Oddział Muzeum Regionalnego w Siedlcach

Antoni Tomczuk - więzień T1

ANTONI TOMCZUK

Wspomnienia z hitlerowskiego Karnego Obozu Pracy w Treblince

 

Część I

W dniu 10 czerwca 1943 r., o świcie, pomiędzy godziną 2:00 a 5:00 nad ranem, Niemcy otoczyli naszą wieś Sabnie i rozpoczęła się obława. Niemcy chodzili od domu do domu i wypędzali wszystkich mężczyzn pod gminę, wieś była szczelnie otoczona przez wojsko, a na ulicy ustawiono karabiny maszynowe. Tego ranka przypadkowo szedł do naszej wsi mieszkaniec Kolonii Stasin, Władysław Romańczuk. Hitlerowcy też go zatrzymali i dołączyli do naszej grupy. Przed gminą w obecności sołtysa i przestraszonych rodzin, zapakowano nas na ciężarówkę i pod eskortą odwieziono do Sokołowa Podlaskiego, gdzie wprowadzono nas do jakiegoś budynku. Czekaliśmy tam kilka godzin, było nas około 50-ciu, w tym jedna kobieta, która nie chciała opuścić męża. Wśród nas było jeszcze kilku przesiedleńców z województwa poznańskiego, którzy mieszkali w naszej wsi, a z którymi dzieliliśmy naszą wspólną niedolę. Byli to bardzo dobrzy ludzie. Ja się szczególnie zaprzyjaźniłem z Kazimierzem Wietrzyńskim, który pochodził ze wsi Borzykowo koło Wrześni. Niemcy zabrali również mojego kuzyna z Warszawy, Lucjana Rasińskiego, który w okresie wojny mieszkał razem z nami. Po kilku godzinach ponownie załadowano nas na ciężarówkę i pod eskortą wieziono. Nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Dowieziono nas na miejsce i po wyjściu z samochodu okazało się, że jesteśmy w Treblince. Nad bramą umieszczony był duży napis. Byliśmy w obozie. Na placu obozowym ustawili nas w szeregu i kazali wyłożyć wszystkie posiadane, nawet najdrobniejsze przedmioty, łącznie z tym, co dały nam matki na drogę. Odbywało się to w ten sposób, że jeden z Ukraińców rewidował, idąc z przodu, a Niemiec, jak dowiedziałem się później, był to Szwarc, szedł za nim z tyłu z nahajką zakończoną ołowiem. W pewnym momencie Ukrainiec znalazł u jednego z kolegów, starszego człowieka – Mosieja, w kieszonce dwa grosze. Ten człowiek nawet nie wiedział, że je tam ma. Ukrainiec wyciągnął pieniążek i pokazał Niemcowi, a ten z tyłu uderzył Mosieja nahajką przez głowę. Na jego twarzy ukazała się sina pręga i mieliśmy wrażenie, że strażnik wybił mu oko. Po rewizji przeczytano nam, że w razie ucieczki i ponownego złapania będziemy rozstrzelani. Taki los spotkał więźnia, którego złapano podczas próby ucieczki. Wieczorem widzieliśmy jak go przyprowadzono, a rano, idąc do pracy, zobaczyliśmy jego ciało, leżące przy bramie, na pokaz. Niemcy powiedzieli nam jeszcze, że po naszej ucieczce rozstrzelana zostanie cała rodzina i spalone zabudowania. Następnie zaprowadzono nas do baraku, gdzie mieszkaliśmy przez cały czas. Baraki stały w szeregu, były drewniane i kryte papą, wejście miały tylko jedno – ze szczytu od placu apelowego. Środkiem baraku biegł korytarz, cały spód był wybetonowany, po obu stronach korytarza stały drewniane piętrowe prycze do spania, spano na gołych deskach. Po pokazaniu baraku wypędzono nas ponownie na plac. Do wieczora było jeszcze ze dwie godziny, na początek kazano nam przenosić ziemię z miejsca na miejsce na drewnianych tragach, po czterech do tragi, co odbywało się pod nadzorem pijanych Ukraińców. Żeby na początek nas ujarzmić i zniewolić, męczono nas tak do wieczora.

 

Wyżywienie w obozie było straszne, każdy dzień podobny był do następnego. Szczególnie trudno przyzwyczaić się na początku. Kiedy chcieli, żebyśmy jak najszybciej opadli z sił, dawali nam posiłki, których nikt praktycznie nie jadł. Śniadanie było około godziny 6:00-7:00, składało się z miski zupy, brudnej słonej wody z dodatkiem jakichś otrąb bez najmniejszej kromki chleba. Po takim posiłku strasznie chciało się nam pić, ponieważ do picia niczego nie dostawaliśmy, więźniowie nie mieli czym ugasić pragnienia. W południe obiad – podobna porcja zupy z dodatkiem kartofla, często zgniłego, nieobranego, i z kłami. Wieczorem, przed zachodem słońca, kolacja - jedna kromka chleba, czasami z dodatkiem margaryny albo marmolady z buraków i płyn gorzki, przypominający kawę. W baraku naszym było dwóch kapo: Jóźwiak i Zajferd, odpowiedzialnych za porządek w baraku, brali też udział w zbiórkach apelowych rano i wieczorem, gdzie sprawdzano stan baraku. Kapo mieli nahajki, odnosili się hardo, a czasem bili nawet współwięźniów, sami nie pracowali, spali na wydzielonym miejscu na początku baraku, przy wejściu. W baraku, przy wejściu, wydzielono też miejsce na miski i łyżki, w których jedliśmy. Wszystkie posiłki spożywaliśmy na placu przed barakiem. Na terenie obozu przed barakiem znajdował się ustęp-latryna zadaszona, gdzie siadało się na żerdzi, załatwiając sprawy fizjologiczne. Jak zorientowałem się po krótkim czasie, cały obóz bardzo dobrze zorganizowano – na styl niemiecki. Cały obóz ogrodzony był podwójnym parkanem z drutu kolczastego o wysokości dwóch metrów, na rogach obozu dwie wieże obserwacyjne, oprócz tego posterunki przy bramach wjazdowych. Część obozu, przeznaczona do celów gospodarczych składała się z kilku baraków różnej wielkości. Następnie stał barak żydowski, następny nasz - dla Polaków i kolejny – kobiecy, dalej sortownia i inne. Nasz barak odgrodzony został od baraku żydowskiego i kobiecego płotem z drutu kolczastego. W obozie było też całe gospodarstwo rolne, na które składały się zabudowania stajenne. Hodowano w nich bydło, trzodę chlewną, owce i trzy pary koni do pracy w polu i transportu obozowego. Gnojówkę wywożono beczkowozem, ciągnął go mały koń – kuc. Oprócz tego znajdowały się też na terenie obozu mleczarnia i piekarnia oraz budynki administracyjne dla obsługi obozu dla Niemców i Ukraińców. Pamiętam, że obok mleczarni, obok przejścia do obory, w wybetonowanym małym baseniku, hodowano żółwia. Na terenie obozu wszystkie prace gospodarcze, takie jak: obsługa kuchni, warsztaty tkackie, szewskie, rymarskie oraz obsługę mleczarni oraz piekarni wykonywali mężczyźni żydowscy, ich żony i nawet dzieci osadzono poza terenem obozu na Kolonii Milewko, gdzie kobiety żydowskie prowadziły pralnię dla całej obsługi obozu. Czasem woziłem tam wozem konnym w kotłach posiłki dla tych kobiet z kuchni obozowej. Na niedzielę Żydzi obsługujący obóz dostawali przepustki do swoich żon na Milewku, skąd wracali wieczorem do obozu. Na początku swego pobytu w obozie pracowałem w środku obozu, wykonując różne prace w gospodarstwie rolnym. Niemcy na początku nie wypuszczali nas poza ogrodzony teren obozu, trwało to tydzień lub dwa. Po tej „kwarantannie” zaczęliśmy pracować w żwirowni przy załadunku żwiru na wagony. Do żwirowni doprowadzono kolej – tor kolejowy, którym lokomotywa wprowadzała wagony. Po napełnieniu gdzieś je wywożono.

 

Część II

Prace w żwirowni nadzorowali Ukraińcy, którzy chodzili po skarpach nad wyrobiskiem. Dla zabawy wołali czasem upatrzonego więźnia, Żyda i popychali go z góry na dół. Przy takim upadku nieszczęśnik łamał ręce i nogi. Praca w żwirowni była mordercza. Środek lata - skwar, żadnej wody do picia. Ludzie pracujący w żwirowni wyglądali jak kościotrupy: kości powleczone skórą. W żwirowni pracowałem około miesiąca. Oprócz załadunku ręcznego, koparko-ładowarką "Bagier", wkładano dodatkowo żwir na wagony. Do tej koparki, do chłodnicy silnika rolnicy ze wsi Guty dowozili wodę. Robili to po kolei z nakazu sołtysa. Pewnego razu wodę przywiózł jeden z mieszkańców Gut, Roman Ryciak, który pod siedzeniem na wozie miał w worku dla nas paczki od naszych rodzin (rodziny nasze robiły wszystko, żeby uzyskać jakieś kontakty i nam pomóc). Kiedy zobaczyliśmy, że Ryciak ma dla nas paczki, to szybko je rozszarpaliśmy. Widział to Niemiec i Ukrainiec. Za karę uwięziono Ryciaka w obozie, zabierając mu również konia - gniadą klacz. W tym czasie w gospodarstwie rolnym trwały normalne prace polowe, gdzie końmi pracowało w polu dwóch Żydów czeskich: Arun i Gustaw. Był też i trzeci Żyd, z powiatu sokołowskiego, który uciekł. Z tego powodu powstał problem - kogo by tu zatrudnić przy koniach. Niemiec, gospodarz - którego nazywano Roten Fir, radził się Gustawa i Aruna, kto by się nadawał do tej pracy. Żydzi wskazali mnie, bo czasem pomagałem im. Dostałem dwie klacze: kasztankę Bertę i gniadą, którą Niemcy zabrali Ryciakowi. Ta praca okazała się prawdziwym zrządzeniem losu. Mogłem wchodzić do obory, gdzie parowały się ziemniaki dla trzody i tam najeść się parowanych ziemniaków, a nawet przed wieczorem, kiedy odprowadzałem konie, to brałem je często w poły kurtki i nosiłem jeszcze kolegom do baraku. Cierpieliśmy tak straszliwy głód, że te ziemniaki stawały się prawdziwym rarytasem. Pewnego razu zauważył to Niemiec, gospodarz Roten Fir. Myślałem, że mnie tam zabije. Stałem nieruchomo i sądziłem, że to już koniec, ale on widząc mój lęk, powiedział tylko: - Polnisz essen, essen - miał on chyba jeden ludzką duszę wśród tych oprawców. Konie do pracy zawsze były karmione i ubierane przez Żydów, ja pracowałem nimi w polu: orałem, bronowałem, siałem zboże, zwoziłem ziemniaki do kopca oraz siano z łąk, z Wólki. W polu pracowaliśmy przeważnie zespołowo ale były też takie dni, że byłem tylko sam, bez nadzoru. Od strony Milewka, z daleka widziałem tylko kościół w Prostyni. Planowałem, żeby wyprząść konie i uciekać. Chciałem uciec do Gródka nad Bugiem, bo tam miałem kuzynów, ale jak pomyślałem, co mogą zrobić Niemcy z moją rodziną, to szybko zaprzestałem marzeń o ucieczce. U schyłku lata, po głównych żniwach, została jeszcze do wykoszenia gryka na polu pod Kolonią Socha. Pamiętam, że kilku z nas kosiło tę grykę, pole dochodziło od drogi do lasu. Na skraju lasu rosły jakieś grzyby zwiędnięte i wysuszone od słońca. Nie wiedziałem, jakie to były grzyby, ale pamiętam, że zjadłem trzy, a potem poczułem ogromne pragnienie. My, kośnicy ,dostawaliśmy do picia czarną kawę, zabieloną odtłuszczonym mlekiem. Wypiłem pół litra tej kawy, po czym straciłem przytomność. Do baraku zaciągnęli mnie koledzy, położyli na pryczy i na apel już nie wstałem, leżałem całą noc nieprzytomny. Z nami w baraku było dwóch aptekarzy. Koledzy poprosili ich, żeby mnie obejrzeli i powiedzieli, czy będę żył. Orzekli, że mam bardzo zdrowe serce i że jak do rana przeżyję, to chyba będę żył. Nad ranem miałem taki sen: śniło mi się, że jestem u siebie, w Sabniach i że śpię na strychu obory nad bydłem. Obudziłem się i dostałem torsji, wszystko zwymiotowałem i już rano popędzono mnie z innymi do roboty. W dniu 2 sierpnia 1943 r. pracowaliśmy na polu przy zbieraniu kamieni i nagle usłyszeliśmy strzały, wybuchy i zobaczyliśmy czarne dymy od strony Treblinki Nr II, z żydowskiego obozu zagłady. Pilnujący nas Ukrainiec polecił nam upaść twarzą do ziemi. Po pewnym czasie usłyszeliśmy obozowy dzwonek i zapędzono nas do obozu na plac przed nasz barak, gdzie leżeliśmy do wieczora twarzą do ziemi. Okazało się, że wybuchło to powstanie żydowskie. W czasie pobytu w obozie, kiedy wiatr wiał od obozu żydowskiego, czuć było słodki zapach palonych ludzkich ciał, co później widziałem na własne oczy. Przejeżdżając obok żydowskiego obozu po siano do Wólki zobaczyłem, jak paliły się ludzkie ciała, kości, piszczele i jak z tego specjalnym rynsztokiem ściekał tłuszcz ludzki do jakiegoś zbiornika.
Pewnego dnia orałem pole przy Kolonii Socha. Orało nas trzech, a druga grupa więźniów kryła stodołę słomą. Na Kolonii Socha mieszkał poznaniak, miał on dorosłą córkę. Nas było dwie grupy, pilnowało nas dwóch wachmanów Ukraińców. Potem przyszedł jeszcze główny Ukrainiec oberwachman i poprosił córkę gospodarza, żeby przyniosła wódki z Kosowa. Dziewczyna przyniosła wódki i Ukraińcy wypili, najwięcej wypił oberwachman i dostał szału - białej gorączki. Nie mógł sobie darować, komu on służy. W drodze do obozu strasznie się szarpał, a wachmani, mniej pijani, trzymali go na wozie. Ja w czasie tej szarpaniny spadłem z wozu i wracałem pieszo do obozu. Pamiętam także, jak w upalny gorący dzień w samo południe, jedliśmy obiad. Był to czerwiec albo początek lipca. Przyprowadzono od strony żwirowni, z kierunku od obozu zagłady dużą grupę Żydów. Był to prawdopodobnie ostatni transport Żydów z Getta Warszawskiego, mieli dużo kosztowności. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Kazali im siadać. Niemcy dali im kawy do picia, potem kazali im rozbierać się do bielizny i wszystko złożyć. Następnie powiedziano, że pójdą do łaźni, a potem wrócą. Przed odprowadzeniem Żydów do "łaźni" przyprowadzono Żyda, Ignaca, któremu pozwolono wybrać sobie Żydówkę za żonę i on wybrał sobie jakąś kobietę z dzieckiem. Następnie pognano ich z powrotem do obozu zagłady a ubrania i kosztowności po nich Niemcy nosili koszami wiklinowymi do sortowni. Po przejściu tych Żydów leżały na ziemi porwane i porozrzucane banknoty. Żydzi wiedzieli pewnie, że to ich ostatnia droga.

 

Część III

Po jakimś czasie w naszym obozie prawdopodobnie miał nastąpić bunt zorganizowany przez Żydów, którzy mieli dostęp praktycznie do wszystkiego, bo pracowali na wszystkich gospodarczych stanowiskach obozowych. Budując jakiś barak, mieli tam wykonać podwójny szczyt, gdzie ukryli karabin maszynowy i granaty. Podczas pewnego wieczoru, w czasie sprawdzania warty przez głównego Niemca, chcieli rozpocząć akcję zbrojną przeciwko Niemcom. Z niewiadomych nam przyczyn zostało to wykryte przez Niemców lub Ukraińców, w wyniku czego, tego samego dnia wieczorem, po kolacji wyprowadzono grupę Żydów razem z Ignacem, Arunem i innymi do lasu i tam ich rozstrzelano. Szczegółów tej egzekucji dokładnie nie znam. Na jesieni, po wykopkach, ściągałem bronami łęty ziemniaczane. Za nami szła grupa więźniów i strząsała te łęty, było to pod lasem Maliszewy. Pilnujący nas Ukrainiec położył się na dróżce twarzą do ziemi, więźniowie, którzy strząsali łęty, widząc że Ukrainiec leży, w mgnieniu oka uciekli do lasu, co zauważył wartownik z obserwatora i zaczął strzelać za nimi po lesie. Ja i inny więzień zajmujący się końmi nawet nie zorientowaliśmy się, że oni uciekli, a pilnujący wachman ocknął się dopiero, gdy usłyszał strzały. Było to w sobotę na wieczór, wróciliśmy do baraku i noc minęła spokojnie. Następnego dnia, w niedzielę, po obiedzie wpadli do naszego baraku Niemcy i Ukraińcy, krzycząc: – Ręce do góry! Wypędzili nas do następnego pustego baraku i tam nas rewidowali, rozbierając do naga. Czegoś szukali. Powiedzieli nam wcześniej, żeby wszystko wyłożyć, co ktoś posiada. U jednego z więźniów, Kluczyńskiego z Rogowa, znaleźli w kołnierzu kurtki zaszyte czterysta złotych i za to przewiesili go przez szczeble drabiny specjalnie ustawionej i bili go strasznie po plecach i krzyżu drewnianymi kijami tak, że wkrótce zsiniałe miał całe ciało. Po tym incydencie z Kluczyńskim bardzo się bałem, bo miałem w pole kurtki schowane sto złotych, których wcześniej nie zgłosiłem. Jednak szczęśliwie trafiłem na Niemca gospodarza, Roten Fira, który chyba mnie lubił, nie kazał mi się rozbierać i wcale mnie nie rewidował. Byłem jedynym w baraku, którego Niemcy nie zrewidowali.

Był taki okres, że część więźniów chodziła do roboty w kierunku Małkini, na budowę jakiegoś nasypu, chyba pod tor kolejowy. My to nazywaliśmy (nie wiem dlaczego) „Waser wał”. Grupa ta pracowała poza terenem obozu i pilnowana była przez Ukraińców i jednego Niemca. Podczas tych robót rodziny nasze robiły wszystko, żeby nam jakoś pomóc, szczególnie dostarczając żywność. Kontaktowali się z ludźmi, którzy mieszkali w pobliżu tego „Waserwału”. W jakiś sposób trzeba było najpierw przekupić Ukraińców, żeby móc podać jakieś paczki, ewentualnie pieniądze. W ten sposób pracujący tam więźniowie mogli się jakoś posilić i jeszcze od czasu do czasu udało się im przemycić coś do baraku. W grupie tych pracujących był pewien człowiek, którego nazwiska nie pamiętam, a pełnił funkcję grupowego. Ten człowiek często przynosił nam pieniądze od naszych rodzin z kartką, co i ile dla kogo. Pieniądze te przemycał w bucie, pod specjalnie oberwaną podeszwą. Pewnego razu Niemcy urządzili rewizję, nie wiem, czy była to przypadkowa, czy celowa rewizja, w każdym bądź razie zabrali wszystko, co nieśli do baraku, a u tego grupowego znaleźli pieniądze. Rozebrali go do naga i właśnie w podeszwie buta były te pieniądze. Tego człowieka tak za to zbili, że na całym ciele nie było widać białej plamki. Był on cały siny. Przeraził nas ten widok. Od tego czasu przemycanie stało się bardzo trudne, ale od czasu do czasu jeszcze ktoś coś przyniósł. Dużą pomoc więźniom okazywali też polscy kolejarze. Do nas, na żwirownię, przychodził koleją Stanisław Gawkowski, który opisywał napełniane żwirem wagony i on to właśnie też przynosił nam pieniądze. Za te otrzymane pieniądze które udało się komuś przemycić do baraku, mogliśmy kupić coś do zjedzenia od tych, którzy przynieśli jedzenie z „Waserwału”. Życie obozowe z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień stawało się coraz straszniejsze. Ogromny głód, wszawica, zbliżająca się jesień, nadchodziły deszcze i słoty. Spałem przez cały okres pobytu w obozie na gołych deskach, nigdy się nie rozbierając do snu. Spałem na piętrze łóżka, dach baraku miejscami przeciekał tak, że woda kapała czasem na głowę. Strasznie dokuczały nam wszy, które opanowały praktycznie całe ciało. Szczególnie dokuczliwe były wszy łonowe, kąsające podbrzusze, co niezwykle dokuczało. Niemcy, w obawie przed epidemią tyfusu, urządzili łaźnię parową do parowania odzieży i prysznice, z których korzystaliśmy może raz w miesiącu. Po takim odparowaniu przez pewien czas wszawica zmniejszała się, ale szybko wracała ze zdwojoną siłą. Niemcy bardzo bali się epidemii tyfusu brzusznego, jednak na jesieni wybuchła taka epidemia, która dziesiątkowała więźniów. Ludzie leżeli na pryczach strasznie gorączkując, majacząc. Załatwiali się pod siebie, umierali w cierpieniach. Kilku moich kolegów umarło tam na tą straszną chorobę. Ja jakoś szczęśliwie nie zachorowałem, a jadłem resztki jedzenia po tych chorych z ich misek. W tym czasie pojawiły się na moich nogach z powodu przeziębienia straszne wrzody, czyraki od kostek do kolan, które pękały i wyciekała z nich ropa. Nie mogłem chodzić, byłem dołączony do grupy chorych na tyfus w tylnej części baraku. Oprócz tego, w obozie nękały więźniów i inne choroby: krwawa dyzenteria, różne opuchlizny i wiele innych, których nazwy nawet nie znam. Nikt chorych nie leczył, jeżeli ktoś miał bardzo silny organizm, to jakoś się męczył i albo doczekał w tych męczarniach zwolnienia z obozu, albo umierał. Najstraszniejszy w obozie był jednak głód. Był w moim baraku więzień, na którego mówiono Ułan. Nie wiem, czy to było nazwisko, czy był to faktycznie ułan. Miał on długi staż obozowy, nosił na plecach szmaciany tornister, plecak, w którym trzymał jelita końskie z padłych koni, przywożonych do kuchni obozowej. W wolnych chwilach wyciągał koniec jelita z plecaka i żuł jak gumę. Był też taki przypadek, że do obozowej latryny wpadł zabłąkany kot, którego wyciągnięto, zdjęto skórę i zjedzono na surowo. Pomimo tak strasznego głodu były jeszcze i takie przypadki, że więźniowie, którzy palili papierosy, ostatnią kromkę chleba zamieniali na papierosy. Pamiętam też jeszcze taki przypadek w obozie, że pewnego razu przywieziono trzech mężczyzn – Cyganów, którzy chyba nie byli świadomi, gdzie się znajdują. Zaczęli oni uciekać. Niemcy strzelali do nich, jednego postrzelili, dwóch chyba zabili, po czym Niemiec podszedł do nich i deptał ich w kałuży wody.

W obozie była duża rotacja więźniów, ciągle kogoś wywożono, przywożono. Oprócz nas, ze wsi Sabnie, byli jeszcze ludzie z sąsiednich wsi: z Hołowienek, Koloni Hołowienki, z Rogowa, była też duża grupa mężczyzn z wielu innych okolic byłego powiatu Sokołów Podlaski i nie tylko. Byli tam również ludzie z innych stron Polski. Pamiętam jeszcze takie wydarzenie w obozie. Zdarzyło się to w czasie wykopek ziemniaków. Zwoziłem wozem żelaznym, dużą skrzynią, w dwa konie ziemniaki do kopca. W pobliżu obozu rósł zagajnik sosnowy, który Niemcy, nie wiadomo dlaczego, karczowali. Przy tej robocie pracowała spora grupa Żydów, którzy karczowali te drzewka i nosili na teren obozu, gdzie rąbało się drewno do palenia. Po tej pracy, kiedy przynieśli ostatnie drzewka i uporządkowali teren, każdego Żyda zabito uderzeniem drewnianej pałki w głowę. Zrobili to Ukraińcy. Mnie w tym czasie, kiedy wysypałem z wozu kartofle do kopca, Niemiec polecił, żebym podjechał po tych pomordowanych Żydów. Podjechałem i dwóch Żydów rzucało trupy na wóz, a ja odwoziłem je dwa razy do dołu poza teren obozu, pod las w kierunku Maliszewy, było to w odległości kilkuset metrów. Na pierwszym wozie trupów siedział Żyd, na wpół przytomny, zza ucha wyciekała mu krew po uderzeniu kijem. Żyd ten siedział na pełnym wozie trupów. Miał spuszczone nogi do koni, kiwając się mówił: „panie wachman, ja jeszcze chcę żyć, chcę jeszcze robić”. Ale dowiozłem go do dołu i tam wrzucono wszystkich łącznie z tym jeszcze żywym, układani byli warstwami i przysypywani ziemią. Była to taka wspólna mogiła, w tym miejscu grzebano wszystkie trupy z całego okresu trwania obozu. W obozie nie wiedziałem, za co jestem więziony i nie wiedziałem, że w tych strasznych cierpieniach doczekam się wolności. Jednak stało się to nagle bez wcześniejszej zapowiedzi, zwolniono mnie w grupie kilkunastu więźniów przed samym Bożym Narodzeniem 1943 roku. Zwalniano nas z Sabni w dwóch grupach, w odstępie kilkudniowym. Moją grupę zwolniono przed wieczorem po uprzednim wyparowaniu w łaźni parowej. Po wyjściu z obozu udaliśmy się do wsi Guty, do sołtysa, który nazywał się Doliński. Byli to dobrzy ludzie, sołtysowa dała nam jeść i przenocowaliśmy u nich w mieszkaniu na słomie. Następnego dnia dano znać do naszych rodzin i przyjechali po nas wozem konnym. W domu była niepisana radość, ludzie ze wsi szli procesją, żeby nas zobaczyć. Powoli dochodziłem do zdrowia, odżywiając się pod troskliwym okiem matki.

 

 

Relację spisał syn, Jerzy Tomczuk, dn. 8 marca 1998 r.

Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince 

Oddział Muzeum Regionalnego w Siedlcach 

08-330 Kosów Lacki 

tel./fax: +48-25-781-16-58 kom. +48-606-985-414

 e-mail: biuro@treblinka-muzeum.eu