Oddział Muzeum Regionalnego w Siedlcach

Audioprzewodnik

Audioprzewodnik
“Obóz Zagłady Treblinka II”

KOMUNIKAT PRASOWY

 

Skopje, Marzec, 2016

 

 

KOMUNIKAT PRASOWY

 

W niedzielę, 3-go kwietnia 2016 o 12.00 zostanie otwarta wystawa "DEPORTACJI ŻYDÓW Z MACEDONII DO TREBLINKI 1943" w Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince.

Otwarcie wystawy organizowane jest przez Centrum Holocaustu Żydów z Macedonii, Ambasadę Republiki Macedonii w Warszawie oraz Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince.

Wystawa poświęcona jest 7.144 Żydom z Macedonii, którzy zostali zamordowani w nazistowskim obozie zagłady Treblinka, w okupowanej wtedy Polsce.  Te 7.144 Żydów stanowiło w tym czasie 98% ludności żydowskiej w Macedonii. Jest to najwyższy odsetek w historii Holokaustu.

Czytaj więcej...

Frekwencja zwiedzających, ankieta

FREKWENCJA ZWIEDZAJĄCYCH
MUZEUM WALKI I MĘCZEŃSTWA W TREBLINCE
NA PODSTAWIE SPRAWOZDAŃ ROCZNYCH

 

2017

Indywidualnie

19 364

Zbiorowo (wycieczki)

45 501

Ogółem

65 865

 

 

 

 

 

 


 

 

2014 rok

Indywidualnie

6 176

Zbiorowo (wycieczki)

36 641

Ogółem

42 817

Stronę internetową Muzeum odwiedziło:  

 

2013 rok

Indywidualnie

18 336

Zbiorowo (wycieczki)

32 596

Ogółem

50 932

Stronę internetową Muzeum odwiedziło:  

 

2012 rok

Indywidualnie

10 883

Zbiorowo (wycieczki)

40 779

Ogółem

51 682

Stronę internetową Muzeum odwiedziło:  16 608

2011 rok

Indywidualnie

16 075

Zbiorowo (wycieczki)

30 605

Ogółem

46 680

Stronę internetową Muzeum odwiedziło:  29 551

2010 rok

Indywidualnie

12 797

Zbiorowo (wycieczki)

36 818

Ogółem

49 615

2009 rok

Indywidualnie

14 747

Zbiorowo (wycieczki)

31 937

Ogółem

46 684

2008 rok

Indywidualnie

17 562

Zbiorowo (wycieczki)

28 310

Ogółem

45 872

2007 rok

Indywidualnie 24 566
Zbiorowo (wycieczki) 35 211
Ogółem 59 777
2006 rok
Indywidualnie 13 491
Zbiorowo 26 878
Ogółem 40 369

2005 rok

 
Indywidualnie 9 078
Zbiorowo 33 715

Ogółem

42 793

 

 

 


Analiza ankiety

W dniach 3- 31 maja 2009 r. w Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince została przeprowadzona ankieta na temat: Motywy przyjazdu turystów do miejsc martyrologii. Ankietę wypełniło 50 osób. Została  opracowała  przez Ewelinę Grzybowską, studentkę Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego w ramach pracy magisterskiej.

 Analiza pytań zamieszczone w ankiecie:

1) Płeć badanych osób:
a. Kobieta - 24
b. Mężczyzna - 26

2) Miejsce zamieszkania badanych osób:
a. Wieś - 30
b. Miasto do 50 tys. mieszkańców - 12
c. Miasto powyżej 50 tys. mieszkańców- 8

3) Wiek badanych osób:
a. poniżej 18 lat - 16
b. 18 – 30 lat - 11
c. 30 – 60 lat - 18
d. powyżej 60 lat - 5

4) Wykształcenie badanych osób:
a. podstawowe - 18
b. zasadnicze zawodowe - 5
c. średnie - 14
d. wyższe - 13

5) Źródeł wiedzy o Muzeum w Treblince?
a. Telewizja, radio, prasa - 14
b. Szkoła - 20
c. Rodzina, znajomi - 17
d. Internet - 15
e. Inne - 2

6) Dostępność informacji dotyczące Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince
a. Bardzo dobrze - 4
b. Dobrze - 22
c. Dostatecznie - 13
d. Niedostatecznie - 11

7) Co było motywem przyjazdu do Treblinki?
a. Chęć zwiedzenia Muzeum - 30
b. Własne zainteresowania - 2
c. Przypadkowa wizyta - 22
d. Pogłębienie wiedzy na temat Holocaustu - 8
e. Oddanie hołdu zamordowanym w Treblince - 12
f. Inne – 3

8) Czy formy upamiętnienia na terenie byłego obozu zagłady w Treblince są:
a. Wystarczające - 45
b. Niewystarczające - 5

9) Czy informacje uzyskane w Treblince na temat byłego obozu zagłady są:
a. Wystarczające - 43
b. Niewystarczające -
7

 


Elektorniczna Ankieta

Ankieta  na stronie muzeum  dostępna bya w dnich 28.12. 2009 r. - 20. 02. 2010 r. Kwestionariusz  pytań  został opracowany przez Justynę Bakiewicz w ramach badań  akademickich dla Uniwersytetu  w  Edinburgu.

1.Czy jest Pan/ Pani mieszkańcem Treblinki ?
Tak (Przejdź do pytania 3)
Nie

2.Proszę zaznaczyć do jakiej grupy wiekowej się Pan/Pani kwalifikuje?
18-  34
35-  54
55-  75 
75 +

3.Jaki jest poziom Pana/Pani edukacji?
Uniwersytet
Wyższa szkoła zawodowa
Szkoła zawodowa
Liceum
Szkoła Podstawowa

4.Płeć
Kobieta
Meżczyzna


5.Jeśli nie jest Pan/ Pani mieszkańcem to skąd Pan/Pani pochodzi  i  co zachęciło Pana/Panią do przyjazdu?

Zwiedzanie Muzeum
Zakupy
Wizyta u rodziny
Wizyta w interesach
Wakacje
Inne)
6.Czy był Pan/Pani już wcześniej w Muzeum w Treblince?

Tak
Nie (Przejdż do pytania 8)

7.Jeśli tak to ile razy?

8.Czy wcześniej zwiedzał Pan/Pani inne Muzeum o tematyce Holokaustu?.
Tak
Nie
9.Jeśli tak to które?


10.Czy uczęszczał Pan/Pani na kursy edukacyjne związane z tematyką Holokaustu ?
Tak
Nie (proszę przejść do pytania 13)

11.Jeśli tak to jakie proszę wybrać?
Wykład
Seminarium
Filmy dokumentalne
Organizowane kursy
Inne

12.Co zachęciło Pana/Panią do odwiedzenia  Muzeum w Treblince?
Edukacja
Pamięć
Eksponaty
Ciekawość
Inne


13.Proszę wyjaśnić w jaki sposób powyższe powody wpłynęły na decyzje o odwiedzeniu  Muzeum?

Edukacja
Pamięć
Eksponaty
Ciekawość
Inne


14.Jak Pan/ Pani dowiedział się o Muzeum w Treblince?
Od rodziny/znajomych
Z gazety
Z przewodnika turystycznego
Ze strony internetowej Muzeum w Treblince
Z telewizji
Z radia
Inne
 
15.Czy któreś z poniższych powodów miał wpływ na Pana/Pani decyzje do odwiedzenia Muzeum w Treblince?
Rodzina/przyjaciele
Telewizja
Filmy
Dokumenty
Artykuły
Książki
Inne

16.Czy któraś/eś z wystaw lub eksponatów wywarło na Pana/Panią większe wrażenie niż pozostałe?


17.Czy jeśli istnieją jakieś inne powody którymi chciałby się Pan/Pani podzielić dla których odwiedził Pan/Pani Muzeum ?

 Analiza elektronicznej ankiety przeprowadzonej przez Justynę Bakiewicz na stronie muzeum

Image


Muzeum

Informacja dla osób planujących wizytę w Muzeum

Zwiedzanie odbywa się codziennie w godzinach: 9.00 - 18.30

W święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia muzeum nieczynne.

 

 

 • Zaleca się, by teren byłych obozów zwiedzały osoby, które ukończyły 14 lat.

• W miejscu pamięci należy zachowywać się z powagą i szacunkiem.
• Na terenie Muzeum obowiązuje zakaz: wprowadzania psów, palenia papierosów, jedzenia lodów oraz zbierania grzybów.

Palenie zniczy ze względów ppoż. odbywa się w miejscach wyznaczonych.

Prosimy o wpłaty w wysokości 6 zł od osoby. Opłata ta upoważnia do skorzystania z parkingu, toalety .
• Fotografowanie i filmowanie w celach turystycznych jest bezpłatne. W innych przypadkach wymagane jest wcześniejsze zezwolenie Dyrektora Muzeum.

 

• Grupy i osoby indywidualne mogą zwiedzać miejsce pamięci samodzielnie lub z przewodnikiem po wcześniejszym zgłoszeniu.
• Zwiedzający mogą oddać hołd ofiarom obozu (składanie kwiatów, zapalanie zniczy, organizowanie ceremonii).

SPRAWOZDANIA Z DZIAŁALNOŚCIU MUZEUM

 

- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2017 rok

- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2017 rok (I półrocze)
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2016 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2015 rok

- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2014 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2013 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2012 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2011 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2010 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2009 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2008 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2007 rok
- Sprawozdanie z działalności Muzeum za 2006 rok

 

Wystawa w Muzeum:

 

 
 

Wiersze o Treblince

Władysław Szlengel

MAŁA STACJA TREBLINKI


Na szlaku Tłuszcz - Warszawa
z dworca Warschau-Ost
wyjeżdza się szynami
i jedzie się wprost...

I podróż trwa czasami
pięć godzin i trzy ćwierci,
a czasem trwa ta jazda
całe życie aż do śmierci...

A stacja jest maleńka
i rosną trzy choinki,
i napis jest zwyczajny:
tu stacja Treblinki.

I nie ma nawet kasy
ani bagażowego,
za milion nie dostaniesz
biletu powrotnego...

Nie czeka nikt na stacji
i nikt nie macha chustką,
i cisza tylko wisi,
i wita głuchą pustką.

I milczy słup stacyjny,
i milczą trzy choinki,
i milczy czarny napis,
że... stacja Treblinki.

I tylko wisi z dawna
(reklama w każdym razie)
zniszczony stary napis:
"Gotujcie na gazie."

 


Władysław Szlengel

JU
Ż CZAS

Już czas! Czas!
Długoś nas dniem obrachunku straszył!
Mamy już dosyć modlitw i pokut.
Dzisiaj Ty staniesz przed sądem naszym
I będziesz czekał pokornie wyroku.
Rzucim Ci w serce potężnym kamieniem
Bluźniercze, straszne, krwawe oskarżenie.
- Ostrzem toporu, brzeszczotem szabel
Wedrze się w niebo jak wieża Babel
I Ty, tam w górze, wielki skazaniec,
Tam w międzygwiezdnej straszliwej ciszy,
Ty każde słowo nasze usłyszysz,
Jak Cię oskarża naród wybraniec,
- Nie ma zapłaty, nie ma zapłaty !!!
To, ześ nas kiedyś dawnymi laty,
Wywiódł z Egiptu do naszej ziemi,
To nic nie zmieni ! To nic nie zmieni !
Teraz Ci tego już nie przebaczym,
że Tyś nas wydał w ręce siepaczy -
Za to, że w czasie tysiącoleci
Byliśmy Tobie jak wierne dzieci.
Z Twoim imieniem każdy z nas konał
W cyrkach cezarów, w cyrku Nerona.
Na krzyżach Rzymian, stosach Hiszpanii
Bici i lżeni, poniewierani.
A Tyś nas wydał w ręce Kozakom,
Co rwali w strzępy Twój święty zakon.
Za męki getta, widma szubienic
My upodleni, my umęczeni -
Za śmierć w Treblince, zgięci pod batem,
Damy zapłatę !! Damy zapłatę !!
- Teraz nie ujdziesz już swego końca !
Gdy Cię sprowadzim na miejsce kaźni,
100-dolarowym złotym krążkiem słońca
Ty nie przekupisz wartownika łaźni.
I kiedy kat Cię popędzi i zmusi,
Zagna i wepchnie w komorę parową,
Zamknie za Tobą hermetyczne wieka,
Gorącą parą zacznie dusić, dusić,
I będziesz krzyczał, będziesz chciał uciekać -
Kiedy się skończą już konania męki,
Zawloką, wrzucą, tam potwornym dołem
Wyrwą Ci gwiazdy - złote zęby z szczęki -
A potem spalą.
I będziesz popiołem.
                                   Warszawa, getto, grudzień 1942

 


Halina Birenbaum

JEDŹCIE DO TREBLINKI

Jedźcie do Treblinki
Otwórzcie oczy szeroko
Wyostrzcie słuch
Wstrzymajcie oddech
wsłuchajcie się w głosy wydobywające się tam
spod każdego ziarenka ziemi –

jedźcie do Treblinki
Oni czekają na was, spragnieni głosu waszego życia
znaku waszego istnienia, kroku waszych nóg
ludzkiego spojrzenia
rozumiejącego, pamiętającego
powiewu miłości na Ich prochy –

jedźcie do Treblinki
z własnej, wolnej woli
jedźcie do Treblinki w potędze bólu nad okropnościami
tu dokonanymi
z głębi zrozumienia i serca, które płacze, nie godzi się
wysłuchajcie Ich tam wszystkimi zmysłami

jedźcie do Treblinki
opowie wam tam cisza zielona, złotawa lub biała
niezliczone opowieści
o życiu wzbronionym, niemożliwym – odebranym


jedźcie do Treblinki
spójrzcie, jak czas tam stanął
grzmiące milczenie umarłych
kamieni na model ludzkich postaci w tej głuszy
jedźcie do Treblinki odczuć to przez chwilę –

jedźcie do Treblinki
zasadzić kwiat gorącą łzą, westchnieniem ludzkim
przy jednym z kamieni upamiętnienia zgładzonych
ich popiołami i prochem

Oni czekają na was w Treblince
byście przyszli, wysłuchli ich opowieści unoszących się
w tej ciszy
przynieście Im za każdym razem
wieść o trwaniu waszego życia wtedy zabronionego
o miłości ożywiającej

jedźcie do Treblinki poprzez wszystkie pokolenia
nie zostawiajcie Ich samotnych –

 

 

 


 

Halina Birenbaum

 

MÓJ OJCIEC

 

Ojciec czytał nam wspaniałe pieśni
Ze starych ksiąg
Wypełniony wzruszeniem i podniosłością
Przekazywał nam ich piękno

Wtedy nie rozumiałam ich treści
Ale ojca przejęcie i zachwyt
wchłaniałam

Ojciec tłumaczył nam znaczenie świąt
Czytał legendy o poświęceniu Chany
Cudzie Hanukah
o bezgranicznym oddaniu wierze –

Nie bardzo rozumiałam
Obca była mi nawet mowa
Jego żarliwych modlitw

Ale kochałam wzruszenie Ojca
Wyraz twarzy – blask w jego oczach
Gdy czytał lub modlił się
Do dziś żyje we mnie ten obraz

Gdy bombardowano we Wrześniu Warszawę
Ojciec niemal płakał w swej niemocy
Nasz dom wtedy się spalił
W Wielki Dzień Sądu żydowski Jom Kipur

Wybiegliśmy na płonącą ulicę
Ojciec mocno ściskał moją rękę
Wpatrywał się we mnie rozpaczliwie
Jakby usprawiedliwiając się...

Zapamiętałam jego spojrzenie z Tamtych dni
W getcie modlił się więcej niż dawniej
Szukał ratunku w Bogu
Porzucanym przez wielu pośród okropności

Pierwszy raz widziałam go płaczącego jak dziecko
Na wieść o śmierci dziadka w Białej Podlaskiej
Ojciec miał wtedy czterdzieści kilka lat...
I odtąd modlił się jeszcze częściej –

Ludzie w getcie puchli z głodu
Umierali na ulicach – my jeszcze mieliśmy chleb
Uczyliśmy się nawet w "kompletach"  
[1]
Z książek pozostałych po pożodze...

Kilka teatrów nadal grywało w getcie
Mój starszy brat zdobył raz bilety
W Feminie wystawiano Księżniczkę Czardasza
Ojciec nie wybaczył – nie mógł pojąć

Jak można pójść do teatru gdy zwłoki
Gdy umierający zalegają ulice?!
Nie rozumiałam, nie słuchałam jego głosu
Do dziś jego słowa i głos dźwięczą mi w uszach –

Ojciec mówił że nie wolno sprzeciwiać się rozkazom
Wspominał straszną nazwę-karę: Auschwitz ...
W swej naiwności nie doceniał morderczych planów
Nazistowskich niemieckich okupantów!

Matka miała przeciwne zdanie –
Ojciec kochał pieśniami, modlitwami
Rozpaczą wobec grozy
Matka zmaganiem lub godzeniem się z losem

Ojca posłusznego Bogu i ludziom zabili w Treblince
Walczącą i na przemian godzącą się z losem Matkę
Zabili i spalili na Majdanku
Czy kiedyś naprawdę Oni byli? Miałam ich?

Ich obraz wyziera z moich oczu wraz z ich męką
Poprzez moje oczy Oni uśmiechają się, płaczą
Prowadzą mnie po moich wszystkich drogach
Żyją – póki moje oczy na zawsze się nie zamkną

 

24. 08. 2003

 


Halina Birenbaum
 

JESIEŃ W TREBLINCE 

w Treblince już jesień
liście opadły zniknęła zieleń
cisza deszcz wiatr
niebo grozi albo może tylko płacze
kałuże na ziemi
która jest prochem ciał tutaj
spalonych –
drzewa przyglądają się kamieniom-pomnikom
tak samo bezradnym i nagim jak one
- byłam tam
latem w czasie kwitnienia
zdrętwiała na polu kamieni
pośród zielonych traw i drzew
a teraz jestem daleka
słyszę stamtąd szarą jesień
wracam
widzę twarze odbite
w kałużach
 
1986


 Halina Birenbaum

STRACH    


Wszystko czego doświadczyłam w życiu
było trudniejsze, niebezpieczniejsze i gorsze
od tego przed czym drży każdy człowiek,
a przecież potrafiłam przetrwać
więc czego bać się jeszcze?
nie ma dziś komór gazowych
śmierć głodowa nie zagląda mi w oczy
ani śmierć od katorżniczej pracy
bicia mrozu
to już jest poza mną, minęło
 
tylko ów strach pozostał
paraliżujący zmysły skurcz serca
zimny pot na czole
ciężkie zdrętwiałe nogi
chęć nieprzytomnej ucieczki
bezsilnego daremnego szukania ratunku
dławi gnębi gna
nigdzie nie daje wytchnienia
nigdzie nie pozwala czuć się swobodnie
skuwa jak w kajdany nie daje być sobą
nakazuje czuwać nasłuchiwać bronić się
przed światłem i przed nocą
przed obelgą złym słowem złym spojrzeniem
przed nieżyczliwym uśmiechem
bólem śmiercią
- nie wiem czego boję się bardziej
bólu czy śmierci
nieprzyjaźni nietrwałości uczuć ludzkich
istnienia ludzkiego?
wszak śmierć nie boli ona wyzwala
a ból jest życiem –
ale wyrzucić z pamięci przeszłość
niepodobna
niemożliwe zapomnieć cierpienia
 
nie chciałam i nie chcę kiedykolwiek
nie być
jednak
kiedy ten strach skuwa serce
życie traci sens, ciąży
- więc muszę wyzbyć się strachu
przed nim się tylko bronić!
 
25 grudnia 1968

 


TREBLINKA

Pamięci  zamordowanych  w Treblince  ofiar Holocaustu,

  pochodzących  z  mojego rodzinnego  miasta, Skarżyska--Kamiennej

Piotr Jan Nasiołkowski


Majster z Niemiec przybył tutaj, by rozniecić las płomieni
Nie zgaszonych krwią, ni łzami.., zaklętymi w tłum kamieni
Przywiezionych ze ścian płaczu, przez nienawiść rozbijanych
Wieczny kadisz zawodzących -  wśród popiołów zapomnianych
Siedem ramion Twej menory... nie utuli zawstydzenia
Trójcy krzyży  zaskoczonej, że… zabrakło jej cierpienia,
Przerażonej losem duszy – gdzieś.., na torach zabłąkanej…
Przez ten pociąg z gwiezdnym pyłem - ciemną nocą rozjechanej...
Siedem ramion Twej menory, nie obejmie mego strachu
Zbudzonego rozsypaniem.., szarej barwy garstki piachu…
 


 

Gdzie Przenocować

Noclegi w okolicach naszego muzeum (w odległości do 40 km)

 

 

Miasto i gmina
Sokołów Podlaski:
Pokoje Gościnne Martex
Telefon: 069 206-69-42 [centrum info.]
Adres: Spokojna 13, 08-300 Sokołów Podlaski

Gmina
Sokołów Podlaski:

POKOJE NOCLEGOWE RETRO
Telefon:
603 329 188, 603 255 703
Adres: Szkolna 13, 08-300 Skibniew
Miasto i gmina Węgrów:

Agroturystyka Pod Puszczykiem
Telefon: 025 793-22-05
Tel. komórkowy: 0888 16-84-37
Adres: Grygrów 24, 07-104 Stoczek
www: www.podpuszczykiem.emeteor.pl


Hotel - Kemping Nad Liwcem**
Telefon: 025 792-26-68
Tel. komórkowy: 0602 67-28-19
Faks: 025 792-26-68
Adres: Żeromskiego 24, 07-100 Węgrów


Hotel Everest
Telefon: 025 792-64-16
Adres: Stefana Żeromskiego 21, 07-100 Węgrów
www: www.everest-ikar.emeteor.pl

Hotel Krasnodębski**
Telefon: 066 245-27-70 [centrum info.]
Adres: Gdańska 80, 07-100 Węgrów
Gmina Łochów: Pałac Łochów
Centrum Konferencyjno-Wypoczynkowe

Telefon: 025 675-11-14
Tel. komórkowy: 0509 57-33-06
Faks: 025 675-11-14
Adres: Marii Konopnickiej 1, 07-130 Łochów
1. www: www.palaclochow.pl
 
Gmina Małkinia Górna:

Zajazd Pod Sosnami
Telefon: 029 74-55-565
Adres: Nurska 23 07-320 Małkinia Górna
www: www.zajazdpodsosnami.pl

Miasto i gmina Brok:

Ośrodek Agroturystyczny BINDUGA
Telefon: 029 745-79-06
Adres: Przystań 2, 07-306 Brok
www: www.binduga.emeteor.pl


Ośrodek Wypoczynkowy Rzemieślnik
Telefon: 029 745-70-39
Faks: 029 745-70-39
Adres: Brzostowa 28, 07-306 Brok
www: www.owrzemieslnik.emeteor.pl

Dom Wczasowy Nadrzecze
Telefon: 029 745-70-11
Tel. komórkowy: 0604 40-47-13
Faks: 029 745-70-11
Adres: Brzostowa 5, 07-306 Brok
1. www: www.nadrzecze.pl
2. www: www.dwnadrzecze.emeteor.pl

Ośrodek Wypoczynkowy Meliorant
Telefon: 060 677-96-57 [centrum info.]
Adres: Brzostowa 1, 07-306 Brok
Miasto i gmina Ostrów Mazowiecka:

Zajazd Skalny
Telefon: 029 745-25-80
Faks: 029 745-25-80
Adres: Warszawska 85, 07-300 Ostrów Mazowiecka
1. www: www.zajazdskalny.fdf.pl
2. www: www.zajazdskalny.emeteor.pl


Hotel Akacjowa
Telefon: 029 644-11-97
Adres: Akacjowa 4, 07-300 Ostrów Mazowiecka
www: www.hotel.ostrowmaz.com

Motel Mazowiecki
Telefon: 066 258-96-94 [centrum info.]
Adres: Warszawska 106, 07-300 Ostrów Mazowiecka
www: 
www.zajazdmazowiecki.pl
Usługi Hotelowe "17"
Zbigniew Banaszek
Telefon: 601 610 344, 793 007 117
tel/fax: (29) 745-12-77

Adres: ul. Lubiejewsja 158, 07-300 Ostrów Mazowiecka
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www: www.uslugihotelowe17.pl
Miasto Ciechanowiec

 

Hotel Nowodwory w Ciechanowcu 

 
Telefon: 608518879
tel:  (86) 277-10-88; (86) 277-11-44

fax:(86) 277 28-99
Adres: ul. Pałacowa 7, 18-230 Ciechanowiec

e-mailTen adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www: www.hotelnowodwory.pl

www:  www.facebook.com/nowodwory

 

Zofia Lipecka

Zofia Lipecka urodzona w Łęczycy pod Łodzią mieszka i pracuje w Paryżu od 1975 r. W latach 1990, po studiach historii sztuki na Sorbonie i malarstwa w paryskiej Akademii Sztuk Pięknych, tworzy za pomocą luster instalacje optyczne, m.in. serię Microespaces1. Jest to jakby współczesna, karykaturalna wersja estetyki nazistowskiej. W 2003 r. po przeczytaniu książki Jana-Tomasza Grossa Sąsiedzi i odkryciu udziału Polakow w Zagładzie, Lipecka zastanawia się nad swoją polską tożsamością i tworzy "przestrzeń pozbawionych złudzeń" - wideoinstalację Po Jedwabnem2. W 2009 r. realizuje cykl fotomontaży i wideo Intérieur Témoin3, przedstawiający kobietę żyjącą w plastikowym świecie pozbawionym historii. Począwszy od 2004 r. artystka realizuje work in progress - Projekt Treblinka4: co roku jeździ do Treblinki, fotografuje wjazd do wsi, w miejscu gdzie zajduje się tablica z jej nazwą, następnie maluje fotorealistyczny obraz. Równolegle do tego projektu Zofia Lipecka porusza problem pamięci Zagłady w cyklu malarskim Okolice Treblinki.5

 

 


Zofia Lipecka miała wystawy indywidualne m.in. w Muzeum Quesnel-Morinière w Coutances (2013), w Zachęcie w Warszawie (2008), w Maison des Arts w Malakoff (2010, 2002), oraz w Muzeum Sztuki w Łodzi (1991). Brała udział w wystawach m.in. Kolekcji FRAC Alsace w Sélestat (2010), w Hôtel des Arts w Toulonie (2004), w biennale Sélest'Art w Sélestat (2003) i w CREDAC w Ivry-sur-Seine (1998).

 Link do cyklu Projekt Treblinka:
http://www.zofialipecka.fr/pages/apres/Treblinka.html

Bibliografia  na stronie: www.zofialipecka.fr

Zginęli pomagając sąsiadom

Zginęli pomagając sąsiadom. Teraz nikt o tym nie pamięta.

Historia rodziny Proczków z Dąbrowy (gm. Łaskarzew), którzy zginęli za ukrywanie Żydów.

 

Image
Tomasz Proczek (podoficer armii carskiej jako sanitariusz wraz z żona- zdjęcie z ok. 1910 roku. Fot. ARCH. MB
 

Nikt dokładnie nie policzył, i najprawdopodobniej nigdy nie policzy, ilu Polaków zginęło z rąk okupantów za ratowanie Żydów. Według szacunkowych danych było to nie mniej niż kilka tysięcy zamordowanych Polaków.

 

Pomoc Żydom, nie ograniczała się tylko do żywności, ubrań, lekarstw, ale też do ukrywania w miejscach bezpiecznych. To właśnie ten rodzaj pomocy, był obarczony olbrzymim ryzykiem. W przypadku ukrywania Żydów każdej osobie oraz jego rodzinie groziła kara śmierci. Nie było mowy o jakimkolwiek sądzie, znalezienie ukrywanych Żydów oznaczało egzekucję całej rodziny. Jedna z takich historii wydarzyła się we wsi Dąbrowa.

 

Makabryczna zbrodnia
W Łaskarzewie oraz jego okolicach przed 1 września 1939 roku żyło kilka tysięcy Żydów. Okres wojny przeżyło kilkunastu, może kilkudziesięciu. W zasadzie spotkało to całą społeczność żydowską zamieszkującą przedwojenną Polskę.


9 grudnia 1942 roku w wiosce Dąbrowa w okolicach Łaskarzewa doszło do jedynego znanego w całym powiecie garwolińskim mordu na polskiej rodzinie, która ukrywała Żydów. Postępowanie Niemców, można rzec, było standardowe. Kilkunastu żandarmów (plus ewentualnie kilku funkcjonariuszy gestapo) otoczyło zagrodę Tomasza Proczka. Następnie dokonali egzekucji jego i jego rodziny. W gospodarstwie znaleźli dwóch Żydów ukrywanych przez rodzinę Proczków, którzy zostali zastrzeleni podczas ucieczki.


Rodzina Proczków składała się z siedmiu osób. Był to Tomasz Proczek, urodzony w 1874 r., jego małżonka – Jadwiga Proczek, urodzona w 1886 r., najstarsza córka Marianna Sięńska(z domu Proczek, ur. 1914 r.), Natalia (ur. w 1920 r.), syn Stanisław (ur. w 1923 roku) oraz najmłodsza córka Aleksandra, która miała wówczas 12 lat. Był jeszcze najstarszy syn Jan, który miał już własną rodzinę i mieszkał w oddzielnym domu, ale na tym samym gospodarstwie.


Niemcy, wkraczając do ich domu zamordowali piątkę z nich, a mianowicie: Tomasza, Jadwigę, Mariannę, Natalię oraz Stanisława. Najmłodsza córka, Aleksandra, ocalała tylko dlatego, bo przebywała u sąsiedniej rodziny Nowotniaków. Ze wspomnień jedynej ocalałej, wynika że Niemcy zastrzelili rodzinę Proczków na podwórku. Zwłoki pozostawiono tam, gdzie zostali zastrzeleni członkowie rodziny. Według relacji, syna Jana Proczka, Mieczysława, który jako małoletnie dziecko widział śmierć swojego dziadka i rodziny, Niemcy zrabowali buty zabitemu Stanisławowi. Niemcy ograbili gospodarstwo Proczków ze wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość.

 

Rodzinny sekret
Po opuszczeniu wsi przez Niemców ciała rodziny zostały poznoszone przez sąsiadów do stodoły. Córce Aleksandrze, wówczas 12 letniej dziewczynce, nie pozwolono oglądać tej zbrodni. Pochówkiem zwłok zajął się syn Jan, którego uratowało to, że mieszkał w oddzielnym domu. Zwłoki spoczęły na cmentarzu parafialnym w Łaskarzewie.


Oprócz zamordowanej rodziny Proczków zostali również zamordowani dwaj Żydzi. Nie wiadomo o nich właściwie nic oprócz tego, że pochodzili z Łaskarzewa i byli szewcami. Wiadomo też, że znali się z rodziną Proczków jeszcze przed wojną. To ile czasu byli ukrywani oraz ich tożsamość, prawdopodobnie nigdy nie zostanie ustalone z prostej przyczyny – im mniej osób wiedziało, tym bezpieczniej dla ukrywających i ukrywanych. Prawdopodobnie o ukrywaniu Żydów wiedzieli tylko najstarsi z rodziny. Dzieci lepiej było nie wtajemniczać w tego typu sprawy. Jak było to ważne i przestrzegane, niech świadczy fakt, że nawet córka Aleksandra nie wiedziała nic o takiej sytuacji.


Dla obrazu całej sytuacji, należy wspomnieć, że z końcem września rozpoczęła się likwidacja getta w Łaskarzewie. Miejscem zagłady był obóz koncentracyjny w Treblince, ale co najmniej kilkudziesięciu Żydów zginęło na terenie miasta i w pobliskich lasach.


Zapewne Ci dwaj Żydzi ukrywani przez rodzinę Proczków, byli uciekinierami z getta lub, co również jest prawdopodobne, znaleźli się tam wcześniej. Mogli się także ukrywać w lesie, ale prawdopodobnie na okres zimy Tomasz Proczek udzielił im schronienia. Jak było dokładnie, raczej nie dowiemy się już nigdy. Świadkowie, którzy mogliby cokolwiek powiedzieć już nie żyją.

 

Wspomnienia ocalałej
Wedle pisemnej relacji pani Aleksandry Sroka (z domu Proczek): „Jeden Żyd uciekając w kierunku gajówki do lasu został zabity i tam pochowany przez sołtysa, sąsiada Górkę. Natomiast drugi Żyd uciekał w kierunku majątku dziedzica Uścieniec i tam został pochowany”.


Szczątki ich prawdopodobnie znajdują się tam, gdzie zostali zastrzeleni i pochowani do dnia dzisiejszego. Wątpliwe jest raczej, aby ktokolwiek odważył się wykopywać ich w czasie wojny, zresztą pochówek z powodu zniszczenia nie mógł odbyć się na kirkucie. Po wojnie, taka akcja również mogła wzbudzić zainteresowanie władz komunistycznych. Ekshumacji nie przeprowadzono.


Należy sobie też odpowiedzieć skąd Niemcy wiedzieli o ukrywaniu Żydów. Przyjechali w sposób zorganizowany do konkretnej osoby, na konkretny adres z samego rana. Mało prawdopodobne jest, że obserwowali okolice i przypadkowo odkryli Żydów. W większości tego typu przypadków, był to niestety donos. Widać był on dla Niemców na tyle prawdopodobny, że przyjechali i znaleźli ukrywanych Żydów. Być może zrobił to ktoś, komu zależało na pieniądzach i poświęcił życie siedmiu niewinnych osób za biblijną garść srebrników. Prawdy raczej już nigdy nie poznamy.

Warto pamiętać
Powojenne losy rzuciły Jana Proczka oraz jego rodzinę wraz z siostrą Aleksandrą na Pomorze. Nie zapomnieli oni jednak o tragedii, która ich spotkała. Jan Proczek wraz ze swoją siostrą Aleksandrą, postawili swoim rodzicom oraz rodzeństwu pomnik na cmentarzu parafialnym w Łaskarzewie.


Niestety pomnik na cmentarzu parafialnym jest jedyna pamiątką po tej rodzinie. Mimo upływu tyle lat nie została należycie uczczona pamięć o polskiej rodzinie, która zginęła tylko dlatego, że pomagała swoim sąsiadom. Niewątpliwie należało by powziąć działania zmierzające do upamiętnienia tego bohaterskiego czynu w sposób nawet symboliczny.


Bardzo ważne jest, aby oprócz upamiętnienia rodziny Proczków dokonać ekshumacji i pochówku Żydów, którzy zostali zastrzeleni podczas ucieczki. Do dnia dzisiejszego zamiast na kirkucie, spoczywają w miejscach, w których zostali zastrzeleni.


W dobie wmawiania i oskarżania Polaków o antysemityzm oraz kolaborację z wrogiem publiczne przywrócenie pamięci o ludziach, którzy za pomoc Żydom zostali zamordowani mogłoby pomóc w budowaniu wizerunku Polski i Polaków.

MICHAŁ BOŻEK, Życie Siedleckie, nr 6 z dn. 6 lutego 2009

Rodzina Karczmarczyków


RODZINA KARCZMARCZYKÓW
 

 

Ewa Karczmarczyk
 

 

Dom Karczmarczyków 1935 r. Brzózka

 

Tadeusz Karczmarczyk
 

Tadeusz Karczmarczyk

Medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata przyznany rodzinie Karczmarczyków

Dyplom honorowy przyznany rodzinie Karczmarczyków

Dyplom Honorowy przyznany rodzinie Karczmarczyków

                      


 

SPRAWIEDLIWY: Tadeusz Karczmarczyk

Urodził się w 1922 r.; syn Tomasza (zm. 1945) i Ewy (ur. 1889, zm. 1973). Brat Stefana (ur. 1915, zm. 1983), Bolesława (ur. 1926), Haliny i Stefanii.
Medal otrzymał w 1996 r. wraz z matką Ewą i dwoma braćmi – Bolesławem i nieżyjącym wówczas Stefanem.

Tadeusz Karczmarczyk to taki gatunek człowieka, który mentalnie nie poddaje się upływowi czasu – zachował pogodne i bystre spojrzenie, żartuje i nie stara się martwić, czym nie potrzeba. Choć zbliża się do dziewięćdziesiątki, wciąż jest sprawny i nie brak mu zapału. To te cechy pomogły dwudziestoletniemu Tadkowi ocalić życie kilkorga znajomych Żydów.

Pochodzi z rolniczej rodziny, która w latach 40. dysponowała dziewięciomorgowym gospodarstwem. Gospodarstwo nie było duże, ale jak opowiada Tadeusz jego rodzina nie cierpiała niedostatku – U kogo był przednówek, to był – u nas nie było przednówku.
Chleba wystarczyło też, aby podzielić się z potrzebującymi. Była nimi grupa Żydów, którzy stracili dobytek uciekając przed Niemcami do strefy okupowanej przez Sowietów. Po uderzeniu Niemiec na ZSRR ludzie ci zostali zakwaterowani w jednej z izb niewielkiego domu Karczmarczyków. Kiedy latem 1942 r. rozpoczęła się eksterminacja Żydów z pobliskiego Stoczka, Kosowa Lackiego i Węgrowa, gospodarze postanowili udzielić pomocy swym lokatorom – najpierw Tadeusz wyprowadził ich ze strzeżonego domu, potem wraz z innymi członkami rodziny ukrył w gospodarstwie.
Dwójkę – Chanę i Joska Szczupakiewiczów – Tadeusz Karczmarczyk polecił na służbę do zaprzyjaźnionych gospodarzy, ukrywając fakt, że są Żydami. Pomagając w gospodarstwach, doczekali końca wojny.  W gospodarstwie Karczmarczyków przetrwała matka Chany i Joska – Chaja oraz jej siostra Aida Wróblewicz (po mężu Midziński). Karczmarczykowie pomagali również Mosze Szczupakiewiczowi, mężowi Chaji i ich najmłodszemu dziecku – Srulkowi. Srulek doczekał końca wojny, ukrywany jako przybrane dziecko w okolicach Stoczka. Z pomocy korzystał również Chaim, krawiec z Kalisza, który został zamordowany na kilka tygodni przed wycofaniem się Niemców.
Po wojnie Tadeusz utrzymywał kontakty z ocalonymi, którzy przez pewien czas mieszkali w Ostrowi Mazowieckiej. Tam poznał swoją żonę Reginę, która wróciła ze zsyłki z okolic Woroneża. Pani Regina przez całe życie układała piosenki. W jednej z nich opowiada tragiczną historię zesłania.
Małżonkowie zamieszkali w Brzózce, w rodzinnym domu Tadeusza. Zajmowali się pracą na roli. Spośród osób, którym pomagała rodzina Tadeusza, żyje Aida, czyli jak zwali ją Karczmarczykowie – Irka oraz Srulek. Regina i Tadeusz pozostają w kontakcie listownym i telefonicznym z Aidą. Kilka listów napisał do nich również Srulek.


UKRYWANY: Aida Midziński

Aida Midziński (z d. Wróblewicz). Urodziła się w 1921 r. we wsi pod Ostrowią Mazowiecką. Tuż przed wojną jej rodzina mieszkała w Małkini. Tam w 1939 r. doświadczyła niemieckich porządków i postanowiła przedostać się na stronę sowiecką (okupacyjna granica sowiecko-niemiecka przebiegała w odległości kilku kilometrów od Małkini, pozostawiając ją po stronie niemieckiej). Ucieczka się udała, niemniej Niemcy ograbili uciekinierów z całego dobytku. Po 22 czerwca 1941 r. rodzina Aidy nie miała dokąd wracać. Rozpoczęła tułaczkę, aż w końcu trafiła do Karczmarczyków do wsi Brzózka.
Aidę nazywano wówczas Idką. Polacy zwracali się do niej Irka. U Karczmarczyków znalazła się wraz z siostrą Chają, jej mężem Mosze Szczupakiewiczem, trójką ich dzieci – Srulkiem, Chawą i Joskiem oraz ojcem Icchakiem. Prócz nich u Karczmarczyków schronienie znalazła czteroosobowa rodzina o nieznanym nazwisku, od imienia głowy rodziny zapamiętana jako „Majory”.
Podczas pobytu u Karczmarczyków Idka robiła swetry na drutach, czym w części zarabiała na swoje utrzymanie. Dyskretnie pomagała w gospodarstwie – przy żniwach, wykopkach. Tadeusz wystarał się dla niej o dokumenty. Dostał je od dziewczyny, która miała zostać wywieziona na roboty do Niemiec. Idki/Irki nie cechowały semickie rysy twarzy. Dzięki temu po wklejeniu zdjęcia oboje poruszali się dość śmiało po okolicy, kilkakrotnie będąc zatrzymywani przez patrole niemieckie.
Po wojnie wraz z innymi ocalałymi członkami rodziny Aida mieszkała przez pewien czas w Małkini. W późniejszym okresie przenieśli się do Ostrowi Mazowieckiej, gdzie mieszkało liczniejsze skupisko Żydów. Stamtąd wyjechała do Wrocławia, gdzie wyszła za mąż. Wraz z mężem wyjechała do Izraela. Pracowała tam jako pomoc apteczna. Ma dwoje dzieci, wnuki.

UKRYWANY: Chaja Szczupakiewicz

Starsza siostra Aidy. W momencie wybuchu wojny miała trójkę dzieci: Chawę, Joska i Srulka. Do Karczmarczyków trafiła wraz z nimi i mężem Mosze (stąd nazywana była „Mośkową”, a wszyscy członkowie jej rodziny „Mośkami”). Ukrywała się w Brzózce u Karczmarczyków.
Po wojnie wraz z Aidą i dwójką ocalałych dzieci zamieszkała w Małkini, a później w Ostrowi, gdzie zajmowała się handlem. Współpracowała z grupą Żydów, którzy przeżyli wojnę i skupowali płody rolne i zwierzęta rzeźne w okolicach, by potem odstawiać je do rzeźni do Warszawy. Były to prawdopodobnie dostawy dla wojska. Jak uważa Tadeusz Karczmarczyk naraziła się konkurentom na jarmarkach i w niedługim czasie została zastrzelona przez umundurowaną grupę, kiedy wracała z targu z Zambrowa.
Chaja zginęła w 1946 r. na oczach Tadeusza Karczmarczyka, który ratował jej życie w czasie wojny. Tym razem nie udało mu się jej ocalić. – Odkręca się nazad do Zambrowa. Dała dwa kroki – pach! Z tyłu w łeb dostała, w głowę. Łomot w rów i leży. A nam?! „– Odjazd! Wyśta wolne”.


UKRYWANY: Mosze (Mosiek) Szczupakiewicz

Mosiek, mąż Chaji, przed wojną zajmował się handlem. W Brzózce początkowo pomagał rzeźnikowi. Przebywał u Karczmarczyków. Od jego imienia wszystkich członków jego rodziny gospodarze nazywali „Mośkami”. Został schwytany wraz z najmłodszym synem i zabity przez Niemców w nieznanych okolicznościach.

UKRYWANY: Chawa Szczupakiewicz

Córka Chaji i Mosze. Tadeusz Karczmarczyk umieścił ją jako pomoc domową w gospodarstwie we wsi Wilczogęby. Nazywana tam była Hanką. Po wojnie, kiedy mieszkała wraz matką w Małkini, związała się ze stacjonującym tam sowieckim lotnikiem, z którym wyjechała w nieznane. O jej dalszych losach nic nie wiadomo. Wg informacji, które ma Aida, Chawa mogła po wojnie trafić do Brazylii.

UKRYWANY: Josek Szczupakiewicz

Syn Chaji i Mosze. Podobnie jak Chawa został polecony przez Tadeusza Karczmarczyka do pomocy w gospodarstwie. Jako Józek, polski chłopak, którego rodzina straciła wszystko w pożarze, również trafił do wsi Wilczogęby. Pomagał w gospodarstwie samotnej kobiety, której mąż nie wrócił z wojny. Przeżył wojnę, jednak wkrótce po niej zachorował na cukrzycę. Zmarł w 1947 r. w szpitalu w Warszawie.

UKRYWANY: Srulek Szczupakiewicz

Syn Chaji i Mosze. Kiedy wybuchła wojna miał trzy miesiące. Został schwytany wraz z ojcem i odstawiony do Stoczka. Karczmarczykowie długie lata byli przekonani, że nie żyje. Okazało się jednak, że kilkuletni Srulek został przygarnięty przez nieznane osoby i przeżył wojnę. Mieszka w USA. Z Karczmarczykami skontaktował się w l. 90. listownie.

UKRYWANY: Icchak Wróblewicz

Ojciec Aidy i Chaji, dziadek Chawy, Joska i Srulka Szczupakiewiczów. Nie przeżył wojny. Jego losy są nieznane.

UKRYWANY: Chaim

W pamięci Karczmarczyków pozostał jako krawiec z Kalisza. Nie znają jego personaliów. Prawdopodobnie uciekinier z transportu do Treblinki lub przesiedleniec, którego Niemcy tak jak i innych Żydów wysiedlili z rodzinnego miasta włączonego do Rzeszy. Ukrywał się w okolicach wsi Brzózka w lasach i po gospodarstwach, szyjąc odzież w zamian za pomoc. Wspierała go, dostarczając żywność i schronienie, rodzina Karczmarczyków. – Wpadał nocami – opowiada Tadeusz Karczmarczyk. – I wiele razy w tej piwnicy w alkierzu siedział, w stodole siedział.
Chaim, słysząc nadciągający front, postanowił ruszyć do rodzinnego miasta. Został zadenuncjowany na stacji kolejowej w Sadownem, pojmany i zabity przez Niemców.

HISTORIA:Historia ukrywania

Przez ok. rok, do lata 1942 r., rodzina Karczmarczyków ze wsi Brzózka kwaterowała dwie rodziny żydowskie: „Mośków” (Wróblewiczowie i Szczupakiewiczowie) i „Majorów”. Obie rodziny tułały się, nie mając się gdzie podziać. Przynajmniej jedna – Mośkowie – straciła mieszkanie, uciekając w 1939 r. na sowiecką stronę granicy. Po wejściu Niemców na tereny, które w okresie IX 1939 – VI 1941 pozostawały w okupacji sowieckiej, sytuacja tych ludzi się odmieniła i prawdopodobnie nie mieli dokąd wrócić.


Wg Tadeusza Karczmarczyka Żydzi zostali do nich skierowani przez urząd gminy w Stoczku (obecny powiat węgrowski, kilka kilometrów od Brzózki). Wspólne mieszkanie zbliżyło gospodarzy i ich żydowskich lokatorów. Kiedy więc Niemcy rozpoczęli planową akcję likwidacji Żydów, Karczmarczykowie postanowili pomóc. Rodzina „Majorów” uwierzyła obietnicy Niemców i opuściła wieś, udając się do getta w Kosowie, które wkrótce zlikwidowano. „Mośkowie” zostali w Brzóze.


Nie udało się ustalić losów najstarszego z rodziny „Mośków”, Icchaka Wróblewicza. Zapewne zginął, podobnie jak Mosze (Mosiek) Szczupakiewicz (zięć Wróblewicza), którego zastrzelono w Stoczku. Wówczas zaginął także kilkuletni syn Mośka Srulek. Przy życiu pozostała jego żona Chaja (córka Icchaka), dwójka jej dzieci – Chawa i Josek oraz siostra Chaji – Idka (Aida).


Rodzina Karczmarczyków też była dość liczna, siedmioosobowa. Ich niewielki drewniany dom stał nieco na uboczu, co pozwalało na pewną dyskrecję. Sama wieś natomiast – otoczona lasem – nie była zbyt często odwiedzana przez Niemców.


W rodzinie prym wiodła i decydowała matka, Ewa Karczmarczykowa. W przygotowanie kryjówek zaangażowali się najbardziej starsi synowie: Stefan i Tadeusz. W relacji przygotowanej dla Yad Vashem wylicza je Idka: pierwsza to było w małym pokoiku pod kufrem, druga kryjówka to była w kopcu, gdzie się przechowuje kartofle na zimę, co szczury skakali po mnie po głowie, trzecia kryjówka to była w szopie, gdzie przechowywali drewno na zimę, czwarta to była w stodole pod sianem, a jeszcze jedna to była na strychu.


Do dziś w domu Tadeusza Karczmarczyka zachowała się rzecz unikalna – wejście do pierwszej z kryjówek (patrz zdjęcia). Przygotowując ukrycie, Tadeusz wywiózł pięć furmanek ziemi wyrzucanej przez okno do ogródka. Mogła ona zmieścić osiem stojących osób. Dzięki niej Idka i Chaja ocaliły życie, kiedy dom przeszukiwali Niemcy. Podobna jama ziemna znajdowała się w stodole.


Sprytny i operatywny Tadeusz Karczmarczyk wystarał się dwojgu dzieciom Chaji – Joskowi i Chawie – o służbę w gospodarstwach we wsi Wilczogęby nad Bugiem. Przebywali tam jako Polacy do końca wojny. Byli odwiedzani przez Tadeusza, który wyprawiał się tam z Idką bądź z Chają.


Dopiero po wojnie okazało się, że wał, którym biegła droga do Wilczogąb, służył za kryjówkę kilku innym Żydom. Tadeusz cytuje słowa braci Kielmana i Joska, których poznał w Ostrowi: – To wyśta szli nam nad głowami, a my pod wałem mieszkali. My pod tym wałem bylim i kolacja była zawsze u Wycecha Zygmunta, u Stefana.


Tadeusz w czasie wojny miał zostać wywieziony na roboty. Przebywał już w obozie etapowym w Warszawie, skąd dzięki staraniom matki został zwolniony. Postanowił jednak nie marnować okazji i poprosił pewną dziewczynę, która nie miała tyle szczęścia, aby oddała mu swoje dokumenty: – A ten dowód to ci potrzebny?, zapytał. Opatrzył ausweis zdjęciem Idki i dzięki temu mógł się z nią w miarę swobodnie poruszać [plik_audio Poruszanie się z ukrywaną Żydówką, która miała fałszywe dokumenty].


W czasie wojny sąsiedzi domyślali się, że u Karczmarczyków przebywają Żydzi. Byli tacy, którzy chcieli ten fakt potwierdzić, jednak jak twierdzi Tadeusz – wieś była solidarna i nie wydało się. Urodzona po wojnie córka Tadeusza słyszała od starszych mieszkańców wsi słowa, którymi ostrzegano jej babkę, Ewę Karczmarczykową: – „Kaczmarcycko co robicie!” A babcia tylko oczy spuszczała w ziemię i szła dalej.


Chaja i Idka starały się pomagać Kaczmarczykom. – Na pole chodzili i kosilim zboże, one odbierały, wiązały snopki. A i kartofle kopali. I na polu wiele razy jak było ciepło, to nocowali – wspomina Tadeusz. Kobiety potrafiły zachowywać się na tyle pewnie, że Niemcy, którzy pewnego razu przejeżdżali przez wieś w poszukiwaniu Żydów nawet nie zwrócili na nie uwagi, gdy wraz z Ewą Karczmarczykową kopały kartofle.


Praca – pomoc w gospodarstwie i w robotach polowych, mielenie na żarnach, tkanie na krosnach, robienie swetrów i szycie – była jedyną formą zapłaty, jaką mieli do zaoferowania ukrywani. W podobnych sposób odpłacał się Chaim, krawiec, który prawdopodobnie wyskoczył z wagonu jadącego do Treblinki i ukrywał się w okolicach Brzózki. Obszywał gospodarzy, również Karczmarczyków – patrząc na kurtkę, którą uszył Tadeuszowi, jego praca musiała mieć powodzenie. Skrojona z fasonem kreacja, z oryginalnie uszytymi plecami, stanowiła sznyt ówczesnej mody.


W tym czasie Karczmarczykowie i Żydzi, którym udzielali pomocy, dobrze wiedzieli jaki los zgotowali „podludziom” Niemcy. Obóz zagłady w Treblince dzieliło od Brzózki kilkanaście kilometrów. – Jak cicho było, wiater z tamtej strony, wrzask, pisk było słychać, skamłanie ludzi. Krzyczeli: – Ratunku, ratunku, ratunku!


Chaim, który zdołał uchronić się przed śmiercią w komorach gazowych Treblinki, nie doczekał końca wojny. Krył się w różnych miejscach, również w zabudowaniach Kaczmarczyków, w dołach po ziemniakach, dokąd bracia Karczmarczykowie zanosili mu jedzenie. Latem 1944 r., słysząc odgłosy nadciągającego frontu, postanowił ruszyć do rodzinnego miasta. Jego nadzieja, że Niemcy są zaaferowani odwrotem i nie zwracają uwagi na Żydów, okazała się złudna. Na stacji kolejowej w Sadownem został zadenuncjowany i w efekcie dopadli go żołnierze. Torturowany, zdradził swoich opiekunów, podając nazwiska, szczegóły kryjówki pod domem i imiona dwóch Żydówek, które tam przebywały. Przed wyjazdem spotkał się z nimi i pożegnał, one wręczyły mu na drogę swoją fotografię.


Niemcy postanowili wykorzystać jego informacje. Doszło wówczas do najgroźniejszej sytuacji, jaka przytrafiła się Karczmarczykom. Wiele zawdzięczają przytomności umysłu sołtysa, któremu dwaj żołnierze rozkazali zaprowadzić się do domu wskazanego przed śmiercią przez Chaima. Sołtys głośnym stuknięciem drzwi zasygnalizował niebezpieczeństwo i celowo poprowadził Niemców do innej izby, dając tym samym czas na ukrycie się Chaji i Idce. Szybko ukryły się pod podłogą, a Ewa Karczmarczykowa zasunęła właz kufrem. Niemcy ostukując podłogę kolbami karabinów, skrzyni nie odsunęli.


Idka i Chaja przeżyły. Przeżyli także Karczmarczykowie.


Po wojnie Chaja, Idka, Josek i Chawa zamieszkali w Małkini. Chaja, szukając środków do życia, zaczęła handlować bimbrem, którego każdą ilość można było sprzedać sowieckim żołnierzom. Z jednym z nich związała się Chawa – razem wyjechali z Małkini, do dziś nie ma pewności co do jej losów. Pozostali członkowie rodziny przeprowadzili się do Ostrowi, gdzie mieszkała większa grupa Żydów. Chaja nadal zajmowała się handlem, teraz skupując głównie zwierzęta rzeźne i płody rolne. Prym w ocalałej grupie Żydów wiodło kilku mężczyzn, którzy sami obawiając się poruszać po terenie, zatrudniali w tym celu zaufanych Polaków, m.in. Tadeusza Karczmarczyka.


Obawy były uzasadnione, bowiem w 1946 r. Chaja Szczupakiewicz została zastrzelona. W następnym roku zmarł jej chory na cukrzycę syn Josek. Idka, która wówczas została sama, wyjechała z resztą Żydów z Ostrowi do Wrocławia. Tam wyszła za mąż i z mężem powędrowała do Izraela. Wiodła tam dość skromne życie. Z Karczmarczykami pozostała w kontakcie listownym.


W kilkadziesiąt lat po wojnie okazało się, że przeżył również Srulek. Odnalazł się w USA i również napisał list do Karczmarczyków. – Przysłał nam kilogram cukru, kaszy mannej kilo i chyba ryżu kilogram, on myślał, że i teraz taka bieda. I dziękuje, że się u nas przechował – relacjonuje Regina Karczmarczyk, żona Tadeusza.


Opracował: Rafał Zubkowicz (na podstawie wywiadu z Tadeuszem Karczmarczykiem, przeprowadzonego dla Muzeum Historii Żydów Polskich-www.jewishmuseum.org.pl)

 
 
 

Kazimierz Miłobędzki

Kazimierz Miłobędzki urodził się 10 października 1919 r. w Sokołowie Podlaskim. W 1938 roku rozpoczął pracę w Warszawie jako praktykant w Sądzie Grodzkim. Z chwilą wybuchu wojny zgodnie z zaleceniami władz ZHP powędrował na wschód z grupą harcerzy. Grupa ta miała dotrzeć do Włodawy i tam pełnić służbę pomocniczą. Do Włodawy grupa nie dotarła, a tylko do Chełma Lubelskiego, gdzie grupa pełniła różne funkcje pomocnicze. Z rozkazu władz harcerskich, gdy wojsko wycofało się z Chełma, wrócił do Sokołowa. Kiedy Niemcy wydali zarządzenie, że wszyscy mają stawić się w swoich miejscach pracy, pojechał do Warszawy. Ponieważ był jednym z najmłodszych pracowników sądu, nie został ponownie zatrudniony.


W kwietniu 1941 r. Kazimierz Miłobędzki wrócił do rodzinnego miasta. Od 1 lipca otrzymał pracę administratora rejonu w Komisarycznym Zarządzie Nieruchomości. Instytucja ta zajmowała się przede wszystkim nieruchomościami żydowskimi. Z tego też tytułu otrzymał przepustkę z Urzędu Pracy (Arbeitsamtu) do getta dzięki, której mógł swobodnie poruszać się po mieście i jeszcze prowadzić ze sobą pięciu Żydów. Jego biuro mieściło się w budynku przy ulicy Długiej, do którego było wejście od getta i dzielnicy polskiej. Do obowiązków Kazimierza Miłobędzkiego należało zbieranie komornego od wszystkich zamieszkałych, tak w getcie, jak i poza nim. W jego biurze pracowało dwoje Żydów: Perec Bocian - jako goniec i Gołda Hochberg.

Wykorzystał możliwość pomocy Żydom tak skutecznie, że jako jedyny sokołowianin otrzymał przyznany przez izraelski Instytut Pamięci „Yad Vashem” medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” w dniu 30 kwietnia 1999 roku.

Image
Kazimierz Miłobędzki z medalem

 

"Kto ratuje jedno życie jakby świat cały ratował”

Kazimierz Miłobędzki uratował od zagłady: kuzynkę doktora Holcera, Gołdę Hochberg i Perlę Morgensztern.
• Przed likwidacją getta zgłosił się do Miłobędzkiego dr Holcer z prośbą o wysłanie na tzw. „roboty” jego kuzynki, która pochodziła z Łodzi. Miała ona fałszywy dowód na nazwisko Korczak. Miłobędzki nie odmówił pomocy i odwiózł ją do Warszawy, a następnego dnia rano odprowadził na ul. Skaryszewską, gdzie był punkt zborny.
• Dzięki pomocy koleżanek z Urzędu Pracy, Kazimierz Miłobędzki załatwił wysłanie Gołdy Hochberg na roboty do Niemiec pod nazwiskiem Franciszki Drewicz. Pracowała ona w fabryce amunicji w Berlinie w dzielnicy Niederscheneweide Berlinerstrasse 24.
• Kolejną uratowaną osobą była Perla Morgensztern, wnuczka rabina sokołowskiego. Perla przyjaźniła się z żoną Jana Wronkowskiego, pracownika administracji samorządowej i sekretarza gminy Korczew. Należała ona do grupy roboczej w Szczeglacinie i będąc w obozie od czasu do czasu odwiedzała swoją przyjaciółkę Wronkowską, zamieszkałą w Korczewie. Pewnego dnia Perla zasiedziała się i przenocowała u Wronkowskich, dzięki czemu uniknęła ona śmierci, bo następnego dnia wymordowano całą czterystuosobową grupę żydowskich robotników w Szczeglacinie. Jan Wronkowski przekazał jej metrykę urodzenia na nazwisko Genowefa Głowacka, a Kazimierz Miłobędzki uzyskał skierowanie dla niej do pracy na terenie III Rzeszy.

Wszystkie trzy kobiety przeżyły wojnę. Po wojnie Gołda Hochberg i Perla Morgensztern wróciły do Sokołowa. Gołdą jako nieletnią zaopiekowała się Międzynarodowa Organizacja Żydowska i wysłała ją do Stanów Zjednoczonych. Perla zaś wyszła za mąż za ostatniego rabina z Siedlec, Newmana i również wyjechała do Stanów Zjednoczonych.


Ponadto należy dodać, iż Kazimierz Miłobędzki dostarczał chleb i produkty spożywcze grupie roboczej przeniesionej ze wsi Czerkwisko do Szczeglacina. Wspierał rodziny żydowskie w getcie także przez dostarczanie im artykułów żywnościowych szczególnie takich jak: ziemniaki, jarzyny, w miarę możliwości mleko dla dzieci. Było to możliwe ze względu na fakt, iż jego ojciec - Stanisław Miłobędzki posiadał gospodarstwo rolne.

Rada ds. Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata przy Instytucie Pamięci Narodowej „Yad Vashem" odznaczyła Kazimierza Miłobędzkiego medalem i dyplomem honorowym za bezinteresowną pomoc Żydom podczas II wojny światowej, a jego imię zostało uwiecznione na honorowej tablicy w parku Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata na Wzgórzu Pamięci w Jerozolimie. W tym miejscu warto przytoczyć słowa samego Kazimierza Miłobędzkiego, które wyjaśniają, na czym polegała jego bezinteresowną pomoc: „Nigdy nie liczyłem na żadną zapłatę. Wszystko spełniłem z czysto ludzkich pobudek”.

Image

W 1945 roku Kazimierz Miłobędzki brał aktywny udział w organizowaniu hufca w Sokołowie. Po zakończeniu wojny pracował jako kierownik Delegatury „Ruch” w Sokołowie, następnie w WZGS „Samopomoc Chłopska” w Warszawie i Sokołowie. Przeszedł wszystkie szczeble hufcowej hierarchii, uczestniczył też w harcerskich imprezach ogólnopolskich (m.in.: w Światowym Zlocie Harcerstwa Polskiego w Spale w 1938 r. i Światowym Zlocie Harcerstwa Polskiego w Gnieźnie w 2000 r.). Był członkiem Komendy Hufca, przez wiele lat przewodniczył Hufcowej Komisji Rewizyjnej, był członkiem Komisji Rewizyjnej Siedleckiej Chorągwi ZHP i Chorągwianej Komisji Historycznej. Jako sprawny organizator na wielu obozach pełnił funkcję kwatermistrza. 

 

Image
Kazimierz Miłobędzki na obozie harcerskim. Foto. ARCH. ZHP
w Sokołowie Podl.

 

Image
Kazimierz Miłobędzki wśród harcerzy w Sokołowie Podl. Fot. ARCH. ZHP w Sokołowie Podl.
 

17 lipca 2007 roku wieku 88 lat zmarł Kazimierz Miłobędzki, został pochowany na cmentarzu przy ulicy Chopina w Sokołowie Podlaskim.

 

Warto zobaczyć film dedykowany Kazimierzowi Miłobędzkiemu, który został nakręcony przez działającą w Sokołowie Podlaskim Fundację U Siebie. Film można zobaczyć na stronie internetowej: http://www.civispolonus.org.pl/mapa/mapa.html

 

 

 

Materiał został opracowany na podstawie:
1. Rodzina Miłobędzkich [w:] Sokołowskie biografie pod red. K. Matysiak, cz II, Sokołów Podlaski 2006, s. 87-89
2. K. Miłobędzki, Wspomnienia z getta w Sokołowie [w:], Biuletyn 15, Sokołów Podlaski 2003, s. 39-43
3. „Pieśń ujdzie cało…” Historia i legendy ziemi sokołowskiej, pod red. Wiesławy Kwiek, Sokołów Podlaski 2008, s.225
4. Informacji przesłanych przez panią Katarzynę Markusz z Sokołowa Podlaskiego

Alfreda i Bolesław

 
Alfreda i Bolesław Pietraszkowie
Odznaczeni Medalem Sprawiedliwi wśród Narodów Świata
25 września 2007 r.



Alfreda i Bolesław Pietraszkowie mieszkali we wsi Czekanów k. Sokołowa Podlaskiego, zarządzając dużym gospodarstwem należącym do Nadleśnictwa. Pani Alfreda była kobietą wykształconą, znała cztery języki obce. Jej znajomość języka niemieckiego uratowała wielu mieszkańców Czekanowa oraz przechowywanych Żydów. Pan Bolesław był człowiekiem poważnym, szanowanym przez otoczenie i wielkim patriotą. Wychował się w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Jego ojciec brał udział w powstaniu styczniowym w 1863 r. Oboje byli ludźmi prawymi, głęboko wierzącymi i miłującymi ojczyznę, dla których słowa – Bóg, Honor i Ojczyzna znaczyły bardzo wiele, miały pokrycie w ich codziennym życiu.
Pietraszkowie w latach 1942 - 1944 uratowali przed Zagładą 17 osób, ukrywając ich w swoim domu na skraju lasu.
Otóż, w 1942 r. we wrześniu wywożono Żydów z getta w Sokołowie do Treblinki i wtedy niektórzy z nich uciekli, jak rodzina Kopyto, najpierw do Repek, potem do Łuzek, a następnie do Pietraszków w Czekanowie i byli u nich do czasu wyzwolenia tego terenu spod okupacji hitlerowskiej latem 1944 r. Jak pisze Ben Zion Sela, jego rodzina uciekła z getta w Sterdyni mniej więcej w tym samym czasie.
Jednym z uratowanych był Ben Cjon Sela, który w 1941 r. jako mały chłopiec został przesiedlony wraz z rodziną do getta. Chcąc uniknąć wywiezienia do obozu zagłady w Treblince, jego rodzice postanowili uciec z getta, schronić się w lesie, a środki niezbędne do przeżycia zdobyć pracując dla chłopów z okolicznych wiosek. Matka Ben Cjona próbowała znaleźć schronienie dla swojego syna w klasztorze. Niestety odmówiono jej, ponieważ przyjęcie żydowskiego dziecka okazało się być obarczone zbyt dużym ryzykiem. Jednak przyjąć chłopca do własnego domu odważyła się Alfreda Pietraszek, u której jego matka pracowała jako krawcowa. Niedługo później schronienie u Pietraszków znalazła również cała rodzina Ben Cjona: od dziadka aż po jego pięcioro dzieci (Shmulak, Dawid, Hershel, Itshak, Matlas), także zięć Moshe Solarz (mąż Matlas) i jeden wnuk - Ben Zion Solarz. Na strychu stajni zbudowano specjalną kryjówkę, do której Alfreda i Bolesław przynosili jedzenie. O ukrytych Żydach u Pietraszków wiedzieli: Kazimierczuk, Piotrowski, Olszewski, Kocielnicka z Czekanowa, a z Łuzek: Miściorak i Przechodzeń.
Do dziś nad łóżkiem Ben Cjona wisi portret jego wybawców - Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, którzy bezinteresownie zdecydowali się ryzykować własne życie, aby pomóc innym.

Kolejnym przykładem bezinteresownej pomocy Pietraszków jest Shaul Kopyto, którego wraz z rodziną ukrywali na strychu. Pamiętał modlitwę „Ojcze nasz” i mówił tę modlitwę, której uczyła go Alfreda Pietraszek jako 4-letniego chłopca. W jego pamięci Pietraszkowie i ich służąca pozostaną cudownymi ludźmi.

Przez 2 lata u Pietraszków ukrywało się 18 osób, z których prawie wszyscy przeżyli wojnę. Byli to:
1. Hawa Przepiórkowa z dwojgiem dzieci,
2. Landerowa z córką Genią,
3. Józef Kopyto z żoną Perlą, synem Shaulem i drugim synem, który zmarł w czasie uciszania przez matkę poduszką podczas przeszukiwań niemieckich. Byli oni uciekinierami z getta sokołowskiego, którzy najpierw znaleźli na krótko pracę w majątku Dernałowiczów w Repkach, potem przez 2 tygodnie przebywali w dworze Tyborowskich w Łuzkach, ale tu nadzorcą majątku był Niemiec i było niebezpiecznie, więc schronienie dali im państwo Pietraszkowie.
4. Moshe Miedzyński, który wcześniej mieszkał w Łuzkach (wieś obok Czekanowa) i prowadził sklep spożywczy oraz dzierżawił sad owocowy od Pietraszków. W 1942 r. uciekł z getta w Sterdyni wraz z dziećmi Shmulakiem, Dawidem, Hershell, Itshakiem, Matlas i jej mężem Moshe Solarzem oraz ich synem Benkiem (w Izraelu - Ben Cjon Sela).

Dla Alfredy i Bolesława Pietraszków najważniejszy był człowiek i pomoc w obliczu zagrożenia. Życie Alfredy i Bolesława można podsumować sentencją: „Człowiek tyle jest wart, ile drugiemu może pomóc”.


Instytut Yad Vashem postanowił przyznać tytuł „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata" państwu ALFREDZIE i BOLESŁAWOWI PIETRASZKOM, którzy w latach 1942-1944 we wsi Czekanów k. Sokołowa Podlaskiego uratowali przed Zagładą 17 osób.
 

 


Materiał opracowany na podstawie:
Ks. H. Sączek, M. Snopek, L. Tabor - Czy ja bym na ich miejscu tak uczynić mógł?, Czekanów 2008
Przemówień z sesji popularnonaukowej z 21.09. 2008 r.
- Grażyny Panfil-Rogińskiej
- Jolanty Okulicz-Kozaryn
 


ALFREDA I BOLESŁAW PIETRASZKOWIE
WE WSPOMNIENIACH RODZINY
 

 Wspomnienie Jolanty Okulicz-Kozaryn, córki siostry Bolesława, Sabiny z domu Pietraszek

Z chwilą wybuchu wojny Pietraszkowie mieli 60 lat, byli bezdzietnym, zgodnym, religijnym małżeństwem, więc fakt przechowywania przez nich 18 osób nie był przypadkiem, brawurą, lecz świadomą decyzją dojrzałych ludzi.

Nasz wuj Bolesław Pietraszek wychował się w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Jego ojciec był powstańcem styczniowym. W 1863 r., gdy wybuchło powstanie, ojciec Bolesława - a nasz dziadek, miał 17 lat i nie jest to jedyny przypadek, gdy Pietraszkowie stawiali się na wezwanie Ojczyzny.
Antonina Alfreda z Kucharskich i Bolesław Pietraszek pobrali się 17.07.1920 roku. Mniej więcej w tym samym czasie jego młodszy brat Marian zaciągnął się na ochotnika do IV pułku strzelców podhalańskich. Zginął 22 września 1920 roku w wojnie polsko-bolszewickiej w bitwie pod Grodnem nad rzeką Indurą. Pośmiertnie za swe męstwo został odznaczony krzyżem Virtuti Militari.

Alfreda i Bolesław Pietraszkowie zamieszkali w majątku Czekanów pod Sokołowem Podlaskim. Majątek ten liczył 100 ha ziemi [Z uwag ks. H. Sączka opratych na wywiadach z mieszkańcami Czekanowa wynika, iż majątek Pietraszków liczył 45 ha-przypis MWiM w Treblince].

W czasie wojny wuj i wujenka przyjęli i przechowywali 18 osób pochodzenia żydowskiego, z czego uratowało się 17. Jedno niemowlę zmarło w tragicznych okolicznościach. Gdy Niemcy przyszli do majątku po kontyngent, Alfreda dobrze znająca język niemiecki pertraktowała z nimi, zastawiając drzwi do stodoły. W tym czasie ukrywający się w obawie przed wykryciem ich kryjówki uciszyli niemowlę - dziecko nie przeżyło. Fakt śmierci dziecka pamięta jeden z uratowanych, pan Szaul Kopyto, który miał wtedy 4 lata.
Na kryjówki przeznaczono we dworze stodołę, stajnię, strych i piwnice domu. Z relacji ocalonego Ben Cjona Seli wiemy, że przed opuszczeniem Polski wdzięczni za uratowanie życia chcieli obdarować Pietraszków złotem i biżuterią, oni jednak odmówili przyjęcia tego daru. Wujenka uważała, że te rzeczy powinni ze sobą zabrać do Izraela.

Po wyzwoleniu ocaleni napisali list do Rady Państwa z prośbą o pozostawienie ziemi małżeństwu Pietraszków, gdyż wiadomo już było o reformie rolnej. Majątek jednak został rozparcelowany, a Pietraszkowie otrzymali 5,25 ha ziemi, z czego utrzymywali się do śmierci.

Alfreda i Bolesław Pietraszkowie przeżyli 27 napadów rabunkowych. W okolicy znany był fakt przechowywania przez nich Żydów i spodziewano się, że posiadają złoto. Z powodu napadów musieli przenieść się do wsi Jabłonna Lacka, gdzie żyli do śmierci [Według informacji zgromadzonych przez ks. H. Sączka opartch na relacji mieszkańców Czekanowa i rodziny p. Żółkowskich, którzy opiekowali się Pietraszkami wynika, iż cały czas Pietraszkowie mieszkali w Czekanowie, gdzie zostali pochowani na miejscowym cmentarzu- przypis MWiM w Treblince].
Zmarli prawie jednocześnie w 1965 r. w wielkim niedostatku.

Miejscowość Czekanów i grób Pietraszków odwiedzili Szaul Kopyto z USA, który był przechowywany na strychu, oraz Ben Cjon Sela, który miał pół roku, gdy zamieszkał w stajni. Stajnia stoi do dziś, a stodoła jest nowa.

Przemówienie Jolanty Okulicz – Kozaryn z ceremonii nadania medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata Alfredzie i Bolesławowi Pietraszkom, 25.09.2007 r., Olsztyn


 Wspomnienie Grażyny Panfil – Rogińskiej, która wraz z matką Zofią głównie przyczyniła się do zachowania pamięci o Pietraszkach, pisząc w 1981 r. do Instytutu Yad Vashem.

Historię tę znałam od dziecka. Mama bardzo dbała, żeby jej nie zapomnieć, ale trudno było mi w nią uwierzyć. Jak można było przechowywać 18 osób przez kilka lat, codziennie ryzykując swoje życie? Nie mieściło się to w mojej głowie.

W 1998 roku odbyłam z mamą podróż do Czekanowa, oglądałam zabudowania. Rozmawiałyśmy też z człowiekiem, którego ojciec był pracownikiem fizycznym w majątku. Fakt przechowywania Żydów był mu znany, potwierdził też okoliczności śmierci niemowlęcia.

Teraz chcę powiedzieć o dwóch rozmowach telefonicznych, które odbyłam w ostatnich dniach.
Pierwszy zadzwonił Pan Szaul Kopyto z USA. Powiedział, że bardzo żałuje, że nie może być obecny na ceremonii osobiście. Mówił o tym, jak bardzo jest wdzięczny za uratowanie życia przez Alfredę i Bolesława Pietraszków. Przepraszał, że to odznaczenie jego wybawców - wspaniałych ludzi - jest dopiero teraz, ale po wojnie tak bardzo chciał o wszystkim zapomnieć. Po przyjeździe do Izraela byli bardzo biedni, ojciec jego zmarł, gdy miał 34 lata. On sam dostał się na studia do Ameryki. Mijały lata, a on nie mógł zapomnieć. Pamiętał modlitwę "Ojcze nasz" i mówił tę modlitwę, której uczyła go Alfreda Pietraszek jako 4-letniego chłopca. W końcu przyjechał do Polski, był tu również jego syn.

Drugi telefon był w przeddzień uroczystości. Dzwonił Pan Ben Cjon Sela z Izraela, który miał 6 miesięcy, gdy zamieszkał z matką w Czekanowie. Mówił o tym, że uciekli z getta w Łyskach, że Alfreda Pietraszek zapytała jego matkę, co będzie, jak skończą się prace w polu i sama zaproponowała, żeby ukryli się u nich w majątku [Według ks. H. Sączka: rodzina Miedzińskich, czyli dziadek i rodzeństwo matki Ben Zion Seli mieszkali przed wojną w Łuzkach.Stąd zostali przesiedleni do getta w Sterdyni, z którego następnie zbiegli - przypis MWiM w Treblince]. Wyrażał swoją wielką wdzięczność za uratowanie życia - bezinteresowne, bo Pietraszkowie nie przyjęli ofiarowanego im złota. Opowiedział o tym, że wszystko wie od swojej matki, obecnie 88-letniej, i napisał o tym do Instytutu 10 lat temu, ale nie przyniosło to rezultatu. Rok temu poważnie zachorował i ponownie napisał. Wtedy skojarzono jego historię z listem mojej mamy. Mówił również o tym, że całe życie "ma portret Alfredy i Bolesława nad swoją głową". Rozmowa była w języku angielskim i ja myślałam, że to przenośnia. Dopiero po przeczytaniu materiałów z Yad Vashem zorientowałam się, że nie jest to przenośnia - rzeczywiście nad jego łóżkiem wisi portret wybawców.

Fragment przemówienia Grażyny Panfil-Rogińskiej z ceremonii nadania medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata Alfredzie i Bolesławowi Pietraszkom, 25.09.2007 r., Olsztyn

 


W REGIONALNEJ PRASIE O PIETRASZKACH

Odznaczeni Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, teraz uhonorowani w rodzinnym Czekanowie


Pamiętają o Pietraszkach

Kiedy Alfreda i Bolesław Pietraszkowie z Czekanowa ryzykowali własnym życiem, żeby ratować osiemnastu uciekinierów z sokołowskiego getta, nie myśleli o prześladowaniach, jakie czekały na nich po wojnie. Nie spodziewali się także tego, że pośmiertnie zostaną odznaczeni Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Fenomen historii ludzi takich, jak oni polega na tym, że pomagali innym bezinteresownie. Właśnie dlatego mieszkańcy rodzinnego Czekanowa postanowili uczcić ich pamięć - najpierw odkryli ich historię na nowo, a potem zafundowali im tablicę pamiątkową.

Historię małżeństwa Pietraszków odkrył, podczas prac nad kroniką parafialną, proboszcz czekanowskiej parafii ks. Henryk Sączek. W poszukiwaniu informacji pomagały mu dwie kobiety mieszkające w Czekanowie: Maria Snopek i Ludwika Tabor [Według ks. H. Sączka: obie panie nigdy nie mieszkały w Czekanowie, lecz we Władysławowie (niedaleko Czekanowa), a od przeszło 50 lat mieszkają w Warszawie- przypis MWiM w Treblince]. Szukając świadków wydarzeń sprzed lat, ta trzyosobowa ekipa badaczy nawiązała kontakt z Żydami przetrzymywanymi przez państwa Pietraszków: Shaulem Kopyto mieszkającym w USA i Beni Selą z Izraela.

Zasługami Pietraszków jeszcze w 1981 roku próbowała zainteresować współczesnych siostrzenica Bolesława Pietraszka - Sabina Pietraszek [Według ks. H. Sączka: siostrzenicą Bolesława Pietraszka była Zofia Panfil, córka Sabiny Pietraszek-przypis MWiM w Treblince]. Jednak nie udało jej się zgromadzić dowodów w postaci zeznań świadków.

Historię postanowił opisać jeden z ocalałych Żydów - Ben Sela. To on w 1998 roku złożył wniosek o odznaczenie Pietraszków Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata do Yad Vashem (Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu w Izraelu).

HISTORIA JAK Z FILMU

Badania prowadzone przez księdza proboszcza i jego dwie pomocnice toczyły się niezależnie od działań Bena Seli. Kiedy trójka z Czekanowa nawiązała z nimi kontakt, ten udostępnił im nie tylko wiele nowych informacji, ale skontaktował też ze świadkami. To za pośrednictwem Bena Seli cała trójka została zaproszona do Olsztyna na uroczystość pośmiertnego odznaczenia Pietraszków Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Maria Snopek, Ludwika Tabor i ks. Henryk Sączek efekty swoich poszukiwań przelali na papier. Wszystko, czego się dowiedzieli, spisali w broszurce pt.: „Czy ja bym na ich miejscu tak uczynić mógł?"

Z materiału zgromadzonego przez kronikarzy wynika, że dom Pietraszków stał na skraju wsi. Z Pietraszkami mieszkała Adela Tchórznicka z Sabni oraz służąca Aleksandra Kokot i jej córka Olesia. Pietraszkowie byli bezdzietni. Kiedy wybuchła wojna, gospodarze byli już dojrzałymi ludźmi.

Żydzi przez dwa lata mieszkali w ich stodole, oborze i chlewikach.

W przygotowywaniu posiłków Pietraszkom pomagali sąsiedzi [Według informacji zgromadzonych przez ks. H. Sączka: posiłki przygotowywali sami Pietraszkowie, a mąkę na chleb dostarczała osoba o nazwisku Przychodzeń- przypis MWiM w Treblince]. Najpierw posiłki były przygotowywane w domu i jako karma dla zwierząt noszone w wiadrach, do zabudowań gospodarczych. Później, nie chcąc wzbudzać podejrzeń, Pietraszkowie zaczęli gotować posiłki dla Żydów w oborze. Wszystkie czynności, jak np. mycie i szycie ubrań, były wykonywane w nocy. Tylko wtedy i na krótko Żydzi mogli wychodzić na powietrze.

Wojny nie przeżyło tylko jedno dziecko. Jego matka nieumyślnie udusiła je poduszką, żeby nie płakało, kiedy w pobliżu przejeżdżał niemiecki patrol.

Żaden z mieszkańców wsi nie wydał Pietraszków. Po wojnie nie chcieli przyjąć pieniędzy ani prezentów od żadnej z osób, którym uratowali życie.

Po wojnie byli wielokrotnie napadani. Bandyci sądzili, że wzbogacili się na Żydach. Podczas jednej z napaści do ich domu ktoś wrzucił granat, który zranił pana Bolesława. Oboje zmarli w 1965 roku.

UHONOROWANI PO LATACH

Uroczystości poświęcone pamięci Pietraszków odbyły się w Czekanowie 21 września 2008 r. Rozpoczęły się od mszy, po której wszyscy uczestnicy obchodów przeszli pod tablicę pamiątkową poświęconą Pietraszkom. Na miejscu zebrała się cała wiejska społeczność. Uczennica lokalnej szkoły Agnieszka Połosa wyrecytowała wiersz Chaima Szefera „Sprawiedliwi świata”, a córka Józefy Żółkowskiej, która opiekowała się Pietraszkami przed śmiercią, złożyła kwiaty przed tablicą. Tablicę odsłonili: ks Henryk Sączek, wójt Jabłonny Lackiej Grzegorz Popowski oraz sołtys Czekanowa - Jarosław Siemieniak [Według ks. H. Sączka: to córka Józefy Żółkowskiej odsłoniła tablicę w towarzystwie ks. H. Sączka, p. G. Popowskiego - wójta gminy i p. J. Siemieniaka - sołtysa Czekanowa,a następnie siedem delegacji złożyło kwiaty pod tablicą- przypis MWiM w Treblince]. Tablicę poświęcił ks. infułat Eugeniusz Borowski. Drugą część obchodów, w budynku SP. zorganizowała dyrekcja szkoły, parafia i Sokołowskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne. O historii Pietraszków i Czekanowa opowiadali: Maria Snopek, ks. Henryk Sączek, Wanda Wierzchowska i wójt Grzegorz Popowski.

Tekst i zdjęcia. JUSTYNA PYCKA, Tygodnik Siedlecki Nr 41, z dn. 12.10. 2008

 

 Rozbieżność w zapisie imion i nazwisk wynika z transkrypcji angielskojęzycznej i polsokojęzycznej.

 Zdjęcia z uroczystosci w Czekanowie:

 

Pośmiertnie odznaczeni
Krzyżem Komandorskim Odrodzenia  Polski

Alfreda i Bolesław Pietraszkowie zostali pośmiertnie odznaczeni przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej prof. Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski za przechowanie siedemnastu Żydów w czasie okupacji niemieckiej w latach 1942-1944.

Odznaczenie z rąk  Pani Prezydentowej Marii Kaczyńskiej w dniu 9 lutego 2010 r.w Reszowie odebrali: Maria Snopek i ks. proboszcz Henryk Sączek — inicjatorzy i realizatorzy utrwalania pamięci o bohaterach Czekanowa. Uroczystość została zorganizowana przez Kancelarię Prezydenta RP., IPN Oddział w Rzeszowie oraz Urząd Marszałkowski W Rzeszowie pod hasłem „Ocalić od zapomnienia".

 

Antoni Tomczuk - więzień T1

ANTONI TOMCZUK

Wspomnienia z hitlerowskiego Karnego Obozu Pracy w Treblince

 

Część I

W dniu 10 czerwca 1943 r., o świcie, pomiędzy godziną 2:00 a 5:00 nad ranem, Niemcy otoczyli naszą wieś Sabnie i rozpoczęła się obława. Niemcy chodzili od domu do domu i wypędzali wszystkich mężczyzn pod gminę, wieś była szczelnie otoczona przez wojsko, a na ulicy ustawiono karabiny maszynowe. Tego ranka przypadkowo szedł do naszej wsi mieszkaniec Kolonii Stasin, Władysław Romańczuk. Hitlerowcy też go zatrzymali i dołączyli do naszej grupy. Przed gminą w obecności sołtysa i przestraszonych rodzin, zapakowano nas na ciężarówkę i pod eskortą odwieziono do Sokołowa Podlaskiego, gdzie wprowadzono nas do jakiegoś budynku. Czekaliśmy tam kilka godzin, było nas około 50-ciu, w tym jedna kobieta, która nie chciała opuścić męża. Wśród nas było jeszcze kilku przesiedleńców z województwa poznańskiego, którzy mieszkali w naszej wsi, a z którymi dzieliliśmy naszą wspólną niedolę. Byli to bardzo dobrzy ludzie. Ja się szczególnie zaprzyjaźniłem z Kazimierzem Wietrzyńskim, który pochodził ze wsi Borzykowo koło Wrześni. Niemcy zabrali również mojego kuzyna z Warszawy, Lucjana Rasińskiego, który w okresie wojny mieszkał razem z nami. Po kilku godzinach ponownie załadowano nas na ciężarówkę i pod eskortą wieziono. Nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Dowieziono nas na miejsce i po wyjściu z samochodu okazało się, że jesteśmy w Treblince. Nad bramą umieszczony był duży napis. Byliśmy w obozie. Na placu obozowym ustawili nas w szeregu i kazali wyłożyć wszystkie posiadane, nawet najdrobniejsze przedmioty, łącznie z tym, co dały nam matki na drogę. Odbywało się to w ten sposób, że jeden z Ukraińców rewidował, idąc z przodu, a Niemiec, jak dowiedziałem się później, był to Szwarc, szedł za nim z tyłu z nahajką zakończoną ołowiem. W pewnym momencie Ukrainiec znalazł u jednego z kolegów, starszego człowieka – Mosieja, w kieszonce dwa grosze. Ten człowiek nawet nie wiedział, że je tam ma. Ukrainiec wyciągnął pieniążek i pokazał Niemcowi, a ten z tyłu uderzył Mosieja nahajką przez głowę. Na jego twarzy ukazała się sina pręga i mieliśmy wrażenie, że strażnik wybił mu oko. Po rewizji przeczytano nam, że w razie ucieczki i ponownego złapania będziemy rozstrzelani. Taki los spotkał więźnia, którego złapano podczas próby ucieczki. Wieczorem widzieliśmy jak go przyprowadzono, a rano, idąc do pracy, zobaczyliśmy jego ciało, leżące przy bramie, na pokaz. Niemcy powiedzieli nam jeszcze, że po naszej ucieczce rozstrzelana zostanie cała rodzina i spalone zabudowania. Następnie zaprowadzono nas do baraku, gdzie mieszkaliśmy przez cały czas. Baraki stały w szeregu, były drewniane i kryte papą, wejście miały tylko jedno – ze szczytu od placu apelowego. Środkiem baraku biegł korytarz, cały spód był wybetonowany, po obu stronach korytarza stały drewniane piętrowe prycze do spania, spano na gołych deskach. Po pokazaniu baraku wypędzono nas ponownie na plac. Do wieczora było jeszcze ze dwie godziny, na początek kazano nam przenosić ziemię z miejsca na miejsce na drewnianych tragach, po czterech do tragi, co odbywało się pod nadzorem pijanych Ukraińców. Żeby na początek nas ujarzmić i zniewolić, męczono nas tak do wieczora.

 

Wyżywienie w obozie było straszne, każdy dzień podobny był do następnego. Szczególnie trudno przyzwyczaić się na początku. Kiedy chcieli, żebyśmy jak najszybciej opadli z sił, dawali nam posiłki, których nikt praktycznie nie jadł. Śniadanie było około godziny 6:00-7:00, składało się z miski zupy, brudnej słonej wody z dodatkiem jakichś otrąb bez najmniejszej kromki chleba. Po takim posiłku strasznie chciało się nam pić, ponieważ do picia niczego nie dostawaliśmy, więźniowie nie mieli czym ugasić pragnienia. W południe obiad – podobna porcja zupy z dodatkiem kartofla, często zgniłego, nieobranego, i z kłami. Wieczorem, przed zachodem słońca, kolacja - jedna kromka chleba, czasami z dodatkiem margaryny albo marmolady z buraków i płyn gorzki, przypominający kawę. W baraku naszym było dwóch kapo: Jóźwiak i Zajferd, odpowiedzialnych za porządek w baraku, brali też udział w zbiórkach apelowych rano i wieczorem, gdzie sprawdzano stan baraku. Kapo mieli nahajki, odnosili się hardo, a czasem bili nawet współwięźniów, sami nie pracowali, spali na wydzielonym miejscu na początku baraku, przy wejściu. W baraku, przy wejściu, wydzielono też miejsce na miski i łyżki, w których jedliśmy. Wszystkie posiłki spożywaliśmy na placu przed barakiem. Na terenie obozu przed barakiem znajdował się ustęp-latryna zadaszona, gdzie siadało się na żerdzi, załatwiając sprawy fizjologiczne. Jak zorientowałem się po krótkim czasie, cały obóz bardzo dobrze zorganizowano – na styl niemiecki. Cały obóz ogrodzony był podwójnym parkanem z drutu kolczastego o wysokości dwóch metrów, na rogach obozu dwie wieże obserwacyjne, oprócz tego posterunki przy bramach wjazdowych. Część obozu, przeznaczona do celów gospodarczych składała się z kilku baraków różnej wielkości. Następnie stał barak żydowski, następny nasz - dla Polaków i kolejny – kobiecy, dalej sortownia i inne. Nasz barak odgrodzony został od baraku żydowskiego i kobiecego płotem z drutu kolczastego. W obozie było też całe gospodarstwo rolne, na które składały się zabudowania stajenne. Hodowano w nich bydło, trzodę chlewną, owce i trzy pary koni do pracy w polu i transportu obozowego. Gnojówkę wywożono beczkowozem, ciągnął go mały koń – kuc. Oprócz tego znajdowały się też na terenie obozu mleczarnia i piekarnia oraz budynki administracyjne dla obsługi obozu dla Niemców i Ukraińców. Pamiętam, że obok mleczarni, obok przejścia do obory, w wybetonowanym małym baseniku, hodowano żółwia. Na terenie obozu wszystkie prace gospodarcze, takie jak: obsługa kuchni, warsztaty tkackie, szewskie, rymarskie oraz obsługę mleczarni oraz piekarni wykonywali mężczyźni żydowscy, ich żony i nawet dzieci osadzono poza terenem obozu na Kolonii Milewko, gdzie kobiety żydowskie prowadziły pralnię dla całej obsługi obozu. Czasem woziłem tam wozem konnym w kotłach posiłki dla tych kobiet z kuchni obozowej. Na niedzielę Żydzi obsługujący obóz dostawali przepustki do swoich żon na Milewku, skąd wracali wieczorem do obozu. Na początku swego pobytu w obozie pracowałem w środku obozu, wykonując różne prace w gospodarstwie rolnym. Niemcy na początku nie wypuszczali nas poza ogrodzony teren obozu, trwało to tydzień lub dwa. Po tej „kwarantannie” zaczęliśmy pracować w żwirowni przy załadunku żwiru na wagony. Do żwirowni doprowadzono kolej – tor kolejowy, którym lokomotywa wprowadzała wagony. Po napełnieniu gdzieś je wywożono.

 

Część II

Prace w żwirowni nadzorowali Ukraińcy, którzy chodzili po skarpach nad wyrobiskiem. Dla zabawy wołali czasem upatrzonego więźnia, Żyda i popychali go z góry na dół. Przy takim upadku nieszczęśnik łamał ręce i nogi. Praca w żwirowni była mordercza. Środek lata - skwar, żadnej wody do picia. Ludzie pracujący w żwirowni wyglądali jak kościotrupy: kości powleczone skórą. W żwirowni pracowałem około miesiąca. Oprócz załadunku ręcznego, koparko-ładowarką "Bagier", wkładano dodatkowo żwir na wagony. Do tej koparki, do chłodnicy silnika rolnicy ze wsi Guty dowozili wodę. Robili to po kolei z nakazu sołtysa. Pewnego razu wodę przywiózł jeden z mieszkańców Gut, Roman Ryciak, który pod siedzeniem na wozie miał w worku dla nas paczki od naszych rodzin (rodziny nasze robiły wszystko, żeby uzyskać jakieś kontakty i nam pomóc). Kiedy zobaczyliśmy, że Ryciak ma dla nas paczki, to szybko je rozszarpaliśmy. Widział to Niemiec i Ukrainiec. Za karę uwięziono Ryciaka w obozie, zabierając mu również konia - gniadą klacz. W tym czasie w gospodarstwie rolnym trwały normalne prace polowe, gdzie końmi pracowało w polu dwóch Żydów czeskich: Arun i Gustaw. Był też i trzeci Żyd, z powiatu sokołowskiego, który uciekł. Z tego powodu powstał problem - kogo by tu zatrudnić przy koniach. Niemiec, gospodarz - którego nazywano Roten Fir, radził się Gustawa i Aruna, kto by się nadawał do tej pracy. Żydzi wskazali mnie, bo czasem pomagałem im. Dostałem dwie klacze: kasztankę Bertę i gniadą, którą Niemcy zabrali Ryciakowi. Ta praca okazała się prawdziwym zrządzeniem losu. Mogłem wchodzić do obory, gdzie parowały się ziemniaki dla trzody i tam najeść się parowanych ziemniaków, a nawet przed wieczorem, kiedy odprowadzałem konie, to brałem je często w poły kurtki i nosiłem jeszcze kolegom do baraku. Cierpieliśmy tak straszliwy głód, że te ziemniaki stawały się prawdziwym rarytasem. Pewnego razu zauważył to Niemiec, gospodarz Roten Fir. Myślałem, że mnie tam zabije. Stałem nieruchomo i sądziłem, że to już koniec, ale on widząc mój lęk, powiedział tylko: - Polnisz essen, essen - miał on chyba jeden ludzką duszę wśród tych oprawców. Konie do pracy zawsze były karmione i ubierane przez Żydów, ja pracowałem nimi w polu: orałem, bronowałem, siałem zboże, zwoziłem ziemniaki do kopca oraz siano z łąk, z Wólki. W polu pracowaliśmy przeważnie zespołowo ale były też takie dni, że byłem tylko sam, bez nadzoru. Od strony Milewka, z daleka widziałem tylko kościół w Prostyni. Planowałem, żeby wyprząść konie i uciekać. Chciałem uciec do Gródka nad Bugiem, bo tam miałem kuzynów, ale jak pomyślałem, co mogą zrobić Niemcy z moją rodziną, to szybko zaprzestałem marzeń o ucieczce. U schyłku lata, po głównych żniwach, została jeszcze do wykoszenia gryka na polu pod Kolonią Socha. Pamiętam, że kilku z nas kosiło tę grykę, pole dochodziło od drogi do lasu. Na skraju lasu rosły jakieś grzyby zwiędnięte i wysuszone od słońca. Nie wiedziałem, jakie to były grzyby, ale pamiętam, że zjadłem trzy, a potem poczułem ogromne pragnienie. My, kośnicy ,dostawaliśmy do picia czarną kawę, zabieloną odtłuszczonym mlekiem. Wypiłem pół litra tej kawy, po czym straciłem przytomność. Do baraku zaciągnęli mnie koledzy, położyli na pryczy i na apel już nie wstałem, leżałem całą noc nieprzytomny. Z nami w baraku było dwóch aptekarzy. Koledzy poprosili ich, żeby mnie obejrzeli i powiedzieli, czy będę żył. Orzekli, że mam bardzo zdrowe serce i że jak do rana przeżyję, to chyba będę żył. Nad ranem miałem taki sen: śniło mi się, że jestem u siebie, w Sabniach i że śpię na strychu obory nad bydłem. Obudziłem się i dostałem torsji, wszystko zwymiotowałem i już rano popędzono mnie z innymi do roboty. W dniu 2 sierpnia 1943 r. pracowaliśmy na polu przy zbieraniu kamieni i nagle usłyszeliśmy strzały, wybuchy i zobaczyliśmy czarne dymy od strony Treblinki Nr II, z żydowskiego obozu zagłady. Pilnujący nas Ukrainiec polecił nam upaść twarzą do ziemi. Po pewnym czasie usłyszeliśmy obozowy dzwonek i zapędzono nas do obozu na plac przed nasz barak, gdzie leżeliśmy do wieczora twarzą do ziemi. Okazało się, że wybuchło to powstanie żydowskie. W czasie pobytu w obozie, kiedy wiatr wiał od obozu żydowskiego, czuć było słodki zapach palonych ludzkich ciał, co później widziałem na własne oczy. Przejeżdżając obok żydowskiego obozu po siano do Wólki zobaczyłem, jak paliły się ludzkie ciała, kości, piszczele i jak z tego specjalnym rynsztokiem ściekał tłuszcz ludzki do jakiegoś zbiornika.
Pewnego dnia orałem pole przy Kolonii Socha. Orało nas trzech, a druga grupa więźniów kryła stodołę słomą. Na Kolonii Socha mieszkał poznaniak, miał on dorosłą córkę. Nas było dwie grupy, pilnowało nas dwóch wachmanów Ukraińców. Potem przyszedł jeszcze główny Ukrainiec oberwachman i poprosił córkę gospodarza, żeby przyniosła wódki z Kosowa. Dziewczyna przyniosła wódki i Ukraińcy wypili, najwięcej wypił oberwachman i dostał szału - białej gorączki. Nie mógł sobie darować, komu on służy. W drodze do obozu strasznie się szarpał, a wachmani, mniej pijani, trzymali go na wozie. Ja w czasie tej szarpaniny spadłem z wozu i wracałem pieszo do obozu. Pamiętam także, jak w upalny gorący dzień w samo południe, jedliśmy obiad. Był to czerwiec albo początek lipca. Przyprowadzono od strony żwirowni, z kierunku od obozu zagłady dużą grupę Żydów. Był to prawdopodobnie ostatni transport Żydów z Getta Warszawskiego, mieli dużo kosztowności. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Kazali im siadać. Niemcy dali im kawy do picia, potem kazali im rozbierać się do bielizny i wszystko złożyć. Następnie powiedziano, że pójdą do łaźni, a potem wrócą. Przed odprowadzeniem Żydów do "łaźni" przyprowadzono Żyda, Ignaca, któremu pozwolono wybrać sobie Żydówkę za żonę i on wybrał sobie jakąś kobietę z dzieckiem. Następnie pognano ich z powrotem do obozu zagłady a ubrania i kosztowności po nich Niemcy nosili koszami wiklinowymi do sortowni. Po przejściu tych Żydów leżały na ziemi porwane i porozrzucane banknoty. Żydzi wiedzieli pewnie, że to ich ostatnia droga.

 

Część III

Po jakimś czasie w naszym obozie prawdopodobnie miał nastąpić bunt zorganizowany przez Żydów, którzy mieli dostęp praktycznie do wszystkiego, bo pracowali na wszystkich gospodarczych stanowiskach obozowych. Budując jakiś barak, mieli tam wykonać podwójny szczyt, gdzie ukryli karabin maszynowy i granaty. Podczas pewnego wieczoru, w czasie sprawdzania warty przez głównego Niemca, chcieli rozpocząć akcję zbrojną przeciwko Niemcom. Z niewiadomych nam przyczyn zostało to wykryte przez Niemców lub Ukraińców, w wyniku czego, tego samego dnia wieczorem, po kolacji wyprowadzono grupę Żydów razem z Ignacem, Arunem i innymi do lasu i tam ich rozstrzelano. Szczegółów tej egzekucji dokładnie nie znam. Na jesieni, po wykopkach, ściągałem bronami łęty ziemniaczane. Za nami szła grupa więźniów i strząsała te łęty, było to pod lasem Maliszewy. Pilnujący nas Ukrainiec położył się na dróżce twarzą do ziemi, więźniowie, którzy strząsali łęty, widząc że Ukrainiec leży, w mgnieniu oka uciekli do lasu, co zauważył wartownik z obserwatora i zaczął strzelać za nimi po lesie. Ja i inny więzień zajmujący się końmi nawet nie zorientowaliśmy się, że oni uciekli, a pilnujący wachman ocknął się dopiero, gdy usłyszał strzały. Było to w sobotę na wieczór, wróciliśmy do baraku i noc minęła spokojnie. Następnego dnia, w niedzielę, po obiedzie wpadli do naszego baraku Niemcy i Ukraińcy, krzycząc: – Ręce do góry! Wypędzili nas do następnego pustego baraku i tam nas rewidowali, rozbierając do naga. Czegoś szukali. Powiedzieli nam wcześniej, żeby wszystko wyłożyć, co ktoś posiada. U jednego z więźniów, Kluczyńskiego z Rogowa, znaleźli w kołnierzu kurtki zaszyte czterysta złotych i za to przewiesili go przez szczeble drabiny specjalnie ustawionej i bili go strasznie po plecach i krzyżu drewnianymi kijami tak, że wkrótce zsiniałe miał całe ciało. Po tym incydencie z Kluczyńskim bardzo się bałem, bo miałem w pole kurtki schowane sto złotych, których wcześniej nie zgłosiłem. Jednak szczęśliwie trafiłem na Niemca gospodarza, Roten Fira, który chyba mnie lubił, nie kazał mi się rozbierać i wcale mnie nie rewidował. Byłem jedynym w baraku, którego Niemcy nie zrewidowali.

Był taki okres, że część więźniów chodziła do roboty w kierunku Małkini, na budowę jakiegoś nasypu, chyba pod tor kolejowy. My to nazywaliśmy (nie wiem dlaczego) „Waser wał”. Grupa ta pracowała poza terenem obozu i pilnowana była przez Ukraińców i jednego Niemca. Podczas tych robót rodziny nasze robiły wszystko, żeby nam jakoś pomóc, szczególnie dostarczając żywność. Kontaktowali się z ludźmi, którzy mieszkali w pobliżu tego „Waserwału”. W jakiś sposób trzeba było najpierw przekupić Ukraińców, żeby móc podać jakieś paczki, ewentualnie pieniądze. W ten sposób pracujący tam więźniowie mogli się jakoś posilić i jeszcze od czasu do czasu udało się im przemycić coś do baraku. W grupie tych pracujących był pewien człowiek, którego nazwiska nie pamiętam, a pełnił funkcję grupowego. Ten człowiek często przynosił nam pieniądze od naszych rodzin z kartką, co i ile dla kogo. Pieniądze te przemycał w bucie, pod specjalnie oberwaną podeszwą. Pewnego razu Niemcy urządzili rewizję, nie wiem, czy była to przypadkowa, czy celowa rewizja, w każdym bądź razie zabrali wszystko, co nieśli do baraku, a u tego grupowego znaleźli pieniądze. Rozebrali go do naga i właśnie w podeszwie buta były te pieniądze. Tego człowieka tak za to zbili, że na całym ciele nie było widać białej plamki. Był on cały siny. Przeraził nas ten widok. Od tego czasu przemycanie stało się bardzo trudne, ale od czasu do czasu jeszcze ktoś coś przyniósł. Dużą pomoc więźniom okazywali też polscy kolejarze. Do nas, na żwirownię, przychodził koleją Stanisław Gawkowski, który opisywał napełniane żwirem wagony i on to właśnie też przynosił nam pieniądze. Za te otrzymane pieniądze które udało się komuś przemycić do baraku, mogliśmy kupić coś do zjedzenia od tych, którzy przynieśli jedzenie z „Waserwału”. Życie obozowe z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień stawało się coraz straszniejsze. Ogromny głód, wszawica, zbliżająca się jesień, nadchodziły deszcze i słoty. Spałem przez cały okres pobytu w obozie na gołych deskach, nigdy się nie rozbierając do snu. Spałem na piętrze łóżka, dach baraku miejscami przeciekał tak, że woda kapała czasem na głowę. Strasznie dokuczały nam wszy, które opanowały praktycznie całe ciało. Szczególnie dokuczliwe były wszy łonowe, kąsające podbrzusze, co niezwykle dokuczało. Niemcy, w obawie przed epidemią tyfusu, urządzili łaźnię parową do parowania odzieży i prysznice, z których korzystaliśmy może raz w miesiącu. Po takim odparowaniu przez pewien czas wszawica zmniejszała się, ale szybko wracała ze zdwojoną siłą. Niemcy bardzo bali się epidemii tyfusu brzusznego, jednak na jesieni wybuchła taka epidemia, która dziesiątkowała więźniów. Ludzie leżeli na pryczach strasznie gorączkując, majacząc. Załatwiali się pod siebie, umierali w cierpieniach. Kilku moich kolegów umarło tam na tą straszną chorobę. Ja jakoś szczęśliwie nie zachorowałem, a jadłem resztki jedzenia po tych chorych z ich misek. W tym czasie pojawiły się na moich nogach z powodu przeziębienia straszne wrzody, czyraki od kostek do kolan, które pękały i wyciekała z nich ropa. Nie mogłem chodzić, byłem dołączony do grupy chorych na tyfus w tylnej części baraku. Oprócz tego, w obozie nękały więźniów i inne choroby: krwawa dyzenteria, różne opuchlizny i wiele innych, których nazwy nawet nie znam. Nikt chorych nie leczył, jeżeli ktoś miał bardzo silny organizm, to jakoś się męczył i albo doczekał w tych męczarniach zwolnienia z obozu, albo umierał. Najstraszniejszy w obozie był jednak głód. Był w moim baraku więzień, na którego mówiono Ułan. Nie wiem, czy to było nazwisko, czy był to faktycznie ułan. Miał on długi staż obozowy, nosił na plecach szmaciany tornister, plecak, w którym trzymał jelita końskie z padłych koni, przywożonych do kuchni obozowej. W wolnych chwilach wyciągał koniec jelita z plecaka i żuł jak gumę. Był też taki przypadek, że do obozowej latryny wpadł zabłąkany kot, którego wyciągnięto, zdjęto skórę i zjedzono na surowo. Pomimo tak strasznego głodu były jeszcze i takie przypadki, że więźniowie, którzy palili papierosy, ostatnią kromkę chleba zamieniali na papierosy. Pamiętam też jeszcze taki przypadek w obozie, że pewnego razu przywieziono trzech mężczyzn – Cyganów, którzy chyba nie byli świadomi, gdzie się znajdują. Zaczęli oni uciekać. Niemcy strzelali do nich, jednego postrzelili, dwóch chyba zabili, po czym Niemiec podszedł do nich i deptał ich w kałuży wody.

W obozie była duża rotacja więźniów, ciągle kogoś wywożono, przywożono. Oprócz nas, ze wsi Sabnie, byli jeszcze ludzie z sąsiednich wsi: z Hołowienek, Koloni Hołowienki, z Rogowa, była też duża grupa mężczyzn z wielu innych okolic byłego powiatu Sokołów Podlaski i nie tylko. Byli tam również ludzie z innych stron Polski. Pamiętam jeszcze takie wydarzenie w obozie. Zdarzyło się to w czasie wykopek ziemniaków. Zwoziłem wozem żelaznym, dużą skrzynią, w dwa konie ziemniaki do kopca. W pobliżu obozu rósł zagajnik sosnowy, który Niemcy, nie wiadomo dlaczego, karczowali. Przy tej robocie pracowała spora grupa Żydów, którzy karczowali te drzewka i nosili na teren obozu, gdzie rąbało się drewno do palenia. Po tej pracy, kiedy przynieśli ostatnie drzewka i uporządkowali teren, każdego Żyda zabito uderzeniem drewnianej pałki w głowę. Zrobili to Ukraińcy. Mnie w tym czasie, kiedy wysypałem z wozu kartofle do kopca, Niemiec polecił, żebym podjechał po tych pomordowanych Żydów. Podjechałem i dwóch Żydów rzucało trupy na wóz, a ja odwoziłem je dwa razy do dołu poza teren obozu, pod las w kierunku Maliszewy, było to w odległości kilkuset metrów. Na pierwszym wozie trupów siedział Żyd, na wpół przytomny, zza ucha wyciekała mu krew po uderzeniu kijem. Żyd ten siedział na pełnym wozie trupów. Miał spuszczone nogi do koni, kiwając się mówił: „panie wachman, ja jeszcze chcę żyć, chcę jeszcze robić”. Ale dowiozłem go do dołu i tam wrzucono wszystkich łącznie z tym jeszcze żywym, układani byli warstwami i przysypywani ziemią. Była to taka wspólna mogiła, w tym miejscu grzebano wszystkie trupy z całego okresu trwania obozu. W obozie nie wiedziałem, za co jestem więziony i nie wiedziałem, że w tych strasznych cierpieniach doczekam się wolności. Jednak stało się to nagle bez wcześniejszej zapowiedzi, zwolniono mnie w grupie kilkunastu więźniów przed samym Bożym Narodzeniem 1943 roku. Zwalniano nas z Sabni w dwóch grupach, w odstępie kilkudniowym. Moją grupę zwolniono przed wieczorem po uprzednim wyparowaniu w łaźni parowej. Po wyjściu z obozu udaliśmy się do wsi Guty, do sołtysa, który nazywał się Doliński. Byli to dobrzy ludzie, sołtysowa dała nam jeść i przenocowaliśmy u nich w mieszkaniu na słomie. Następnego dnia dano znać do naszych rodzin i przyjechali po nas wozem konnym. W domu była niepisana radość, ludzie ze wsi szli procesją, żeby nas zobaczyć. Powoli dochodziłem do zdrowia, odżywiając się pod troskliwym okiem matki.

 

 

Relację spisał syn, Jerzy Tomczuk, dn. 8 marca 1998 r.

Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince 

Oddział Muzeum Regionalnego w Siedlcach 

08-330 Kosów Lacki 

tel./fax: +48-25-781-16-58 kom. +48-606-985-414

 e-mail: biuro@treblinka-muzeum.eu