocknął się dopiero, gdy usłyszał strzały. Było to w sobotę na wieczór, wróciliśmy do baraku i noc minęła spokojnie. Następnego dnia, w niedzielę, po obiedzie wpadli do naszego baraku Niemcy i Ukraińcy, krzycząc: – Ręce do góry! Wypędzili nas do następnego pustego baraku i tam nas rewidowali, rozbierając do naga. Czegoś szukali. Powiedzieli nam wcześniej, żeby wszystko wyłożyć, co ktoś posiada. U jednego z więźniów, Kluczyńskiego z Rogowa, znaleźli w kołnierzu kurtki zaszyte czterysta złotych i za to przewiesili go przez szczeble drabiny specjalnie ustawionej i bili go strasznie po plecach i krzyżu drewnianymi kijami tak, że wkrótce zsiniałe miał całe ciało. Po tym incydencie z Kluczyńskim bardzo się bałem, bo miałem w pole kurtki schowane sto złotych, których wcześniej nie zgłosiłem. Jednak szczęśliwie trafiłem na Niemca gospodarza, Roten Fira, który chyba mnie lubił, nie kazał mi się rozbierać i wcale mnie nie rewidował. Byłem jedynym w baraku, którego Niemcy nie zrewidowali.

Był taki okres, że część więźniów chodziła do roboty w kierunku Małkini, na budowę jakiegoś nasypu, chyba pod tor kolejowy. My to nazywaliśmy (nie wiem dlaczego) „Waser wał”. Grupa ta pracowała poza terenem obozu i pilnowana była przez Ukraińców i jednego Niemca. Podczas tych robót rodziny nasze robiły wszystko, żeby nam jakoś pomóc, szczególnie dostarczając żywność. Kontaktowali się z ludźmi, którzy mieszkali w pobliżu tego „Waserwału”. W jakiś sposób trzeba było najpierw przekupić Ukraińców, żeby móc podać jakieś paczki, ewentualnie pieniądze. W ten sposób pracujący tam więźniowie mogli się jakoś posilić i jeszcze od czasu do czasu udało się im przemycić coś do baraku. W grupie tych pracujących był pewien człowiek, którego nazwiska nie pamiętam, a pełnił funkcję grupowego. Ten człowiek często przynosił nam pieniądze od naszych rodzin z kartką, co i ile dla kogo. Pieniądze te przemycał w bucie, pod specjalnie oberwaną podeszwą. Pewnego razu Niemcy urządzili rewizję, nie wiem, czy była to przypadkowa, czy celowa rewizja, w każdym bądź razie zabrali wszystko, co nieśli do baraku, a u tego grupowego znaleźli pieniądze. Rozebrali go do naga i właśnie w podeszwie buta były te pieniądze. Tego człowieka tak za to zbili, że na całym ciele nie było widać białej plamki. Był on cały siny. Przeraził nas ten widok. Od tego czasu przemycanie stało się bardzo trudne, ale od czasu do czasu jeszcze ktoś coś przyniósł. Dużą pomoc więźniom okazywali też polscy kolejarze. Do nas, na żwirownię, przychodził koleją Stanisław Gawkowski, który opisywał napełniane żwirem wagony i on to właśnie też przynosił nam pieniądze. Za te otrzymane pieniądze które udało się komuś przemycić do baraku, mogliśmy kupić coś do zjedzenia od tych, którzy przynieśli jedzenie z „Waserwału”. Życie obozowe z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień stawało się coraz straszniejsze. Ogromny głód, wszawica, zbliżająca się jesień, nadchodziły deszcze i słoty. Spałem przez cały okres pobytu w obozie na gołych deskach, nigdy się nie rozbierając do snu. Spałem na piętrze łóżka, dach baraku miejscami przeciekał tak, że woda kapała czasem na głowę. Strasznie dokuczały nam wszy, które opanowały praktycznie całe ciało. Szczególnie dokuczliwe były wszy łonowe, kąsające podbrzusze, co niezwykle dokuczało. Niemcy, w obawie przed epidemią tyfusu, urządzili łaźnię parową do parowania odzieży i prysznice, z których korzystaliśmy może raz w miesiącu. Po takim odparowaniu przez pewien czas wszawica zmniejszała się, ale szybko wracała ze zdwojoną siłą. Niemcy bardzo bali się epidemii tyfusu brzusznego, jednak na jesieni wybuchła taka epidemia, która dziesiątkowała więźniów. Ludzie leżeli na pryczach strasznie gorączkując, majacząc. Załatwiali się pod siebie, umierali w cierpieniach. Kilku moich kolegów umarło tam na tą straszną chorobę. Ja jakoś szczęśliwie nie zachorowałem, a jadłem resztki jedzenia po tych chorych z ich misek. W tym czasie pojawiły się na moich nogach z powodu przeziębienia straszne wrzody, czyraki od kostek do kolan, które pękały i wyciekała z nich ropa. Nie mogłem chodzić, byłem dołączony do grupy chorych na tyfus w tylnej części baraku. Oprócz tego, w obozie nękały więźniów i inne choroby: krwawa dyzenteria, różne opuchlizny i wiele innych, których nazwy nawet nie znam. Nikt chorych nie leczył, jeżeli ktoś miał bardzo silny organizm, to jakoś się męczył i albo doczekał w tych męczarniach zwolnienia z obozu, albo umierał. Najstraszniejszy w obozie był jednak głód. Był w moim baraku więzień, na którego mówiono Ułan. Nie wiem, czy to było nazwisko, czy był to faktycznie ułan. Miał on długi staż obozowy, nosił na plecach szmaciany tornister, plecak, w którym trzymał jelita końskie z padłych koni, przywożonych do kuchni obozowej. W wolnych chwilach wyciągał koniec jelita z plecaka i żuł jak gumę. Był też taki przypadek, że do obozowej latryny wpadł zabłąkany kot, którego wyciągnięto, zdjęto skórę i zjedzono na surowo. Pomimo tak strasznego głodu były jeszcze i takie przypadki, że więźniowie, którzy palili papierosy, ostatnią kromkę chleba zamieniali na papierosy. Pamiętam też jeszcze taki przypadek w obozie, że pewnego razu przywieziono trzech mężczyzn – Cyganów, którzy chyba nie byli świadomi, gdzie się znajdują. Zaczęli oni uciekać. Niemcy strzelali do nich, jednego postrzelili, dwóch chyba zabili, po czym Niemiec podszedł do nich i deptał ich w kałuży wody.

W obozie była duża rotacja więźniów, ciągle kogoś wywożono, przywożono. Oprócz nas, ze wsi Sabnie, byli jeszcze ludzie z sąsiednich wsi: z Hołowienek, Koloni Hołowienki, z Rogowa, była też duża grupa mężczyzn z wielu innych okolic byłego powiatu Sokołów Podlaski i nie tylko. Byli tam również ludzie z innych stron Polski. Pamiętam jeszcze takie wydarzenie w obozie. Zdarzyło się to w czasie wykopek ziemniaków. Zwoziłem wozem żelaznym, dużą skrzynią, w dwa konie ziemniaki do kopca. W pobliżu obozu rósł zagajnik sosnowy, który Niemcy, nie wiadomo dlaczego, karczowali. Przy tej robocie pracowała spora grupa Żydów, którzy karczowali te drzewka i nosili na teren obozu, gdzie rąbało się drewno do palenia. Po tej pracy, kiedy przynieśli ostatnie drzewka i uporządkowali teren, każdego Żyda zabito uderzeniem drewnianej pałki w głowę. Zrobili to Ukraińcy. Mnie w tym czasie, kiedy wysypałem z wozu kartofle do kopca, Niemiec polecił, żebym podjechał po tych pomordowanych Żydów. Podjechałem i dwóch Żydów rzucało trupy na wóz, a ja odwoziłem je dwa razy do dołu poza teren obozu, pod las w kierunku Maliszewy, było to w odległości kilkuset metrów. Na pierwszym wozie trupów siedział Żyd, na wpół przytomny, zza ucha wyciekała mu krew po uderzeniu kijem. Żyd ten siedział na pełnym wozie trupów. Miał spuszczone nogi do koni, kiwając się mówił: „panie wachman, ja jeszcze chcę żyć, chcę jeszcze robić”. Ale dowiozłem go do dołu i tam wrzucono wszystkich łącznie z tym jeszcze żywym, układani byli warstwami i przysypywani ziemią. Była to taka wspólna mogiła, w tym miejscu grzebano wszystkie trupy z całego okresu trwania obozu. W obozie nie wiedziałem, za co jestem więziony i nie wiedziałem, że w tych strasznych cierpieniach doczekam się wolności. Jednak stało się to nagle bez wcześniejszej zapowiedzi, zwolniono mnie w grupie kilkunastu więźniów przed samym Bożym Narodzeniem 1943 roku. Zwalniano nas z Sabni w dwóch grupach, w odstępie kilkudniowym. Moją grupę zwolniono przed wieczorem po uprzednim wyparowaniu w łaźni parowej. Po wyjściu z obozu udaliśmy się do wsi Guty, do sołtysa, który nazywał się Doliński. Byli to dobrzy ludzie, sołtysowa dała nam jeść i przenocowaliśmy u nich w mieszkaniu na słomie. Następnego dnia dano znać do naszych rodzin i przyjechali po nas wozem konnym. W domu była niepisana radość, ludzie ze wsi szli procesją, żeby nas zobaczyć. Powoli dochodziłem do zdrowia, odżywiając się pod troskliwym okiem matki.

 

 

Relację spisał syn, Jerzy Tomczuk, dn. 8 marca 1998 r.

Hania Zaleska - więzień T1

Anna Zaleska – Hania


Była najmłodszym dzieckiem Lucyny Natalii z Romanów i Teofila Zaleskich. Urodziła się 30 kwietnia 1930 roku w majątku Drozdówka, położonym w gminie Siennica, powiat Mińsk Mazowiecki. Miała sześcioro rodzeństwa: siostry - Irkę, Basię, Janeczkę i Terenię oraz dwóch braci – Bogdana, (który w chwili jej urodzenia już nie żył, ale pamięć o nim pozostała w rodzinie zawsze żywa) oraz Romana.

W 1939 roku, kiedy wybuchła II wojna światowa, Hania miała 9 lat. Od dwóch lat, wraz z całą rodziną, mieszkała w majątku Bachorza, położonym w powiecie Sokołów Podlaski. Od dwóch lat także, od września 1937 roku, uczęszczała wraz ze starszą siostrą Terenią, do szkoły powszechnej w Sokołowie Podlaskim.

Jako najmłodsza w rodzinie, zawsze wesoła i uśmiechnięta, niezmiernie ruchliwa, była ulubienicą całej rodziny, nie tylko tej najbliższej, ale również wszystkich ciotek, wujków i kuzynów. Była naszym „oczkiem w głowie”. Ona sama najbardziej zżyta była ze starszą o ponad dwa lata Terenią. Zawsze i wszędzie były razem, nie widywało się ich nigdy oddzielnie i nawet nie wyobrażały sobie, że mogłoby być inaczej. Gdy poszły do szkoły, nie mogły przeboleć, że nie siedziały nie tylko w jednej ławce, ale nawet nie w jednej klasie.

W czasie okupacji obie dziewczynki przestały chodzić do szkoły w Sokołowie, a zaczęły uczyć się w domu. Nie przestrzegano w owym czasie obowiązku szkolnego, a poza tym w szkole uczono wówczas przede wszystkim robót ręcznych, co było zgodne z doktryną władz okupacyjnych, które nie chciały dopuścić do kształcenia polskich dzieci. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że nauczyciele starali się przekazać uczniom normalny program szkolny, ale było to związane z tak dużym ryzykiem, że nasi rodzice postanowili uchronić od niego najmłodsze dzieci.



W 1941 roku Hania przeżyła wielki dramat, z którym długo nie mogła sobie poradzić, pomimo, że została otoczona najserdeczniejszą opieką. Był to zresztą dramat dla całej rodziny. W marcu tego roku zmarła na skutek ostrego zapalenia płuc ukochana siostra Hani – Terenia. Pół roku później – we wrześniu - zmarła mama, która od początku roku walczyła z nowotworem. Hani trudno było to wszystko zrozumieć, a tym bardziej akceptować. Pod ciężarem tych przeżyć poruszała się po domu jak gdyby nie zauważała, co się dzieje wokół niej. Musiało upłynąć wiele czasu, zanim wróciła do pewnej równowagi i zaczęła ponownie brać udział w normalnym życiu rodziny. Z pasją również zabrała się do nauki. Zwierzyła się, że chce się uczyć, żeby móc kiedyś pomóc ludziom, którzy nie powinni przecież stawać się nieuleczalnie chorzy. Chciała, żeby to, co teraz mówi, stało się tylko naszą tajemnicą.

Gdy narastało zagrożenie rodziny w związku z nasilającym się terrorem, ze spokojem, a nawet z uśmiechem przejmowała obowiązki domowe, aby odciążyć tych, którzy jej zdaniem byli bardziej zagrożeni. Twierdziła także, że musi kształcić się również i w tym zakresie. Nigdy natomiast nie była wciągana przez nas pod żadnym pozorem w jakiekolwiek działania konspiracyjne, w których brali udział pozostali członkowie naszej rodziny. Miałam jednak nieodparte wrażenie, że bardzo uważnie obserwowała wszystko, co działo się dokoła i wyciągała z tego sobie tylko wiadome wnioski.

Utwierdziłam się w tym przekonaniu już po powrocie do domu, gdy rozmawiałam z bliskimi jej rówieśnikami (koleżankami i kolegami). Okazało się, że przygotowywali się razem do podjęcia jakiś nieokreślonych działań pomocniczych dla ludzi działających w konspiracji. Było to na szczęście wszystko jeszcze bardzo naiwne i dziecinne.

W 1943 roku ja, Irka i nasz ojciec zostaliśmy aresztowani przez Gestapo. Hania przyjęła wiadomość o tym ze spokojem, choć również z lękiem. Z drżeniem serca myślała również o wcześniejszym wyjeździe Romka i Janeczki, którzy musieli się ukrywać. Była też bardzo szczęśliwa, gdy po 3 miesiącach zostaliśmy zwolnieni z więzienia. W dalszym ciągu jednak targał nią niepokój o los Janeczki i Romka. Nigdy już ich jednak nie zobaczyła…

W początkach 1944 roku nasz dom rodzinny praktycznie przestał istnieć. Irka, Janeczka, Romek i nasz ojciec byli poszukiwani przez Niemców za działalność konspiracyjną i partyzancką, i musieli się ukrywać. W domu pozostałyśmy tylko my dwie – Hania i ja. Do majątku został wprowadzony tak zwany Treuhaender, czyli urzędowy powiernik – komisarz zarządzający z ramienia władz niemieckich przejmowanym przez nich majątkiem.

W pierwszych dniach lipca Niemcy zajęli nasz dom na kwatery dla wojska powracającego z frontu wschodniego. Dla nas pozostawili zaledwie trzy pokoje. Wtedy natychmiast nawiązałam kontakt ze znanym mi łącznikiem i przesłałam do działających w pobliżu grup konspiracyjnych ostrzeżenie o zajęciu domu przez duży oddział niemiecki. Było to konieczne, ponieważ drogą z Drohiczyna nad Bugiem do Sokołowa, która biegła bezpośrednio obok naszych pól i u wylotu alei wjazdowej dobrze zadrzewionej, często przechodziły zbrojne oddziały partyzanckie lub inne jednostki konspiracyjne, jak łącznicy, wywiadowcy, kolporterzy. Często zatrzymywały się one w alei dla dokonania rozpoznania lub ostatnich przygotowań do akcji.

Nigdy nie udało mi się dowiedzieć, czy zawiódł łącznik, czy też przekazana przeze mnie informacja została zlekceważona, lub też nie dotarła do wszystkich jednostek.

Dość, że którejś nocy przechodzący w pobliżu uzbrojeni „wojownicy”, jak określili ich Niemcy, natknęli się niespodziewanie na patrol niemiecki trzymający wartę przed domem. Wywiązała się ostra strzelanina. Polacy wycofali się podobno bez strat, ale w strzelaninie zginęło dwóch żołnierzy niemieckich. Niemcy oskarżyli nas o współdziałanie z napastnikami. Nie było podstaw do postawienia nam takiego zarzutu. Przypuszczam, że chodziło jedynie o zwykły odwet. Od chwili przybycia Niemców nie wolno nam było przecież opuszczać domu bez ich wiedzy i zgody. Gdy jechałyśmy do miasta, towarzyszył nam zawsze jeden ze stacjonujących żołnierzy.

Tej nocy spałyśmy jak zwykle w dwóch przeciwległych pokojach, przedzielonych małym korytarzykiem. Otrzymałyśmy zakaz opuszczania domu, a po wejściu do naszych sypialni zostałyśmy w nich zamknięte na klucz. W korytarzyku przez całą noc pełnił straż żołnierz. Pod oknami z obu stron domu chodziły warty. Nie miałyśmy żadnej możliwości porozumiewania się z kimkolwiek z zewnątrz, a w nocy również ze sobą.

Wczesnym rankiem przewieziono nas do więzienia w Sokołowie. Hania miała wówczas 14 lat, ja 22…. Po naszym aresztowaniu i wywiezieniu dom nasz pozostał bez żadnego zabezpieczenia, otwarty na oścież, a nikt z rodziny nie wiedział jeszcze o tym, co się stało. Dowiedziałam się jednak drogą poufną, przebywając już w więzieniu, że przyjaciele rodziców natychmiast podjęli wysiłki zmierzające do nawiązania kontaktu z naszym ojcem, a także równocześnie wszczęli usilne starania o nasze uwolnienie. Podobno została nawet zaoferowana Niemcom wysoka suma w „twardej walucie”, pochodząca z darów naszych sąsiadów. Gdy starania o uwolnienie nas obu nie odniosły żadnego skutku, usiłowano uwolnić chociaż Hanię, która przecież nie została skazana. Były to jednak niestety działania bezskuteczne.

Podczas przesłuchania poinformowano mnie, że zostałam skazana na karę śmierci. Zapytałam, co stanie się z moją siostra, która jest jeszcze dzieckiem i nie miała ze sprawą nic wspólnego. Odpowiedziano mi ze spokojem, że „szlachetny i ceniący swój honor naród niemiecki nie zabija dzieci”. Poprosiłam wówczas, aby ją zwolniono. W odpowiedzi usłyszałam, że „przyjdzie na to czas”. Na tym skończyło się przesłuchanie.

Dziesięć dni pobytu w więzieniu w Sokołowie upłynęło nam w niezwykle dramatycznych okolicznościach, ponieważ wycofujący się już częściowo Niemcy pospiesznie likwidowali swoje sprawy, a także ludzi. Wiedziałyśmy, że likwidowane były wszystkie przejęte lub utworzone przez Niemców jednostki administracyjne (starostwo, arbeitsamt, szpital, poczta itp.). Pakowane były i palone lub wywożone dokumenty urzędowe, materiały różnego rodzaju w tym i sanitarne. Ludzi likwidowano w dosłownym tego słowa znaczeniu – byli to ludzie skazani, często nawet tylko podejrzani, a także donosiciele. Tych ostatnich likwidowano podobno wszystkich. Wyraźnie odczuwany był gorączkowy pośpiech, często przeradzający się w zwykłe zamieszanie. Drogi były zatłoczone przez wycofujące się oddziały oraz cywilnych pracowników wyjeżdżających razem z Niemcami lub uciekających przed nadchodzącymi Rosjanami. Docierały do nas niepokojące wieści o takich posunięciach okupantów, jak na przykład spalenie więzienia w Małogoszczy wraz ze wszystkimi więźniami, wytrucie gazem więźniów w jakimś innym więzieniu i tym podobnych. Z naszego więzienia przez kilka ostatnich dni wyprowadzane były o świcie pojedyncze osoby lub grupy więźniów liczące od kilku do kilkunastu osób, które już nigdy nie wracały, a według słów strażników były likwidowane w pobliskich lasach, przy drodze wiodącej do Siedlec.

Była wśród nich grupa 14 dziewcząt ukraińskich powracających z robót przymusowych w Niemczech. Przywiezione zostały do sokołowskiego więzienia na 3-4 dni przed jego likwidacją. Były wesołe, roześmiane, i całe wieczory śpiewały swoje ukraińskie dumki. Nie wiem, dlaczego zostały stracone. Strażnicy mówili, że Niemcy oskarżali je o prostytucję.

Gdy rano 20 lipca 1944 roku zostałyśmy załadowane do ciężarówki wraz z grupą 39 więźniów, więzienie w Sokołowie wydawało się kompletnie puste. Wszystkie wejścia, łącznie z bramą wjazdową, były pootwierane. Hania była tym wszystkim zaniepokojona i tylko wciąż spoglądała na mnie pytającym wzrokiem. Starałam się podnieść ją na duchu i choć odrobinę uspokoić. Miałam nieodparte wrażenie, że obawiała się, iż wiozą nas do jakiegoś lasu, aby nas tam rozstrzelać. Przytuliłam ją mocno do siebie i powiedziałam: nie bój się Haneczko, cokolwiek będzie się dziać z nami, to jesteśmy przecież razem i będę cię zawsze trzymała w ramionach. Spojrzała na mnie z wdzięcznością, a nawet z ufnością. Starała się przy tym stwarzać pozory… Pocieszała mnie i prosiła, żebym się nie martwiła.

Nie wiedzieliśmy, dokąd jesteśmy wiezieni. Gdy minęliśmy jakieś miasteczko (później dowiedziałam się, że był to Kosów Lacki) usłyszeliśmy wszyscy i odczuliśmy jakiś dziwny odgłos wydobywający się spod kół samochodu, którym jechaliśmy. Był głuchy, z rytmicznie opadającym i znów nasilającym się dudnieniem. Towarzyszyły mu takież rytmicznie powtarzające się wstrząsy. Ktoś spośród więźniów powiedział stłumionym głosem: tak, to już niedaleko. Nie wiedziałam, co ma być niedaleko, ale wydawało się to wszystko tak złowrogie, że nie mogę tego zapomnieć do dzisiaj i nie zapomnę z całą pewnością do końca życia. Znacznie później, już po wojnie, przekonałam się, ze odgłosy te spowodowane były przez betonowe podkłady, równomiernie rozłożone na nowobudowanej wówczas drodze do ukrytego wśród lasów i sztucznie utworzonego pustkowia – obozu zagłady. Ilekroć jadę dzisiaj tą drogą, wciąż słyszę to straszne dudnienie.


Obóz w Treblince przywitał nas złowrogim napisem „Arbeit Macht Frei” i równie złowrogą odprawą dokonywaną przez 2 czeskich Żydów pod okiem ukraińskich strażników i Niemców. Po przetrząśnięciu naszych aż nazbyt skromnych węzełków zapytali nas jeszcze dla pewności czy nie mamy ukrytego gdzieś chleba, papieru, ołówków lub innych pisaków. Poinformowali, że jeżeli znajdą jakąś z tych rzeczy lub cośkolwiek czego nie można było mieć w obozie to „dostaniemy mocno w mordę”. Nikt z nas takich rzeczy nie miał, a w każdym razie u nikogo nie zostały znalezione. Tak rozpoczął się ostatni etap naszej tragicznej wędrówki. Dla Hani okazał się być niestety ostatnim etapem jej życiowej wędrówki.

Pobyt w obozie był koszmarem, o czym słyszałyśmy zresztą już nieraz jeszcze przed naszym aresztowaniem, ale rzeczywistość była nieporównanie bardziej przerażająca niż mogłyśmy sobie to wcześniej wyobrażać. Hania powiedziała, że czuje się, jakby żyła w nierealnym świecie lub w przedziwnie strasznym śnie.

Już na samym początku odczułyśmy boleśnie przedsmak naszego pobytu. Gdy wyszłyśmy z łaźni, w której myliśmy się wszyscy razem i zostaliśmy przebrani w obozowe odzienie, musieliśmy jednym szeregiem przebiegać szybko do baraków. Na naszej drodze stał „nasz opiekun” oficer SS z pejczem w ręku, którym witał w bardzo wymowny sposób każdego przebiegającego. Był to człowiek młody- dwudziestoparoletni, wyglądał właściwie normalnie. Przypuszczam, że był niewiele starszy ode mnie i nie mogłam pojąć dlaczego tak traktuje nas – ludzi przecież takich jak on. Chciałam uchronić Hanię przed takim powitaniem, a również przyjrzeć mu się bliżej żeby zrozumieć, dlaczego to robi i nie przebiegłam tak szybko jak moi poprzednicy. Zatrzymałam się przed nim. Pomyślałam, że skoro on musi kogoś bić to niech lepiej bije mnie, a wówczas idąca tuż za mną Hania będzie być może mogła przejść spokojnie. Ku mojemu zdumieniu nie uderzył mnie. Wsiadł szybko na swój rower, którym zawsze poruszał się po terenie obozu i odjechał. Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam, że Hania uśmiecha się do mnie nieśmiało.

Na zewnętrzne warunki bytowania w obozie Hania uodporniła się dość szybko. Zdawała się nie zwracać uwagi na ciemne baraki bez okien, w których na jednej niepodzielonej przestrzeni gnieździły się dziesiątki, a nawet może więcej niż 100 osób. Nieustanny szum ich przyciszonych rozmów, ciągłych zalęknionych szeptów, tłumionych jęków i westchnień wytwarzały nastrój przygnębienia, zgrozy i rozpaczy. W zatłoczonych, brudnych barakach nie było żadnych możliwości normalnego siedzenia – można było albo stać, albo siedzieć zgiętym wpół na pryczach, które ustawione były piętrowo, nisko jedna nad drugą. Noce, kiedy wolno było leżeć na pryczach, również nie dawały prawdziwego wypoczynku. Twarde, ciasne i skrzypiące legowiska, pchły, podarte, sztywne i brudne koce nie pozwalały na normalny sen. Dodatkowe utrudnienie sprawiała również sztywna i brudna odzież, w którą nas przebrano, a której nie można było wymienić nawet na noc. Były to mundury i bielizna po poległych lub pomordowanych żołnierzach i jeńcach radzieckich, z nieusuniętymi nawet śladami krwi.

Hania nie chciała spać na oddzielnej pryczy. Leżała zawsze obok mnie i tuliła się do mnie bezradnie szukając jakiegoś ukojenia i oparcia. Nie było to jednak jeszcze najgorsze. O wiele więcej bólu i cierpienia przysparzały nam nie ustępujący nawet na chwilę niepokój oraz upokorzenia, których doznawaliśmy wszyscy na każdym kroku. Jednym z najprzykrzejszych było korzystanie z toalet. Znajdowały się one na lekkim wzniesieniu. Były to zwykłe głębokie otwarte doły przykryte kilkoma żerdziami i ewentualnie narzuconymi po każdym użyciu leżącymi obok gałęziami. Trudno było tam iść w pojedynkę przede wszystkim ze względu na bliskość dróg i ścieżek, którymi ciągle musieli wędrować więźniowie i oczywiście również strażnicy. Zaraz obok znajdował się również obóz dla Niemców, od naszych toalet odgrodzony tylko kolczastymi, prześwitującymi drutami. Musiałyśmy tam chodzić co najmniej we dwie, żeby zapewnić sobie jakąkolwiek osłonę. W obozie tym przebywali Niemcy karani za dezercję, niesubordynację lub za tzw. odmienne postawy czyli zwykłe głupie gadulstwo, oczywiście głównie niecenzuralne politycznie. W czasie, gdy ja tam byłam, było ich niewielu – chyba zaledwie kilkanaście osób.

  Towarzyszący nam nieustannie niepokój, gnębiący i szarpiący nerwy, potęgowany był dodatkowo prawie codziennie dokonywanymi egzekucjami więźniów wybieranych głównie z naszej grupy i spośród Żydów. Pierwszą partię 11 osób z naszej 41-osobowej grupy stracono pierwszego dnia bezpośrednio po naszym przybyciu do Treblinki. Później grupy traconych były mniej liczne. Nikt z nas nie wiedział jednak, kto będzie następny. Zdarzyło się, że w środku nocy rozbłysły światła obozowe i zobaczyliśmy, że wyprowadzona została jedna osoba, a może była to niewielka grupka, która podobno prowadzono na miejsce straceń. Potem zdawało się nam, że słyszymy wystrzały, a potem światła zgasły. Myślę, że celowo, dla zastraszenia nas, były później rozpuszczane pomiędzy więźniami drastyczne pogłoski o tym, jak ginęli i umierali więźniowie.

Szczególnie wstrząsnął nami tragiczny los dwóch ofiar wybranych spośród nas. Przebywały one razem z nami w więzieniu w Sokołowie w sąsiedniej celi i razem z nami przybyły do Treblinki. Była to czarująca około 35-letnia kobieta, pracownik naukowy na którymś z uniwersytetów i jej 11-letnia córeczka, wesoła i ufna. Z panią tą rozmawiałam kilkakrotnie jeszcze w Sokołowie. Powiedziała mi, że zostały aresztowane, ponieważ jej mąż (ojciec jej córeczki) był Żydem, czy też pół-Żydem. Co stało się z nim, tego nie wiem. Nigdy go zresztą nie widziałam. Niektórzy więźniowie, z którymi podobno przebywał w jednej celi mówili, że został stracony tu na miejscu. One zostały z nim rozłączone, a następnie wywiezione razem z nami do Treblinki. Córeczka bardzo za nim tęskniła i niepokoiła się o niego, matka powiedziała jej więc, że został wysłany do Warszawy dla załatwienia jakichś ważnych spraw. Dziewczynka skarżyła się, że bardzo jej brak codziennego pukania tatusia do ich celi z pytaniem, jak się czują i zapewnieniami, że je kocha. Pochwaliła się po cichu, że mieli specjalny sposób porozumiewania się ze sobą przy pomocy pukania. Obie stracono w szczególnie brutalny i okrutny sposób, zwłaszcza dla dziecka, w drugiej czy trzeciej grupie mordowanych więźniów.

Większość tych ludzi, którzy wraz z nami zostali wywiezieni do Treblinki, znałam tylko z widzenia. Niektóre osoby zachowały się w mojej pamięci jako postacie bezimienne, imiona innych pamiętam.

Pamiętam na przykład parę młodych bardzo sympatycznych ludzi, zakochanych w sobie najpiękniejszą młodzieńczą miłością. Ona miała na imię Laura i była uroczą 22-letnią dziewczyną wysiedloną z poznańskiego. On miał na imię Krzysztof, był pięknym chłopcem, starszym od niej o kilka lat (podobno był synem dyrektora elektrowni w Sokołowie). Znałam ich nazwiska, ale już ich nie pamiętam. Musieli ginąć w najpiękniejszych latach swojego życia. Często rozmawialiśmy ukradkiem i nigdy nie zauważyłam u nich lęku ani rozpaczy. Laura miała jakiś pamiątkowy złoty medalionik ze starą, rodzinną fotografią dziadków, czy może pradziadków. Prosiła, żebym go jej przechowała, a jeśli uda mi się wyjść, abym przekazała go jej rodzinie. Oczywiście nie mogłam jej tego obiecać, ponieważ obie byłyśmy w tej samej sytuacji – skazane na śmierć. Umówiłyśmy się, że jeśli ona pierwsza zostanie wytypowana, ja odbiorę medalionik od wskazanej przez nią osoby, która nie miała wyroku śmierci. Nie udała się ta kombinacja, gdyż wszyscy troje znaleźliśmy się w grupie ostatnich 19 skazanych.

Po moim powrocie do domu, gdy znalazłam się już w spustoszonej Bachorzy, odwiedzili mnie zrozpaczeni rodzice Krzysztofa. Wiedzieli już o przebiegu wypadków w Treblince, ale błagali mnie, żebym dała im chociaż cień nadziei na to, że ich syn żyje. Nie mogłam się na to zdobyć. Widząc jednak ich ogromną rozpacz powiedziałam tylko, że wprawdzie wszystko jest w życiu możliwe, ale prawdopodobieństwo, że Krzysztof ocalał jest niezmiernie nikłe.

Przeżyłyśmy również obie z Hanią zbrojny zryw ostatnich żyjących jeszcze w Treblince Żydów. Wbrew panującym bowiem do tej pory opiniom, głoszącym jakoby wszyscy Żydzi z obozu w Treblince zginęli w komorach gazowych i krematoriach dawno przed naszym przybyciem, po naszym przyjeździe okazało się, że były one nie do końca prawdziwe. Komory gazowe i krematorium zostały wprawdzie zlikwidowane przez Niemców wcześniej, ale w obozie pozostała jeszcze garstka Żydów, której liczebność powiększała się od czasu do czasu o wyłapywane jeszcze gdzie niegdzie osoby. W chwili naszego przybycia do Treblinki byli tam oni jeszcze z całą pewnością. Według informacji więźniów polskich przebywających w obozie od dłuższego czasu było ich tam wówczas około 200. Byli to jednak Żydzi pochodzący głównie spoza Polski, m. in. z Czechosłowacji, Węgier, Belgii i Francji. Były to grupy Żydów wywożonych z tych krajów całymi rodzinami, którym Niemcy obiecywali przesiedlenie do innych krajów o mniejszym zagęszczeniu ludności, zapewniających dobre warunki bytowania. Polecili im także, żeby zabrali ze sobą całe swoje mienie, z zapewnieniem, że zostanie ono przewiezione razem z nimi i zwrócone im w miejscu osiedlenia. O bogactwie i wielkości tego mienia, które nie zostało im nigdy zwrócone dowiedziałam się, gdy pewnego dnia zostałam skierowana do pracy w baraku, w którym były składowane. Moim zadaniem miało być segregowanie tych rzeczy według stopnia ich zużycia i wartości. Barak był bardzo duży. Cały wypełniony był półkami i skrzyniami, w których znajdowały się porządnie poukładane rzeczy o dużej wartości materialnej, a często, jak mi się wydaje, również artystycznej. Część z nich leżała jeszcze na podłodze.

W Treblince Żydzi zostali umieszczeni w kilku barakach położonych najbliżej zabudowań gospodarczych ogólnego użytku. Mieszkali w znacznie lepszych warunkach, niż więźniowie polscy, ponieważ pozwalano im korzystać z podstawowej części przywiezionego mienia. Byli zatrudniani w gospodarstwie obozowym, w mleczarni, masarni, warsztacie samochodowym itp. Było wśród nich wielu dobrych fachowców – mechaników, elektryków, zegarmistrzów, których umiejętności Niemcy chętnie wykorzystywali. To wszystko Żydom nie dawało jednak spokoju. Dość szybko przekonali się, że nie zostali tu przywiezieni w celu osiedlenia.

Nie wiem, ilu ich pozostało po masowym pogromie z lat 1942 i 1943 i ilu ich jeszcze od tego czasu przybyło. Nie wiem również, kiedy zaczęły się ich ponowne egzekucje. Gdy znalazłam się w Treblince, byłam już prawie codziennie świadkiem wyprowadzania co najmniej kilku spośród nich. Nigdy nie wracali… Pozostali wiedzieli zatem, a co najmniej mogli się domyślać, jaki los spotka ich wszystkich. Prawdopodobnie nie chcieli czekać na to bezczynnie.

Podobno za pośrednictwem polskich więźniów dowożonych codziennie do stacji kolejowej w Małkini w celu załadowania i rozładowywania wagonów, Żydzi postarali się o broń. Było jej niewiele i była dość licha wystarczyła im jednak do podjęcia próby uwolnienia się choćby kilku osób. Wydaje mi się że było to 24 lub 25 lipca. Po południu, po powrocie więźniów z Małkini, Żydzi zamknęli i zatarasowali się w jednym z baraków i czekali na Niemców, którzy mieli wyprowadzać następne ofiary na miejsce straceń. Gdy Niemcy podeszli, rozpoczęła się strzelanina. Polskie baraki, które znajdowały się w pobliżu zostały natychmiast otoczone przez Ukraińców i Niemców. Niemcy – zastraszeni najwyraźniej - polecili nam w nieoczekiwanie „życzliwy” sposób wejść natychmiast do środka (dla naszego własnego dobra) i pod żadnym pozorem nie wychodzić, nie wychylać się i nie wyglądać. Zapewnili, że jeżeli podporządkujemy się temu to nic złego nikomu z nas się nie stanie. Obok naszych baraków porozstawiali kilku uzbrojonych strażników. Wszyscy pozostali otoczyli barak, w którym schronili się i bronili się Żydzi. Ciągła strzelanina, niezbyt jednak intensywna trwała do zmroku. Później słychać już było tylko pojedyncze sporadyczne wystrzały. Z naszych baraków wychylaliśmy się i wyglądałyśmy pomimo zakazów. Z naszego żeńskiego baraku widziałyśmy jednak tylko atakujących Niemców. Męskie baraki znajdowały się bliżej żydowskich i przebywający tam więźniowie widzieli z pewnością więcej. Opowiadali potem po cichu, że Żydzi bronili się dzielnie i po wejściu Niemców do wnętrza ich baraku schronili się na strychu i tam bronili się do końca. Nie poddali się. Zabili podobno kilku Niemców, ale nie wiem na ile pewne są te informacje. W każdym razie jednak zamieszanie i gorączkowa bieganina Niemców wskazywała, że tak jest istotnie. Wydarzenie to dodało otuchy pozostałym więźniom. Trochę więcej otuchy wlały w serca więźniów inne jeszcze wydarzenia, które miały miejsce w tym samym mniej więcej czasie. Najpierw były to paczki, dla więźniów przekazane przez RGO, które Niemcy nie tylko przyjęli, (czego nie robili podobno nigdy wcześniej), ale i nieoczekiwanie rozdali więźniom Bardziej podnoszący na duchu był jednak przelot samolotów alianckich nad obozem. Widzieliśmy je wszyscy bardzo dokładnie – było to wieczorem w pogodne ostatnie wieczory lipcowe. Wybiegliśmy wszyscy z baraków i patrzyliśmy na nie z niekłamaną otuchą i nadzieją. Niemcy nie reagowali na to, jakby nic nie widzieli. Był to jednak już dzień 30 lipca. Zrzuciły one ulotki informujące, że zbliża się dzień naszego wyzwolenia, żebyśmy nie upadali na duchu i starali się wytrwać. To były ostatnie krzepiące wydarzenia w czasie ostatnich dni istnienia obozu. Były one jednak krzepiące tylko dla tych, którzy mieli nadzieję na uwolnienie. Zarówno ja jak i grupa pozostałych jeszcze po przeprowadzonych egzekucjach 18 więźniów nie mieliśmy wielkich złudzeń dotyczących naszego losu. Wszyscy byliśmy skazani na śmierć i wiedzieliśmy, że Niemcy nam tego nie darują.

Cieszyłam się, że Hania niedługo wyjdzie. Jednak odczuwałam jakiś niepokój w sercu, ponieważ już 3 dni wcześniej nieoczekiwanie dla mnie w dniu 27 lipca – dobrze pamiętam ten dzień, bo był to dzień imienin naszej Mamy, który obchodziliśmy zawsze bardzo uroczyście – Hania podeszła do mnie po apelu, wzięła pod rękę, przytuliła się i powiedziała bardzo cichutko: Basiu Ty wyjdziesz niedługo z tego obozu, ale nie martw się i nie płacz, że ja tu zostanę na zawsze. Nie umiem powiedzieć nawet jeszcze dziś jak byłam zaskoczona i wstrząśnięta tym stwierdzeniem. Nie uwierzyłam w to oczywiście nawet na chwilę, ale serce zamarło mi na samą taką myśl. Uświadomiłam sobie jak to dziecko – moja najmilsza najmłodsza siostrzyczka, którą moja mama umierając powierzyła mojej opiece, bo wiedziała jak bardzo ją kocham – jak ona musiała cierpieć i co musiała przeżywać, że doszła do takiego stwierdzenia. Nawet dziś po 60 latach od tego dnia nie umiem uspokoić swojego serca i myśleć o tym bez bólu i łez.

I niestety nadszedł ten okrutny dzień – 1 sierpnia 1944 r. Nadchodzili Rosjanie, Niemcy wycofywali się w pośpiechu – uciekali. Nie zaniechali jednak swych okrutnych praktyk.

Już poprzedniego dnia zwrócili nam nasze zabrane po odprawie ubrania. Zapowiedzieli wcześniejszy niż zazwyczaj apel poranny. Przedtem nie widzieliśmy się wszyscy razem. Mężczyźni i kobiety były odprowadzane do pracy oddzielnie, ponadto nigdy nie spotykaliśmy się z więźniami dowożonymi do pracy do Małkini, a także pracującymi w gospodarstwie obozowym. Dopiero na tym ostatnim apelu zobaczyłam jak było nas dużo.

Ranek 1 sierpnia 1944r był pochmurny i ponury. Siąpił nieustannie drobny deszcz. Polecono nam ustawić się w określonym porządku. Najpierw stali mężczyźni w wielu długich szeregach, za nimi stanęłyśmy my kobiety również w długich szeregach, ale nie tak licznych. Przed szeregami stali już Niemcy. Komendant obozu ze swoją świtą, tzn. z dowódcami poszczególnych sektorów i baraków oraz stojącymi trochę dalej uzbrojonymi strażnikami (Niemcami i Ukraińcami). Z obu stron komendanta stali gestapowcy z Sokołowa i podobno z Małkini i Wyszkowa. Przywódca naszego sektora – oficer SS (nazywał się chyba Stormke, ale nie wiem czy dobrze pamiętam) rozpoczął w imieniu komendanta „ojcowską” przemowę skierowaną do wszystkich więźniów. Powiedział coś w tym rodzaju, że w dniu dzisiejszym kończy się nasz pobyt w tym obozie. Oni – nasi „opiekunowie” mają nadzieją, że pobyt dobrze się przysłużył, nauczył nas wiele, z czego w dalszym życiu będziemy umieli skorzystać dla dobra nas i naszego społeczeństwa. Życzył wszystkim, żeby tak się stało, bo zapewni nam to pomyślność i spokój. W końcu powiedział, że teraz mamy rozejść się spokojnie i w porządku, i że możemy wracać do naszych domów i rodzin, czy też gdziekolwiek zechcemy. Zostajemy zwolnieni w tej chwili wszyscy z wyjątkiem 19 osób, które zostaną w celu uporządkowania opuszczanych dziś baraków. Osoby te zostaną wywołane według listy i mają wychodzić kolejno i ustawiać się w porządku przed szeregami.

I zaczął odczytywać nazwiska.
Jako pierwsza została wywołana Hania. Ponieważ ja byłam zawsze druga na tej liście wzięłam Hanię za rękę i nie czekając na dalszy ciąg czytania zaczęłam wychodzić, mając nadzieję, że Hanię wcisnę gdzieś w gęste szeregi stojących przed nami mężczyzn. W tym czasie oficer odczytywał dalsze nazwiska, których ja już nie słuchałam, ale w których podobno nie było mojego. Nie wiem i nigdy nie dowiedziałam się, czy tak było naprawdę. Ktoś się jednak w tym szybko zorientował i natychmiast kilka osób zatrzymało mnie mówiąc gorączkowo: co Pani robi? Proszę natychmiast zatrzymać się! Czy chce Pani ich rozwścieczyć, żeby zaczęli strzelać i jeszcze pozabijali nas wszystkich! Jeszcze Panią wyczytają i wtedy Pani pójdzie. Byłam całkowicie zdezorientowana i na sekundę zatrzymałam się trzymając Hanię za rękę. Trwało to ułamek sekundy ale w tym czasie siłą oderwali mnie od Hani. Podbiegli jacyś strażnicy, wyszarpnęli mnie z szeregu bo pewnie zakłóciłam jakiś ich porządek. Starałam się z całych sił wyrwać się im i pobiec za Hanią, ale nie puścili mnie, a Hanię popchnęli w inną stronę. Zrobiło się straszne zamieszanie. Jakiś Niemiec krzyknął „Ruhe”, inny wystrzelił w powietrze, a tymczasem wychodziła już reszta wybranych i otoczył ich kordon niemieckich i ukraińskich strażników. Ktoś z więźniów powiedział: - Nie zwrócili jeszcze uwagi, że pani nie wyszła. Ktoś zarzucił mi na głowę dużą wiejską chustę i wepchnęli mnie w rozgorączkowany zmieszany już tłum pozostałych więźniów. Teraz nie bardzo już pamiętam, ale i wtedy też nie zorientowałam się co się ze mną dzieje. Otoczył mnie tłum cisnących się bezładnie ludzi (myślę że było tam kilkaset osób), który szybko przesuwał się w kierunku bramy wyjściowej. Dalsze szeregi napierały gwałtownie na idących do przodu. Każdy chciał jak najszybciej wydostać się z tego kłębowiska, tym bardziej, że z tyłu dali znów znać o sobie strażnicy, którzy wrzeszczeli ciągle „Schneller, schneller” i zaczęli znowu strzelać… chyba w górę dla postrachu. Przy bramie stali spokojne gestapowcy z rękami na kaburach i uważnie przyglądali się temu zamieszaniu. Gdy znalazłam się za bramą, postanowiłam przeczekać napierający tłum żeby wrócić do obozu i odszukać Hanię. Nie dopuścili mnie. Myśleli zapewne że zwariowałam, bo miotałam się w rozpaczy jak szalona żeby dostać się z powrotem. Ktoś mi powiedział, żebym spokojnie poczekała aż się wszystko uspokoi bo w tych barakach jest i tak sporo pracy i zdążę jeszcze dojść. Ponieważ w dalszym ciągu w obozie było niespokojnie i gestapowcy zaczęli wściekle miotać się naokoło, ktoś wziął mnie pod rękę i powiedział spokojne, żebym poszła z innymi kobietami schronić się przed deszczem w pobliskiej wsi bardzo niedalekiej i tam przeczekała. Obiecali mi też, że będą czuwać, żebyśmy się z Hanią nie zgubiły.

Nie wiem i nigdy się nie dowiedziałam co się dalej stało. Gdy stwierdziłam, że jestem w jakiejś chacie, że leżę na twardej ławie przykryta suchą samodziałową narzutką z małą poduszką pod głową, ktoś mi powiedział, że nie mam po co wracać do obozu bo nikogo już tam nie ma. Niemcy wsiedli na załadowane wcześniej samochody i pośpiesznie opuścili teren obozu. Nie zrozumiałam wtedy co to znaczy, nie umiałam sobie tego wyobrazić.

I nie wiem do dziś jak to się stało, że trzeciego dnia po wyjściu z obozu znalazłam się w Sabniach u p. Moniuszków – znajomych moich rodziców, a zarazem rodziców naszych koleżanek ze szkoły (z gimnazjum w Siedlcach). Pamiętam jednak, że spytali mnie, gdy ich zobaczyłam, gdzie jest Hania. Nie wiedziałam gdzie jest i nie wiem co odpowiedziałam.

To, co działo się dalej było już tylko moją osobistą tragedią.

 

Barbara Bednarska z domu Zaleska, siostra Hani

 

 
 

Noc Pamięci

 

Symboliczny nagrobek Janusza Korczaka i Dzieci

15 września 2007 roku uczniowie szkół noszących imię Janusza Korczaka w sześćdziesiątą piątą rocznicę śmierci swego patrona przyjechali do Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince, żeby wspólnie przeżyć Noc Pamięci. W uroczystości udział wzięli młodzi ludzie z: Zespołu Szkół Elektronicznych i Samochodowych w Zielonej Górze, Koła Przyjaciół Korczakowa, Zespołu Teatralnego „Czwórka” (Szkoła Podstawowa w Chojnowie), Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Pniewach i Gimnazjum Sióstr Urszulanek z Poznania. Nie zabrakło przedstawicieli polskich i zagranicznych towarzystw korczakowskich. Obecna była też profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Jadwiga Bińczycka, która zawodowo zajmuje się Januszem Korczakiem i jest prezesem Polskiego Towarzystwa im. Janusza Korczaka. Profesor Bińczycka w miejscu pamięci powiedziała: Staramy się przy okazjach takich, jak ta, przekazać całe bogactwo humanistycznej myśli Janusza Korczaka, który dobrą dolę dla dzieci chciał wywalczyć u Pana Boga.

Noc Pamięci w Treblince odbywała się w ramach Ogólnopolskiego Zlotu Korczakowców, który rozpoczął się w Warszawie 14 września 2007 roku. Przez dwa dni młodzież poznawała miejsca związane z życiem Korczaka, a w sobotnią noc uczestnicy zlotu przybyli do miejsca, gdzie zginął Janusz Korczak wraz ze swoimi wychowankami.






Niezwykły spektakl

Scenariusz i inscenizację całości widowiska „Łączmy się w krąg” przygotował Jerzy Zgodziński z Zielonej Góry, zaś autorkami scenariuszy i etiud były Barbara Słowińska i Świetłana Brudz.
W skupieniu wszyscy uczestnicy przeszli przez teren byłego obozu zagłady. Podniosły nastrój wywołała muzyka Jana Kaczmarka pochodząca ze współczesnego filmu „Marzyciel”. Nocny marsz pamięci wyruszył spod muzeum około godz. 22. Przedstawiciele szkół nieśli przed sobą herby i pochodnie, które oświetlały symboliczną drogę. Znalazły się na niej trzy przystanki. Przy każdym z nich na dużym ekranie wyświetlano przedwojenne filmy dokumentalne, a młodzież w przebraniu grała swoje role, przedstawiając spokojne życie przedwojenne, które zmieniło się wraz z wybuchem wojny. Na koniec przed pomnikiem zmordowanych w obozie zagłady obecni wzięli się za ręce i utworzyli krąg żywych. W ten sposób zgromadzeni wyrazili pamięć o zamordowanych.

Pamięć o Januszu Korczaku

WIERNOŚĆ SILNIEJSZA NIŻ ŚMIERĆ
(Słowa o Januszu Korczaku)

 

WŁADYSŁAW SZLENGEL • STEFANIA NEY (GRODZIEŃSKA) •HALINA BIRENBAUM

                                  

Janusz Korczak z wychowankami w Getcie Warszwskim

 

 

Władysław Szlengel

 

Dziś widziałem Janusza Korczaka
Jak szedł z dziećmi w ostatnim pochodzie,
A dzieci były czyściutko ubrane,
Jak na spacerze w ogrodzie.

Nosiły czyste fartuszki świąteczne,
Które dzisiaj już można dobrudzić,
Piątkami Dom Sierot szedł miastem,
Knieja tropionych ludzi.

Miasto miało twarz przerażona,
Masyw dziwnie odarty i goły,
Patrzyły w ulice puste okna,
Jak martwe oczodoły.

Czasem krzyk jak ptak zabłąkany
Był dzwonem śmierci bez racji,
Apatyczni jeździli rikszami
Panowie sytuacji.

Czasem tupot i szurgot i cisza,
Ktoś w przelocie rozmowę miał spieszna,
Przerażony i niemy w modlitwie
Stał kościół ulicy Leszno.

A tu dzieci piątkami – spokojnie,
Nikt nikogo nie ciągnął z szeregu,
To sieroty – nikt stawek nie wtykał
W dłonie granatowych kolegów.

Interwencji na placu nie było,
Nikt Szterlingowi w ucho nie dyszał,
Nikt zegarków w rodzinie nie zbierał
Dla spijaczonego Łotysza.

Janusz Korczak szedł prosto na przedzie
Z gołą głową – z oczami bez lęku,
Za kieszeń trzymało go dziecko,
Dwoje małych sam trzymał na ręku.

Ktoś doleciał – papier miał w dłoni,
Cos tłumaczył i wrzeszczał nerwowo,
– Pan może wrócić... jest kartka od Brandta,
Korczak niemo potrząsnął głową.

Nawet wcale im nie tłumaczył,
Tym, co przyszli z laską niemiecką,
Jakże włożyć w te głowy bezduszne,
Co znaczy samo zostawić dziecko...

Tyle lat... w tej wędrówce upartej,
By w dłoń dziecka kule dać słońca,
Jakże teraz zostawić strwożone,
Pójdzie z nimi... dalej... do końca...

Potem myślał o królu Maciusiu,
że mu los tej przygody poskąpił.
Król Maciuś na wyspie wśród dzikich
Też inaczej by nie postąpił.

Dzieci właśnie szły do wagonów
Jak na wycieczkę podmiejska w Lagbomer,
A ten mały z tą miną zuchwalą,
Czuł się dzisiaj zupełnie jak Szomer.

Pomyślałem w tej chwili zwyczajnej,
Dla Europy nic przecież niewartej,
że on dla nas w historie w tej chwili
Najpiękniejszą wpisuje kartę.

Że w tej wojnie żydowskiej, haniebnej,
W bezmiarze hańby, w tumulcie bez rady,
W tej walce o życie za wszystko,
W tym odmęcie przekupstwa i zdrady,

Na tym froncie, gdzie śmierć nie osławia,
W tym koszmarnym tańcu wśród nocy,
Był jedynym dumnym żołnierzem –
Janusz Korczak opiekun sieroty.

Czy słyszycie sąsiedzi zza murka,
Co na śmierć nasza patrzycie przez kratę?
Janusz Korczak umarł, abyśmy
Mieli także swe Westerplatte.

 



Stefania Ney (Grodzieńska)

O Januszu Korczaku

 

Podczas ogólnej rzezi, gdy Niemcy mordowali dzieci z sierocińca Janusza Korczaka, jemu samemu ofiarowano możliwość uratowania się. Korczak odmówił i poszedł na śmierć z dwojgiem najmłodszych dzieci na ręku.

 

Gdyby wziąć wszystkie uśmiechy dziecięce,
uśmiechy kwiatowe i uśmiechy ptaków,
uśmiech poety i uśmiech lekarza –
powstałby wiersz o Januszu Korczaku.

Wiersz o człowieku, co w czasach ciemności,
na obłąkanym z nienawiści święcie,
miał jasne serce i miał jasne myśli,
wiersz o człowieku, co kochał dzieci.

Ukochał dzieci, które świat dorosłych
obdarzył chłodem, głodem i przekleństwem,
co ciężko przeszły swa króciutką drogę
od urodzenia do śmierci męczeńskiej.

Dzieci zaszczute jak parszywe psiaki,
spuchnięte z głodu, z twarzą pół-siną,
ponurzy, starzy, pięcioletni ludzie,
za takie dzieci Janusz Korczak zginął.

Nie za ojczyznę, za Boga, za honor,
ani za matkę, za ojca, za brata,
ale za biedne, zawszone bachory,
za najnędzniejsze z wszystkich stworzeń świata.

Oddał im chleb swój i mądrość i serce,
żył z nimi w hańbie i w głodzie i w brudzie,
i zginął, kiedy mordowano dzieci,
co nie zdążyły być podłe jak ludzie.

 


 

Halina Birenbaum
Dzień, w którym wyprowadzili Korczaka

 

O Januszu Korczaku powiedziano i napisano wiele w rożnych krajach, w rożnych językach.

Nie znałam Go w owych dniach, ledwie przeczytałam wtedy cokolwiek z jego książek, byłam jeszcze dzieckiem. Powróciłam do nich po latach, jako kobieta wolna. Po wojnie. Byłam już wtedy matką.

Książki Janusza Korczaka porwały mnie, zachwyciły. Pokochałam je, czerpałam z nich otuchę, wzniosłam się dzięki nim do wyższego, wspaniałego świata, przez co życie nabrało dla mnie głębszej i większej wartości. I tylko teraz pojęłam, czym była ta wielka, przytłaczająca trwoga owego dnia w getcie warszawskim – podczas akcji wysiedleńczej, rzekomo – na Wschód...

Wszyscy Żydzi mieli zostać wysałani tam w swej ostatniej podroży.
Na początku łapanek sierociniec Korczaka – podobnie jak "szopy" (warsztaty) i rozmaite użyteczne przedsiębiorstwa pracujące dla Niemców – był bezpieczną stacją. Rzekomo pewną... Bo cóż, oprócz śmierci w Treblince lub przedtem na miejscu, było wówczas pewne? Istniały jednak złudzenia i wiara, silne, niczym żelazo. I wszyscy starali się za wszelka cenę dostać do "szopów", aby się uratować.

Zazdroszczono szczęściarzom, którzy posiadali zezwolenia i szansę na życie, na pozostanie w getcie, na nie zesłanie na "Wschód".

Ukrywaliśmy się, przechodziliśmy z piwnicy do piwnicy, ze strychu na strych – z jednych ulic na drugie. W strachu, w napięciu. Jeszcze dzień, jeszcze dzień, jeszcze godzinę, jeszcze minutę. Wierzyliśmy, że wojna się skończy i minie ten koszmar. Byle przetrwać, przetrwać i przeżyć. Przeciw władzom niemieckim. Wszelkimi środkami.

Nie oglądaliśmy się na złapanych, na znikających w wagonach bydlęcych. Widzieliśmy i czerpaliśmy otuchę u tych, co pozostawali, potrzebnych rzekomo, "dozwolonych" i "pewnych". Sądziliśmy, że będziemy pośród tych wyjątków, którym udało się uniknąć wagonów, to znaczy pośród Żydów "potrzebnych".

Aż jednego jasnego dnia, w godzinach porannych spadła wieść, która zmroziła nam krew w żyłach: powiedziano, że Korczak z wszystkimi dziećmi został wyprowadzony. Że wyciągają z "szopów" wybranych pracowników i wloką ich do pociągu, na Umschlagplatz!...

Rozwiało się złudzenie "pewności" oraz wiara, że niektórzy będą mieć szansę, że przynajmniej wyjątkowe jednostki pozostaną...

Tego dnia ja, wówczas dziecko, znów zobaczyłam dorosłych złamanych rozpaczą, plączących. Dotąd byli przeświadczeni, że Korczak z dziećmi, jako słynni, wyjątkowi – będą pośród tych, którym dane jest żyć.

W owych czasach ludzie już nie dziwili się niczemu, nic ich nie zdumiewało. Przejęci grozą, jedynie wyciągali wnioski, szybko przystosowywali się, wyostrzali swe reakcje, ulepszali kryjówki. Ale wyprowadzenie sierocińca Korczaka wstrząsnęło wszystkimi. Jeszcze jeden fundament naszego życia, stacja rozjaśniająca ciemności – padła. Los nas wszystkich został przesądzony.

Nigdy nie pojęliśmy tego tak dobitnie i bezlitośnie jak tamtego, pamiętnego dnia 5 sierpnia 1942 roku, gdy Korczak z dziećmi, spokojnie i z godnością poszedł na śmierć.

 

(opublikowane w Nowinach Kurierze, Tel Aviv)

 

 


Halina Birenbaum

Janusz Korczak – "Pamiętniki z getta" (fragmenty)

 

(Fragmenty recenzji po premierze przedstawienia Janusz Korczak – Pamiętniki z getta.
Scenariusz o ostatnich dniach Korczaka i jego sierocińca w ginącym getcie – Uri Orlev.
Reżyseria Nola Chelton. Teatr Miejski w Haifie, 1992)

 

Ludzkie pytania, co wolno, a co nie, co jest moralne w danym postępku wychowanka sierocińca – a co jest godne krytyki i kary... Dzieci, ludzie. Zwykli ludzie – w czasach niezwykłych, nieludzkich. Tak dobrze znane mi, zapamiętane na zawsze.

Takie pytania nakazują mi nagle [podczas premiery] spokój, wytrzymałość i wzniesienie się na nieznane dotąd wyżyny. Zrozumienie owych sytuacji i człowieka w nich. Miłości ludzkiej silniejszej niż śmierć i zagłada hitlerowska!

Korczak opiekujący się z niewysłowioną cierpliwością każdym problemem, przejawem czyjegoś działania, każdym pytaniem tych dzieci zasadzonych na śmierć. Jego powaga, głośne rozmyślania wraz z dziećmi nad życiem ludzkim, jego sensem, wartościami i powinnościami, mimo toczącego się mordu i absolutnej zagłady! Korczak zbiedzony, szarpany wątpliwościami, chwilami rezygnacji, załamania, od których szukał ucieczki nawet w myślach o samobójstwie, czy w alkoholu, choć przecież nie mógł pozwolić sobie by umrzeć i zostawić dzieci bez opieki...

Zastygłe uśmiechy, zduszone łzy, spojrzenia, słowa ostatnie – nieosiągalne marzenia o życiu! Pomysły szalone w szukaniu ratunku, płonne nadzieje ich powodzenia, rezygnacja, strach, rozpacz. I nie mniej ogromna, rozpaczliwa miłość na krawędzi śmierci.

Niestety, ludzie, którzy nie byli TAM WTEDY, do dziś nie pojmują, że zagłada to była nie tylko śmierć milionów – ale też rozbicie wszelkich zasad ludzkich, uznanych ogólnie wartości i wiary w nie. I nawet dobro i piękno ujawniło tam inną twarz – znękaną, zbiedzoną, bez żadnej aureoli czy mitów wielkich. Mitem w tym piekle stała się sama zdolność kochania, miłość, która przecież była niemożliwa – i poświecenie w jej imieniu, dla niej. Twarz ginącego w takich okolicznościach i warunkach nie posiada czcigodności...

Jak wytłumaczyć hitlerowską morderczość śmierci, w której nie zostało więcej nic ludzkiego, od której nie było ratunku dla nikogo niemal, a zwłaszcza dla takich biednych, niepotrzebnych nikomu sierot – którym Korczak potrafił dąć przynajmniej do ostatniej chwili poczucie człowieczeństwa, godności ludzkiej? I z tym umrzeć.

Janusz Korczak napisał w swym pamiętniku z dna piekła:

21 lipca 1942 r. ... Jutro kończę sześćdziesiąt trzy albo sześćdziesiąt cztery lata... Ciężka to rzecz urodzić się i nauczyć żyć. Pozostaje mi o wiele łatwiejsze zadanie: umrzeć. Po śmierci może być znów ciężko, ale nie myślę o tym. Ostatni rok czy miesiąc, czy godzina. Chciałbym umierać świadomie i przytomnie. Nie wiem, co powiedziałbym dzieciom na pożegnanie. Pragnąłbym tyle..."
i w innym miejscu:
"...świat jest kroplą błota zawieszoną w bezkresie – zwierzęciem, które zrobiło karierę... Ale ta kropla błota zna cierpienie, umie kochać, płakać i pełna jest tęsknoty...".
Korczak w tym świecie, w tej "kropli błota zawieszonej w bezkresie" podlewał kwiaty, jak mówi – "podlałem kwiaty, biedne rośliny sierocińca, rośliny żydowskiego sierocińca..."

I nagle – życie ma sens, a kres życia, nie jest więcej spleśniałą ohydą, bezładnym bełkotem niezrozumiałym, nawet i po Treblince. W każdym razie dla mnie. Dlatego chyba ja przeżyłam i potrafię istnieć po tym wszystkim.

 

(opublikowane w: Nowiny Kurier, Tel Aviv)


 

Halina Birenbaum

 

Prawda nie jest antysemicka
(fragmenty)

 

(fragmenty recenzji z filmu Korczak Andrzeja Wajdy)

 

Odkąd przyjechałam do Izraela, zaczęłam opowiadać o tym, co przeżyłam i co widziałam w getcie i w obozach śmierci. Pragnęłam przekazać fakty o tej strasznej rzeczywistości stamtąd z wszelkimi jej aspektami, nie przemilczając przeklętej roli judenratów, żydowskich policjantów i wszelkiego rodzaju kolaborantów spośród moich rodaków.

Zawsze byłam tego zdania, że należy opowiadać całą prawdę o wszystkim, a kiedy żąda się sprawiedliwości od innych – trzeba zacząć od siebie. Byłam świadkiem największych poświęceń i najwyższej wielkości ludzkiej, jak również niepojętych podłości.
Według mnie śmierć nie oczyszcza i nie uniewinnia.
Jeżeli pisze się i uczy o bohaterach, nie można nie osądzać tych, którzy ich wydawali w ręce gestapo, którzy łapali i prowadzili swych braci na śmierć, a nawet służyli w żydowskim oddziale gestapo zwanym w warszawskim getcie "trzynastka", od numeru domu, w którym kwaterowali przy ul. Leszno 13. Komendantem ich był Gancwajch, postać występująca w jednej ze scen filmu Korczak.

Trudno jest strawić fakt, że mieliśmy z jednej strony Korczaka, Mordechaja Anielewicza, "Antka" (Cukiermana) – i z największym odróżnieniem – Gancwajcha, i Szmerlinga, komendanta żydowskiego Umschlagplatzu, współodpowiedzialnego za wywózkę Żydów do Treblinki.

Wiele pisał w getcie warszawskim o przestępstwach żydowskiej policji w swych pamiętnikach w getcie warszawskim historyk Emanuel Ringelblum, który zginął wraz z żoną i synkiem. Żądał, aby po wojnie osądzić policjantów i ich zbrodnie surowiej nawet niż hitlerowców.
[...]

Czułam się niejednokrotnie zraniona i upokorzona zarzutami antysemityzmu wysuwanymi wobec filmu Korczak i jego twórcy Andrzeja Wajdy, jakby mnie samą znieważono, bo to jest moja przeszłość, nie tylko film – mojego ojca zawlekli do wagonów do Treblinki, bijąc go pałkami i szarpiąc – żydowscy policjanci.

Musi się mieć odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, zmierzyć się z nią i wyciągnąć należyte wnioski, a także szanować, tych, którzy zadali sobie trud uwiecznić te cierpienia – pamięć o wspaniałym wychowawcy żydowskim Januszu Korczaku!

Film Korczak to wieczność pamięci tych cierpień i ludzkiej wielkości na krawędzi śmierci – w nich właśnie upamiętnienie.

A prawda nigdy nie jest antysemicka.

 

(opublikowane w: Nowiny Kurier, Tel Aviv oraz w Haaretz (po hebrajsku), Tel Aviv)

 

Placówki im. J. Korczaka

Imię J. Korczaka noszą:

08.04.2008.
Nazwa Placówki Miejscowość Kod
Pocztowy
telefon Województwo
Gimnazjum
Sośno
89-412
523891210
kuj-pom
Gimnazjum
Strykowo
62-060
618134052
wielkopolskie
Gimnazjum
Strzałkowo
62-420
0632750500
wielkopolskie
Gimnazjum
Chojna
74-500
(0-91)414-39-55
zachodniopomorskie
Gimnazjum Integracyjne Nr 29
Warszawa
03-982
0226713372
mazowieckie
Gimnazjum nr 1
Lędziny
43-140
323266456
śląskie
Gimnazjum nr 2
Koszalin
75-064
(094) 3423849
pomorskie

Gimnazjum Nr 20 w Pogotowiu
Opiekuńczym

Bielsko-Biała
43-300
(0-33)811-74-37
śląskie
Gimnazjum nr 3
Kielce
25-536
413426984
świętokrzyskie
Gimnazjum Nr 6
Gliwice
44-119
322370288
śląskie
Gimnazjum nr1
Ostrzeszów
63-500
0627320661
wielkopolskie
Gimnzjum nr 2
Rumia
84-230
586710645
pomorskie
II Liceum Ogólnokształcące
Bolesławiec
59-700
0757345313
dolnośląskie
Liceum Ogólnokształcące
Więcbork
89-410
523897066
kuj-pom
Liceum Ogólnokształcące Nr 2
Wieluń
98-300
0438433516
łódzkie
M. O.W., Gimnazjum 54
Szczecin
71-883
914538103
zachodniopomorskie
Medyczne Studium Zawodowe
Łuków
21-400
257983598
lubelskie
Miejskie Przedszkole Nr 12
Knurów
44-194
(0-32)235-27-85
śląskie
Młodzieżowy Dom
Inowrocław
88-100
523575058
kuj-pom
Młodzieżowy Dom Kultury
Kraków
31-814
(0-12)641-44-74
małopolskie
Młodzieżowy Dom Kultury
Chodzież
64-800
672829433
wielkopolskie

Młodzieżowy Ośrodek
Wychowawczy

Babimost
66-110
(0-68)351-24-12
lubuskie

Młodzieżowy Ośrodek
Wychowawczy

Antoniewo
62-085
618124251
wielkopolskie

Młodzieżowy Ośrodek
Wychowawczy

Kwidzyn
82-500
552793871
pomorskie
Niepubliczne Przedszkole
Pruszcz Gdański
83-000
 
pomorskie
OSW
Mława
06-500
236543411
mazowieckie
OSW nr 2
Łódź
94-203
426331485
łódzkie
Ośrodek Szkolno - Wychowawczy
Konin
62-500
0632429161
wielkopolskie
Policealna Szkoła Medyczna
Starachowice
27-200
412747436
świętokrzyskie
Przedszkole
Pilica
42-436
(0-32)673-80-07
śląskie
Przedszkole Miejskie Nr 14
Toruń
87-100
566529707
kuj-pom
Przedszkole Miejskie Nr 8
Koszalin
75-331
(0-94)343-14-32
zachodniopomorskie
Przedszkole nr 1
Mogilno
88-300
523152657
kuj-pom
Przedszkole Nr 20
Racibórz
47-400
(0-32)415-55-20
śląskie
Przedszkole nr 3
ul. Mostowa 3
44-230 Czerwionka-Leszczyny
324311006
śląskie
Przedszkole Nr 44
Poznań
60-222
0618663980
wielkopolskie
Przedszkole nr 6
Kołobrzeg
78-100
943524288
zachodniopomorskie
Przedszkole Publiczne Nr7
Skarżysko-Kamienna
26-110
412512188
świętokrzyskie
Przedszkole Samorządowe nr 68
Białystok
15-054
857416251
podlaskie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Jaroszów
58-120
(074)8558524
dolnośląskie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Międzylesie
66-213
683 812 169
lubuskie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Pawłowiczki
47-280
0774874116
opolskie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Sowczyce
46-300
343596323
opolskie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Gumniska
39-210
146816679
podkarpackie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Szelków
06-220
0297176001
mazowieckie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Jasienica
07-304
0296443640
mazowieckie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Zambski Kościelne
07-215
0297411020
mazowieckie
Publiczna Szkoła Podstawowa
Kowala-Stępocina
26-624
0486101727
mazowieckie

Publiczna Szkoła Podstawowa
Nr 1

Niemodlin
49-100
774023370
opolskie

Publiczna Szkoła Podstawowa
Nr 1

Zdzieszowice
47-330
0774844287
opolskie

Publiczna Szkoła Podstawowa
Nr 13

Kędzierzyn-Koźle
47-200
774821571
opolskie

Publiczna Szkoła Podstawowa
Nr 2

Kluczbork
46-203
774181310
opolskie

Publiczna Szkoła Podstawowa
Nr 4

Strzelce Opolskie
47-100
774613651
opolskie

Publiczna Szkoła Podstawowa
w Kadłubie

Kadłub
47-175
774636470
opolskie
Publiczne Gimnazjum Nr 2
Sulejówek
05-071
0227835057
mazowieckie
Publiczne Gimnazjum Nr 6
Wałbrzych
58-309
0746644860
dolnośląskie
Publiczne Przedszkole nr 1
Sędziszów Małopolski
39-120
172216752
podkarpackie
Publiczne Przedszkole nr 2
Parczew
21-200
833551242
lubelskie
Publiczne Przedszkole nr 2
Radomsko
97-500
0446854548
łódzkie

Samorządowa Szkoła Podstawowa
Nr 1

Lądek Zdrój
57-540
0748146440
dolnośląskie
SOSW
Iława
14-200
(0-89)648-25-53
warmisko-mazurskie
SOSW
Nidzica
13-100
(0-89)625-32-54
warmisko-mazurskie
SOSW
Radom
26-600
(0-48)263-67-93
mazowieckie
SOSW
Szczytno
12-100
(0-89)624-21-06
warmisko-mazurskie
SOSW
Szymbark
38-311
(0-18)351-30-15
małopolskie
SOSW
Wschowa
67-400
(0-65)540-18-76
lubuskie
SOSW
Tomaszów Lubelski
22-600
846659440
lubuskie
SOSW
Szerzawy
88-301
523157026
kuj-pom
SOSW
Toruń
87-101
566544778
kuj-pom
SOSW
Lębork
84-300
598621577
pomorskie
SOSW
Rudy
47-430
324103006
śląskie
SOSW
Sokółka
16-100
857112678
podlaskie
SOSW
Jasło
38-200
134463467
podkarpackie
SOSW
Mińsk Mazowiecki
05-300
0257593487
mazowieckie
SOSW
Sieradz
98-200
0438224563
łódzkie
SOSW
Skierniewice
96-100
0468339600
łódzkie
SOSW
Mosina
62-050
0618132469
wielkopolskie
SOSW
Borzęciczki
63-720
0627216993
wielkopolskie
SOSW
Skoki
62-085
0618124251
wielkopolskie
SOSW
Września
62-300
0614360451
wielkopolskie
SOSW
Kalisz
62-800
0625023360
wielkopolskie
SOSW
Leszno
64-100
0655204004
wielkopolskie
SOSW
Wąsosz
56-210
0655437925
dolnośląskie
SOSW dla niesłyszących
Kraków
30-731
(0-12)653-26-84
małopolskie
SOSW nr 1
Wejherowo
84-200
586722205
pomorskie
SOSW nr 10
Wrocław
51-616
0713482287
dolnośląskie
SOSW Nr 2
Elbląg
82-300
(0-55)642-88-85
warmisko-mazurskie
SOSW nr 2
Przemyśl
37-700
166760400
podkarpackie
SOSW nr1
Skarżysko-Kamienna
26-110
412523620
świętokrzyskie
Specjalny Ośrodek Szkolno - Wychowawczy
Tychy
43-100
(0-32)227-64-42
śląskie
Specjalny Ośrodek Szkolno - Wychowawczy
Ząbkowice Śląskie
57-200
0748157826
dolnośląskie
Szkoła Filialna w Kępnicy
Kępnica
48-303
774356522
opolskie
Szkoła Podstawowa
Biedaszki
11-400
(0-89)751-12-76
warmisko-mazurskie
Szkoła Podstawowa
Borucin
47-470
(0-32)410 80 53
śląskie
Szkoła Podstawowa
Brochocin
59-516
0768773358
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa
Czerwieńsk
66-016
(0-68)327-80-76
lubuskie
Szkoła Podstawowa
Górki
39-306
175815406
podlaskie
Szkoła Podstawowa
Kalwaria Zebrzydowska
34-130
(0-33)876-65-50
małopolskie
Szkoła Podstawowa
Kandyty
11-226
(0-89)761-90-10
warmisko-mazurskie
Szkoła Podstawowa
Krzeczów
32-700
(0-14)685-82-00
małopolskie
Szkoła Podstawowa
Księży Dwór
13-200
(0-23)697-25-75
warmisko-mazurskie
Szkoła Podstawowa
Lubniewice
69-210
(0-95)755-76-44
lubuskie
Szkoła Podstawowa
Niegardów
32-105
(0-12)386-93-48
małopolskie
Szkoła Podstawowa
Paczółtowice 2
32-063
(0-12)282-91-15
małopolskie
Szkoła Podstawowa
Przezmark
82-310
 
warmińsko-mazurskie
Szkoła Podstawowa
Rogajny
14-400
(0-55)248-45-04
warmińsko-mazurskie
Szkoła Podstawowa
Ryczów
34-115
(0-33)879-00-67
małopolskie
Szkoła Podstawowa
Siedlisko
67-112
683560208
lubuskie
Szkoła Podstawowa
Sopotnia Wielka
34-341
(0-33)861-31-81
śląskie
Szkoła Podstawowa
Sułkowice
32-440
(0-12)273-27-20
małopolskie
Szkoła Podstawowa
Suszec
43-267
(0-32)212-42-19
śląskie
Szkoła Podstawowa
Toporów
66-233
(0-68)341-10-26
lubuskie
Szkoła Podstawowa
Tumlin-Węgle
26-050
0413003414
świętokrzyskie
Szkoła Podstawowa
Węgrzce Wielkie
32-002
(0-12)451-20-04
małopolskie
Szkoła Podstawowa
Szabda
87-300
564981917
kuj-pom
Szkoła Podstawowa
Lisewo
86-230
566768650
kuj-pom
Szkoła Podstawowa
Broniewice
88-160
523514451
kuj-pom
Szkoła Podstawowa
Przylesie
87-134
566743745
kuj-pom
Szkoła Podstawowa
Choceń
87-850
542846687
kuj-pom
Szkoła Podstawowa
Piechcin
88-192
523837229
kuj-pom
Szkoła Podstawowa
Tumlin
26-050
413003414
świętokrzyskie
Szkoła Podstawowa
Przechlewo
77-320
598334325
pomorskie
Szkoła Podstawowa
Kościelec
42-240
343200212
śląskie
Szkoła Podstawowa
Góra
43-227
322117129
śląskie
Szkoła Podstawowa
Platerów
08-210
0833578427
mazowieckie
Szkoła Podstawowa
Pasieki
07-440
0297614227
mazowieckie
Szkoła Podstawowa
Antonie
07-410
0297648814
mazowieckie
Szkoła Podstawowa
Kleszczów
97-410
 
łódzkie
Szkoła Podstawowa
Okup Mały
98-100
0436751125
łódzkie
Szkoła Podstawowa
Raczków
98-290
438294155
łódzkie
Szkoła Podstawowa
Drzewce
96-127
0468316191
łódzkie
Szkoła Podstawowa
Sokółki
62-530
632447526
wielkopolskie
Szkoła Podstawowa
Sośnie
63-435
0627391183
wielkopolskie
Szkoła Podstawowa
Kuźnia
63-313
0627415634
wielkopolskie
Szkoła Podstawowa
Biedrzychowice
59-830
0757221529
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa
Brochocin
59-516
0768773358
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa
Łysołaje
21-020
817574734
lubelskie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Chorzów
41-500
0322410362
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Drezdenko
66-530
(0-95)762-03-60
lubuskie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Pawłowice
43-250
 
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Wieruszów
98-400
0627841730
łódzkie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Żory
44-240
(0-32)434-23-02
śląskie
Szkoła Podstawowa nr 1
Szprotawa
67-300
683762743
lubuskie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Czersk
89-650
523989117
pomorskie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Nowy Dwór Gdański
82-100
552472675
pomorskie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Działoszyn
98-355
0438413033
łódzkie
Szkoła Podstawowa Nr 1
Wieruszów
98-400
0627841730
łódzkie
Szkoła Podstawowa nr 1
Wronki
64-510
0672540316
wielkopolskie
Szkoła Podstawowa nr 1
Sobótka
55-050
0713162565
dolnośląskie

Szkoła Podstawowa Nr 1
z klasami integracyjn.

Rybnik
44-200
(0-32)422-25-87
śląskie
Szkoła Podstawowa nr 1`
Lubsko
68-300
683721560
lubuskie
Szkoła Podstawowa Nr 10
Kielce
25-536
0413426984
świętokrzyskie
Szkoła Podstawowa Nr 10
Tarnobrzeg
39-400
(015)8225889
podkarpackie
Szkoła Podstawowa Nr 10
Wodzisław Śl.
44-286
(0-32)456-54-50
śląskie

Szkoła Podstawowa Nr 10
Specjalna

Świętochłowice
41-608
0323451926
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 11
Bielsko-Biała
43-300
(0-33)811-74-37
śląskie

Szkoła Podstawowa Nr 12
Specjalna

Ostrów Wielkopolski
63-400
0627355754
wielkopolskie
Szkoła Podstawowa Nr 125
Łódź
93-429
426848420
łódzkie
Szkoła Podstawowa Nr 16
Tarnów
33-100
(0-14)621-51-44
małopolskie
Szkoła Podstawowa nr 17
Piotrków Trybunalski
97-300
0447326776
łódzkie
Szkoła Podstawowa Nr 2
Błonie
05-870
0227253260
mazowieckie
Szkoła Podstawowa Nr 2
Głubczyce
48-100
0774852703
opolskie
Szkoła Podstawowa Nr 2
Nowa Ruda
57-400
0748722520
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa Nr 2
Żary
68-200
(0-68)470-46-67
lubuskie
Szkoła Podstawowa Nr 2
Węgorzewo
11-600
874272170
warminsko-mazurskie
Szkoła Podstawowa nr 2
Przemków
59-170
0768319446
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa nr 211
Warszawa
00-029
0228264785
mazowieckie
Szkoła Podstawowa Nr 22
Włocławek
87-800
542363157
kuj-pom
Szkoła Podstawowa Nr 28
Dąbrowa Górnicza
42-524
(0-32)260-79-52
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 29
Bielsko-Biała
43-346
(0-33)812-68-65
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 3
Blachownia
42-290
(0-32)327-03-37*
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 3
Cieszyn
43-400
(0-33)852-01-68
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 3
Czeladź
41-250
(0-33)265-22-90
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 3
Nysa
48-303
774332261
opolskie
Szkoła Podstawowa Nr 3
Słupsk
76-200
0598431910
pomorskie
Szkoła Podstawowa Nr 3
Zgorzelec
59-900
757752369
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa nr 3
Grudziądz
86-300
564613752
kuj-pom
Szkoła Podstawowa Nr 3
Ostrów Mazowiecka
07-300
0297453456
mazowieckie
Szkoła Podstawowa Nr 3
Zielonka
05-220
0227819993
mazowieckie
Szkoła Podstawowa Nr 31
Białystok
15-540
857416923
podlaskie
Szkoła Podstawowa Nr 4
Chojnów
59-225
0768188350
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa Nr 4
Świebodzice
58-160
0746669632
dolnosląskie
Szkoła Podstawowa Nr 4
Sochaczew
96-500
468622108
mazowieckie
Szkoła Podstawowa nr 4
Trzebnica
55-100
713120696
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa Nr 5
Jawor
59-400
(076)8702655
dolnośląskie
Szkoła Podstawowa Nr 5
Zakopane
34-500
(0-18)206-86-37
małopolskie
Szkoła Podstawowa nr 5
Orzesze
43-180
322215216
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 54
Szczecin
70-407
(0-91)434-50-04
zachodniopomorskie
Szkoła Podstawowa Nr 6
Jastrzębie Zdrój
44-335
(0-32)471-56-33
śląskie
Szkoła Podstawowa nr 6
Kołobrzeg
78-100
(0-94)352-51-20
zachodniopomorskie
Szkoła Podstawowa Nr 6
Rawicz
63-900
(065)5467577
wielkopolskie
Szkoła Podstawowa Nr 6
Zawiercie
42-400
(0-32)672-13-72
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 6
Krosno
38-400
134320915
podkarpackie
Szkoła Podstawowa Nr 61
Wrocław
53-025
0713398264
dolnośląskie

Szkoła Podstawowa Nr 66
z oddz. Specjalnymi

Katowice
40-870
(0-32)254-16-51
śląskie
Szkoła Podstawowa Nr 7
Giżycko
11-500
(0-87)428-90-60
warminsko-mazurskie

Szkoła Podstawowa nr16
z klasami integracyj.

Ruda Śląska
41-710
322423437
śląskie
Szkoła Podstawowa nr4
Lipno
87-600
 
kuj-pom
Szkoła Podstawowa Specjalna
Wągrowiec
62-100
0672622445
wielkopolskie

Szkoła Podstawowa Specjalna
nr24

Sosnowiec
41-200
322666197
śląskie

Szkoła Podstawowa
z Oddz. Integracyjnymi Nr 22

Płock
09-410
242634295
mazowieckie

Szkoła Podstawowa z
Oddz. Integracyjnymi nr 6

Oleśnica
56-400
0713147571
dolnośląskie

Szkoła Specjalna
Przysposabiająca do Pracy

Złotoryja
59-500
0768783372
dolnośląskie

Śląska Prywatna
Szkoła Podstawowa

Pszczyna
43-200
(0-32)210-59-07
śląskie
V Liceum Ogólnokształcące
Tarnów
33-100
(0-14)621-05-14
małopolskie
VI Liceum Ogólnokształcące
Sosnowiec
41-214
(0-32)291-87-22
śląskie

Zasadnicza Szkoła Specjalna
Nr 16

Katowice
40-859
(0-32)254-42-419
śląskie
Zespól Szkół
Prudnik
48-200
 
opolskie
Zespół Oświatowy SP
Grochów Szlachecki
08-300
0257811527
podlaskie
Zespół Placówek Specjalnych
Olsztyn
10-561
(0-89)539-34-80
warminsko-mazurskie
Zespół Szkolno - Przedszkolny
Sokołowsko
58-350
748458232
dolnośląskie
Zespół Szkolno-Przedszkolny
Otmice
47-180
0774617283
opolskie
Zespół Szkolno-Przedszkolny
Kochcice
42-713
(0-33)353-36-30
śląskie
Zespół Szkoły Podstawowej i Przedszkola
Rakszawa
37-111
172261627
podkarpackie
Zespół Szkół
Sulęcinek
62-023
612851469
wielkopolskie
Zespół Szkół
Gorzów Wlkp
66-400
(0-95)720-22-81
lubuskie
Zespół Szkół
Kcynia
89-240
525894380
kuj-pom
Zespół Szkół
Laskowa
34-602
(0-18)333-30-10
małopolskie
Zespół Szkół
Nysa
48-300
 
opolskie
Zespół Szkół
Prudnik
48-200
774362784
opolskie
Zespół Szkół
Zawada
42-270
(0-34)328-14-88
śląskie
Zespół Szkół
Łubianka
87-152
566748011
kuj-pom
Zespół Szkół Ekonomicznych
Dębica
39-200
146702574
podkarpackie
Zespół Szkół Nr 1
Łańcut
37-100
172252241
podkarpackie
Zespół Szkół Nr 2
Piekary Śląskie
41-946
(0-32)289-98-61
śląskie
Zespół Szkół nr 4
Lublin
20-301
817461407
lubelskie
Zespół Szkół Specjalnych
Mysłowice
41-400
322222659
śląskie
Zespół Szkół Specjalnych
Mielec
39-300
175862977
podkarpackie
Zespół Szkół Specjalnych
Gniezno
62-200
0614238560
wielkopolskie
Zespół Szkół Specjalnych Nr 1(SPS14)
Koszalin
75-816
(0-94)342-44-17
zachodniopomorskie

Zespół Szkół Specjalnych
PSPS Nr 13

Opole
45-005
774230440
opolskie

Zespół Szkół Społecznych
GTSz

Gliwice
44-100
(0-32)230-47-30
śląskie
Zespół Szkół Sportowych nr 1
Krapkowice
47-303
0774078085
opolskie
Zespół Szkół w Firleju SP
Firlej
21-136
818575015
lubelskie
ZSZ Spec
Poznań
61-663
0618200992
wielkopolskie

Słowa mądrości J. Korczaka

 

 

• „Jestem nie po to, aby mnie kochali i podziwiali, ale po to, abym ja działał i kochał. Nie obowiązkiem otoczenia pomagać mnie, ale ja mam obowiązek troszczenia się o świat, o człowieka".

J. Korczak - Pamiętnik W: Pisma wybrane. T. IV. 1978, s.344

 

• „Daj dzieciom dobrą wolę, daj wysiłkom ich pomoc, ich trudom błogosławieństwo. Nie najłatwiejszą prowadź ich drogą, ale najpiękniejszą. A jako prośby mej zadatek przyjmij jedyny mój klejnot: smutek: smutek i pracę".

J. Korczak - Pisma wybrane. T IV s.272 (Modlitwa wychowawcy)

 

• „Zreformować świat - to znaczy zreformować wychowanie..."
J. Korczak - Dzieła. T.6, s.166

• „Jesteśmy braćmi jednej ziemi. Wieki wspólnej doli i niedoli – długa wspólna droga- jedno słońce nam przyświeca”.

J. Korczak - Pisma wybrane. T. IV, s.2

 

• „Ale kocham Wisłę warszawską i oderwany od Warszawy odczuwam żrącą tęsknotę. Warszawa jest moja i ja jestem jej. Powiem więcej: jestem nią”.
J. Korczak - Pamiętnik W: Pisma wybrane. T. IV. Warszawa 1978

• „Gdy mi się życie bardziej da we znaki, gdy głębiej poczuję jego bolesne ukłucie, gdy żywiej dotknie mnie złość ludzka lub mocniej spadnie uderzenie losu- szukam dzieci. Wśród dzieci cierpienie maleje, przechodzi w zadumę, myśl znajduje ukojenie, serce żywiej bić zaczyna- marzenie spływa jak balsam na znużoną duszę”.

J. Korczak - Dzieci. W: Dzieła. T. 3, s.13

• „Trzeba się porozumieć, trzeba się pogodzić. I trzeba przebaczać. Często wystarczy przeczekać”.
J. Korczak - Pisma wybrane. T.I, s.420

• „Żadna książka, żaden lekarz nie zastąpią własnej czujnej myśli, własnego uważnego spostrzegania”.
J. Korczak - Pisma wybrane. T. I, s.82

• „Ludzie boją się śmierci, bo nie umieją cenić życia. Ludzie boją się śmierci, bo nie wiedzą, że tak przepyszne zjawisko, jak życie, może trwać tylko krótko, inaczej utraci swą wartość- i znuży”.

J. Korczak - Myśli, Warszawa 1987, s.31

 

• „Własne cierpienie przetopić na wiedzę dla siebie i radość dla innych, zagubić się dla swoich ambicji.-Niepowodzenia bolą wówczas więcej, ale nie znieprawiają. Nie łatwe i miłe życie a rzetelne w drobnych codziennych pracach”.
J. Korczak - Myśli, Warszawa 1987, s.34


• „Kto ucieka od historii, tego historia dogoni. Godność zachować w niedoli… ”

(Z odezwy Korczaka „Do Żydów !”)


• „Żegnamy tych wszystkich, którzy już odeszli
lub niezadługo odejdą, aby nie powrócić.
Żegnamy ich przed długą i daleką podróżą.
A imię tej Podróży - Życie.
Wiele razy myśleliśmy nad tym, jak żegnać,
jakich rad udzielić.
Niestety, słowa biedne są i słabe.
Nic wam nie dajemy.
Nie dajemy Boga, bo Go sami odszukać musicie
we własnej duszy, w samotnym wysiłku.
Nie dajemy Ojczyzny, bo ją odnaleźć musicie własna pracą serca i myśli.
Nie dajemy miłości człowieka, bo nie ma miłości bez przebaczenia,
a przebaczać - to mozół, to trud, który każdy sam musi podjąć
Dajemy wam jedno: Tęsknotę za lepszym życiem, którego nie ma, ale kiedyś będzie, za życiem Prawdy i Sprawiedliwości.
Może ta tęsknota doprowadzi was do Boga, Ojczyzny i Miłości.
Żegnajcie, nie zapominajcie”.

(Tymi słowami żegnał Janusz Korczak wychowanków Domu Sierot opuszczających zakład w 1919 r.)

 


(podpis Janusza Korczaka)

System wychowawczy


Dziecko ma prawo
Do bycia tym, kim jest,
Do życia własnym wysiłkiem i własną myślą,
Do poważnego i sprawiedliwego traktowania jego spraw,
Do wypowiadania swoich myśli,
Do upominania się i żądania,
Do protestu,
Do zabawy i rozrywki,
Do własności,
Niepowodzeń i łez,
Oraz do szacunku dla niewiedzy, dla smutku, i dla młodego wysiłku i ufności


Janusz Korczak

 

Janusz Korczak był prekursorem walki o prawa dziecka. Uznawał dziecko za pełnowartościowego człowieka od chwili narodzin poprzez kolejne etapy jego życia. Każdy ma prawo być sobą. Swoje poglądy wychowawcze formułował w licznych artykułach i pracach pedagogicznych, m.in. „Jak kochać dziecko”, „Prawo dziecka do szacunku”, „Momenty wychowawcze”, „Prawidła życia”, „Pedagogika żartobliwa”.
Wychowanie, według Korczak to przede wszystkim opieka, obrona, obowiązek ochrony dzieci przed niedomaganiami otaczającego świata. Zwracał uwagę na brak jasnego podziału pomiędzy wychowaniem a opieką. Główny cel w systemie wychowawczym Korczka to dążenie do samowychowania. Był przeciwnikiem systemu wychowawczego opartego na przymusie i sztywnych zasadach, surowej dyscyplinie, wykluczał kary cielesne. Według Korczaka wychowanie miało być twórczym procesem polegającym na ustawicznym poszukiwaniu własnych skutecznych form i metod.
Korczak proponował system zachęty wobec dziecka, przy tym kierował się podstawowymi zasadami pedagogicznymi:

  • współzarządzaniem - polegającym na wprowadzeniu Rady Samorządowej, Sądu Koleżeńskiego i Sejmu Domu Sierot, przez te instytucje dziecięce Korczak dał dzieciom prawo do porozumiewania się z dorosłymi w celu ustalania wspólnych zasad normujących życie w Domu,
  • współgospodarzeniem - polegającym na samoobsłudze wychowanków poprzez system dyżurów, który funkcjonował w Domu Sierot,
  • oddziaływaniem opinii społecznej - przejawiało się ono w przemyśleniach, komu jaki dyżur powierzyć, w plebiscytach życzliwości, wyrokach sadowych.


Janusz Korczak nowatorski system wychowawczy zastosował we własnej praktyce wychowawczej w Domu Sierot, w Naszym Domu i na koloniach letnich. Jego techniki wychowawcze to, m.in.: samokontrola, samoocena.

 

Korczakowskie metody wychowawcze:
  • sąd koleżeński z kodeksem przebaczenia. Kodeks stanowił „kamień węgielny” wychowania Korczaka. Sąd miał przezwyciężać negatywne sposoby zachowania dzieci oraz dążyć do ich korekty, a także inspirować dzieci,
  • rada samorządowa zajmowała się zaspokajaniem potrzeb współmieszkańców w związku z zgłoszonymi prośbami, petycjami, regulowała współpracę dzieci z dorosłymi,
  • sejm dziecięcy - najważniejsza instytucja samorządu dziecięcego, jego zadaniem było: potwierdzanie lub odrzucanie praw ustanowionych przez radę samorządową, podejmowanie decyzji w sprawie świąt i ważnych wydarzeń w domu,
  • plebiscyt życzliwości i niechęci (+ oznaczał „lubię”, - oznaczał „nie lubię”, 0 – „jest mi obojętny”) stosowany wśród wychowanków,
  • tablica do porozumiewania się z dziećmi, na której umieszczano wszelkie zawiadomienia, ogłoszenia, zarządzenia. Zmuszała wychowawcę do obmyślenia każdego przedsięwzięcia, chroniła przed pochopnymi ustnymi decyzjami, a dzieci uczyła cierpliwości w oczekiwaniu na decyzje,
  • gazetka dziecięca „Mały Przegląd” uczyła planowej pracy, śmiałości w wypowiadaniu swych przekonań,
  • system dyżurów dzieci obejmował: pracę nad utrzymaniem czystości, pracę w kuchni, pomoc słabszym itp
  • „szafa” znalezionych rzeczy, do której trafiały takie rzeczy jak np. „książka znaleziona na stole”,
  • sklepik wydający o określonej porze pewne przedmioty bezpłatnie,
  • skrzynka na listy, do której dzieci wrzucały listy z pytaniami, prośbami, skargami.


Istotną rolę w systemie wychowawczym Korczaka spełniał opiekun - wychowawca. Dobry wychowawca musi najpierw poznać siebie, zanim zechce poznać dzieci. Powinien odznaczać się pracowitością, ciągłym i nieustannym poznawaniem dziecka oraz wczuwać się w jego świat. Winien w praktyce realizować prawo dziecka do bycia dzieckiem, prawo dziecka do szacunku. Podstawowe zadanie opiekuna-wychowawcy to wspieranie rozwoju wychowanka. Korczak czynił dzieci współodpowiedzialnymi za rezultat wychowania, stawiając ich na równi z dorosłymi. Podkreślał wzajemny wpływ dziecka i dorosłego na siebie. Zwracał uwagę na ważną rolę rodziców w procesie wychowawczym, apelował do nich o większe zainteresowanie się przeżyciami własnych dzieci.
Nasz Dom i Dom Sierot dzięki nowatorskim metodom wychowawczym stały się prawdziwymi domami dla dziecka osieroconego i opuszczonego. Zastępował mu dom rodzinny. System wychowawczy Korczaka znalazł zastosowanie w Polsce, w Izraelu i wielu innych krajach. Sam Korczak stał się pionierem i twórcą nowego kierunku w pedagogice opiekuńczej.


Bibliografia:

  1. W. Okoń, Wizerunki sławnych pedagogów polskich, Warszawa 1993.
  2. M. Falkowska, Myśl pedagogiczna Janusz Korczak – Nowe źródła, Warszawa 1983.
  3. A. Szlązakowa, Janusz Korczak w legendzie poetyckiej, Warszawa 1992.